Dlaczego Austria i Niemcy? Nasza rowerowa przygoda zaczęła się od polskiego wybrzeża Bałtyku. Na pierwszej wyprawie – 5 lat temu – poza aktywnym spędzeniem czasu, celem było zbieranie pieczątek z latarni morskich, które można by potem wymienić na odznaki. Te brązowe i srebrne zebraliśmy w trakcie pierwszych 3 lat. Do zdobycia złotych należało 'zaliczyć’ kilka zagranicznych latarni – tu wybraliśmy się do Szwecji i Niemiec. Niestety Felicja nie miała kompletu wpisów, bo do polskich latarni mogła wejść dopiero po ukończeniu 5 roku życia, toteż w zeszłym roku ponownie przejechaliśmy część polskiego wybrzeża. Tym samym zakończyliśmy projekt i zebraliśmy wszystkie odznaczenia, jakie się dało, w zabawie z latarniami.
Przyszedł czas na podróże poza krajem. Długo szukałem miejsca na kolejną wyprawę, ale wszystkie drogi prowadziły do… Austrii. Głównym atutem, który przemawiał za tą destynacją była dobrze rozwinięta sieć dróg rowerowych a także bezpieczeństwo na drogach. W między czasie Ola zmieniła pracę i mieliśmy trochę problemów z ustaleniem terminu wyjazdu. Pod koniec lutego udało się zaklepać wolne na przełomie lipca i sierpnia. Od tego momentu zacząłem planowanie. Rozważałem dojazd pociągiem do Wiednia a potem przesiadkę na połączenie kolejowe do Insbrucka, z którego do Wiednia mieliśmy wrócić na rowerach. Po rozważeniu plusów i minusów, wspólnie zdecydowaliśmy, że to jeszcze nie moment by pakować się w podróż pociągiem przez pół Europy z 3 dzieci, 5 rowerami i 20 pakunkami w postaci sakw i worów. Stanęło na tym, że jedziemy autem.
Na miejsce startu wybraliśmy Mondsee. Zależało mi na przejechaniu przez region Salzkammergut– czyste jeziora i piękne widoki na góry. No i ogólnie to polecane miejsce. Ponieważ mieliśmy do dyspozycji dwa i pół tygodnia, dołożyłem do tego Alpy Bawarskie i po niemieckiej stronie region Cheemsee. Poza planowaniem trasy oraz atrakcji, codziennie poświęcałem około 20-30 minut na przypomnienie sobie podstaw języka Niemieckiego. Od czasów liceum, niemal wszystko wyleciało mi z głowy. Należało załatwić winiety, nocleg przy granicy z Czechami na pierwszy dzień, ubezpieczenie, awaryjną gotówkę w Euro, karty wielowalutowe i wiele innych rzeczy. Z opisów i komentarzy wynikało, że w sezonie może pojawić się problem z miejscem na kempingach. Postanowiłem napisać do wszystkich miejsc, w których potencjalnie planowaliśmy nocować i wybadać, czy są otwarte, potwierdzić ceny i dopytać o więcej szczegółów. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Należało tylko spokojnie poczekać na dzień startu.
Powyżej zaplanowana trasa, której niestety nie udało nam się przemierzyć, ale z pewnością kiedyś zrobimy drugie podejście.
Dzień 0: Warszawa – Łaziska (360 km autem)
Z racji długiej drogi do punktu startu głównej, wakacyjnej wyprawy rowerowej, w tym roku musieliśmy nieco inaczej zaplanować podróż. Podzieliliśmy ją na dwa dni, a z domu wyruszyliśmy po pracy, by nie tracić cennego urlopu. Bagaże, sakwy i na to rowerek Felicji, spakowałem dzień przed wyjazdem. Na następny dzień zostawiłem zamontowanie 4 rowerów na platformie rowerowej. Jak już wspominałem we wpisie z Jury, z roku na rok, coraz trudniej było mi ułożyć rowery w taki sposób by o siebie nie zawadzały. Innym problemem był sam ciężar ładunku, który oddalony od tylnej osi pojazdu, mocno oddziaływał na amortyzację auta. Po 45 minutach byliśmy gotowi do odjazdu. Na trasę wyjechaliśmy o 15:30.
Do Austrii jechaliśmy pierwszy raz i po kilku miesiącach planowania nie mogłem się doczekać, aż pokażę rodzinie ciekawe miejsca i atrakcje, które zaplanowałem na następne dwa i pół tygodnia. Droga do granicy z Czechami była przyzwoita. Wyjechaliśmy w środku tygodnia, więc ruch był niewielki. Początkowo poruszaliśmy się po trasie S8 a potem autostradą A1. Tuż przed granicą, w Łaziskach, mieliśmy zarezerwowany nocleg, do którego dojechaliśmy na 19:30 zaliczając po drodze jeden niewielki postój. Po skorzystaniu z prysznica i małej kolacji, położyliśmy się spać przed 22:00. Od rana mieliśmy kontynuować jazdę do celu, czyli miasteczka w astryjackim Mondsee.
Dzień 1: Łaziska – Mondsee (590 km autem) + Mondsee – Plomberg (6 km rowerami)
Pobudka o 5:15. Pokój na poddaszu był przestronny, ale jak to na poddaszu bywa, ciepły. Tylko jedno okno było uchylne, było zatem duszno. Mimo to, nawet się wyspałem. Marysia oznajmiła, że noc była super, bo miała fajny sen. Około 6:00 zeszliśmy do auta a o 6:15 zajechaliśmy na ostatnią stację benzynową przed granicą. Tu też zjedliśmy pierwsze, 'pożywne’ śniadanie – hotdogi, na które pozwalamy sobie tylko w trasie. Z pełnym bakiem i żołądkami wjechaliśmy do Czech. Czekało nas teraz (a właściwie mnie) 590 kilometrów jazdy autem, za czym nie przepadam. Pozostali pasażerowie mogli kontynuować drzemkę. Do Mondsee wjechaliśmy o 13:40 zaliczając po drodze dwa przystanki. Jeden krótki, na toaletę na czeskiej stacji benzynowej. Tu się trochę zdziwiłem, bo na polskich CPN’ach kibelki są bezpłatne, a tu należało wrzucić pieniążek. Druga przerwa w Austrii, w celach zaspokojenia głodu, który narastał od opuszczenia Ojczyzny. Wiejskie jaja na twardo i świeżo ukiszone przez Babcię Marysię ogórki to coś, czego będzie nam zapewne brakować.

Miejsca do pozostawienia auta w Austrii szukałem na długo przed wyjazdem. Nie było to łatwe. Wysłałem maile w około 20 miejsc, gdzie na google maps wyglądało, że mógłbym zaparkować auto. Odpowiedź dostałem tylko na ostatnią wiadomość. Pracownica biura informacji turystycznej w miasteczku Mondsee, doradziła mi, by auto pozostawić na przycmentarnym parkingu. Wypakowanie bagaży i zasakwienie rowerów zajęło około godziny. Na dziś, do przejechania mieliśmy niecałe 7 kilometrów. Nie byłem pewien, na którą dojedziemy w okolice punktu startu, dlatego wolałem by pierwszy kemping był najbliżej jak się da.
Na kemping w Plomberg wjechaliśmy o 15:30. Po zameldowaniu, rozbiliśmy namioty najszybciej jak się da. Na wieczór miało trochę popadać, a dzieci chciały się jeszcze wykąpać w jeziorze Mondsee. Poszedłem z nimi nad brzeg. Woda bardzo czysta a kamieniste dno dobrze widoczne. Marysia z Leonem, w ślad za dziećmi z kempingu, zaczęli skakać do wody z drewnianego pomostu. Felicja brodziła w wodzie. Obok znajdowała się zjeżdżalnia, z której wpadało się prosto do wody. Wokoło rozpościerał się widok na góry – po prostu bajka!






Po wodnych igraszkach wróciliśmy do namiotów, gdzie czekała Ola. 'Kąpiel’ mieliśmy odhaczoną, więc pod prysznic wybrała się tylko Ola. W tym czasie razem z dziećmi przygotowaliśmy obiadokolację. Standardowe liofilizaty zmieszane z zupką chińską. Dziś mieliśmy szczęście, bo opady zapowiadane na 18:00 nie nadeszły. Wieczorem położyliśmy się w namiotach i czytaliśmy książki. U dziewczyn lektura Marysi – „Ten Obcy” Ireny Jurgielewiczowej. U nas „Szatan z 7 klasy” Kornela Makuszyńskiego.






Dzień 2: Plomberg – Salzburg (34,5 km, 283 m przewyższeń)
Pierwsza, pełnoprawna noc pod namiotem, za nami. Poduszka z saszetki, w której znajdowały się moje ubrania (drugie spodnie i koszulka, bluza i skarpetki), już nie bardzo się sprawdzała. Po 6 latach czas pomyśleć nad pełnoprawną poduszką z jakiej korzysta Ola i bardzo sobie ją chwali. Wstałem po 6:00 i o dziwo okazało się, że Ola też już nie śpi. Poprosiłem ją o małą, giętką deseczkę do krojenia. Świeży nabytek po Jurze. W dzień była pod rękę by pokroić coś na postojach. Nad ranem chciałem ją zaadoptować do ściągania rosy z tropików. Jak się okazało, idealnie sprawdzała się do tej czynności.

Według prognozy, około 9:00 miało zacząć padać i to dłużej. Obudziliśmy dzieci i zaczęliśmy zwijać obóz. Razem ze śniadaniem zajęło nam to nieco ponad godzinę. Świetny czas jak na pięcioosobową rodzinę z dziećmi. Do wyjazdu byliśmy gotowi o 8:15. Gdy inni dopiero wstawali, my poszliśmy opłacić nocleg. Wyszło 49,5 euro – dokładnie tyle ile podano mi w odpowiedzi na maila, który wysłałem z zapytaniem kilka tygodni wcześniej.
Nie ujechaliśmy całego kilometra a z nieba zaczęło siąpić. Najpierw delikatnie a potem już całkiem konkretnie. Taki stan rzeczy utrzymał się niemal do następnego noclegu. Przywdzialiśmy peleryny przeciwdeszczowe i ruszyliśmy przed siebie. Wczoraj w około rozpościerały się piękne widoki a dziś wszędzie chmury. Nie było rady, należało czym prędzej dotrzeć na kolejny nocleg i wbić się w jedno z okienek pogodowych, aby rozbić namiot 'na sucho’.

Pierwszą przerwę zrobiliśmy w Thalgau, po 10 kilometrach. Schowani pod obszerną wiatą przy szkole podstawowej, uszczupliliśmy nieco zapasy jedzenia. Ola zabezpieczyła stopy Felicji, która z uwagi na zimno, jechała w sandałach i skarpetkach. Dodatkową warstwę 'ochronną’ stanowiły foliowe worki. Wszyscy poza, najmłodszą córką, jechaliśmy w samych sandałach. Nam jednak było łatwiej się rozgrzać. Po następnych 10 kilometrach zatrzymaliśmy się w Eugendorfie. Nieco się przejaśniło. W sklepie Spar zakupiliśmy prowiant na drugie śniadanie, które spożyliśmy pod wiatą na pobliskim placu zabawa. Tu dzieci pokazały ile faktycznie mają jeszcze energii.


Po 20 minutach ruszyliśmy dalej. Z tego miejsca, droga do Salzburga prowadziła już niemal cały czas w dół, po nasypie dawnej linii kolejowej. Gdy wjechaliśmy na kemping Panorama, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przestało padać. Była dopiero 15:00. Mało kiedy dojeżdżaliśmy w takim czasie na nocleg. To głównie 'zasługa’ kiepskiej pogody, wbrew pozorom, przy deszczowej aurze jazda idzie szybciej. Inna sprawa, że niemal cały czas, jechaliśmy po asfaltowych drogach dla rowerów, co też przyczynia się do sprawnej jazdy. Czym prędzej wzięliśmy się za rozbijanie namiotów.




Był to pierwszy, i jedyny kemping, na którym założyłem wcześniejszą rezerwację. Bałem się, że z racji bliskości dużego miasta, jakim jest Salzburg, mogą pojawić się problemy z dostępnością miejsc pod namioty. Okazało się, że parcel było jednak sporo, i to stety-niestety było także zasługą kiepskiej aury. Po ustawieniu namiotów i schowaniu w nich bagaży, Ola poszła z dziewczynami pod prysznic. Ja wziąłem się za weryfikację prognozy pogody w rejonie, przez który będziemy jechać w kolejnych dniach. Nie wyglądało to dobrze. Było fatalnie. Najbliższy tydzień zapowiadał się deszczowo. Padać miało zarówno w dzień jak i w nocy. Mogliśmy liczyć na niewielkie przejaśnienia. Najgorsza pogoda miała być właśnie tam, gdzie mieliśmy jechać przez najbliższe 3 dni, czyli w Alpach Bawarskich. Burze z piorunami i obfite opady deszczu.
Aż dziwne, ale do tej pory przed każdym wyjazdem sprawdzałem prognozy pogody. Tym razem tego nie zrobiłem. Zdarzały nam się deszczowe dni, ale przeplatane były dobrą pogodą. Przyzwyczailiśmy się do słonecznych wypraw rowerowych, których odbyliśmy już 10. Nie spodziewałem się, że może być aż tak źle. Po prostu nie brałem tego pod uwagę… Przez najbliższe 7 dni miało padać niemal non stop – to prawie połowa naszego wyjazdu. Pogody długoterminowe też nie nastrajały optymistycznie. Pomyślałem, że jazda dolinami w pięknych górach przy takiej pogodzie jest bez sensu. Raz, że widoki będą marne, z uwagi na nisko zawieszone chmury. Dwa, że będzie zimno i wilgotno. Pakowanie i rozkładanie mokrych namiotów nie będzie przyjemne. No i na mapie atrakcji, wiele miejsc to plaże nad jeziorami, z których w taką pogodę nie skorzystamy. Jakoś straciłem ochotę na ciągnięcie rodziny w taką pogodę przez góry. Pewnie daliby radę, ale nie byłoby to przyjemne.
Po powrocie dziewczyn, zacząłem szukać z Olą rozwiązania awaryjnego. Niestety, wszystko wskazywało na to, że wyprawę zakończymy przed czasem. Cholernie ciężka decyzja. 4 miesiące planowania trasy i atrakcji, kilkadziesiąt godzin poświęcone na przypomnieniu sobie podstaw języka niemieckiego, zakup winiet i ubezpieczenia, w końcu przejazd 1 000 km autem z domu… wszystko w piach. To był koniec.
W kiepskim nastroju poszedłem z Leonem do sanitariatów by wziąć prysznic. I w tej chwili pomyślałem, że z miejsca, w którym się znajdujemy, jest już niedaleko do Włoch. We włoskich Dolomitach, mieszka rodzina siostry mojej mamy, od której dzieli nas teraz około 360 km, w większości autostradą. Kilka szybkich telefonów do rodziców i pojawiła się szansa na częściowe uratowanie wakacji. Po oficjalnym potwierdzeniu, że możemy 'wpadać’, zakupiłem winiety na przejazd tunelem, którego nie obejmowała austriacka winieta. Autostrady po włoskiej stronie opłacało się na bramkach. Przy akompaniamencie deszczu brzdękającego o namioty, położyliśmy się spać o 22:00. Ja zasnąłem dopiero o 24:00, nie mogłem się pogodzić z tym co zaszło. Nie było innej rady, rano musiałem wrócić po auto i razem z rodziną ruszyć, już na 4 kołach do 'słonecznej Italii’!
Dzień 3: Salzburg – Cles (360 km autem)
Budzik zadzwonił o 6:00. Nie specjalnie miałem ochotę wychodzić z namiotu. Noc była deszczowa. Rozpiąłem swój rower od pozostałych i pojechałem, znaną trasą, z powrotem po auto zaparkowane w Mondsee. Po około 2 godzinach byłem z powrotem i rozpoczęliśmy ponowne zapakowywanie auta sakwami i rowerami. Kemping opuściliśmy około 11:00.
Droga do Włoch nie wydawała się długa, tym bardziej, że niemal całość mieliśmy przemierzać autostradami. Nie wziąłem jednak pod uwagę, że był piątek. Po przekroczeniu granicy austriacko-włoskiej, stanęliśmy w korku. W między czasie musieliśmy zrobić przerwę na poszukiwanie specjalnej tablicy ostrzegawczej do przyczepienia na rowery. To ponoć nowy przepis we Włoszech. Za brak tego odblaskowego elementu można zapłacić duży mandat. Finalnie do rodziny dojechaliśmy dopiero na 19:00. Ciocia przygotowała nam pyszny obiad i ugościła nas. Po rozpakowaniu rzeczy poszliśmy spać. Na następny dzień zaplanowałem wycieczkę pieszą. W miejscu gdzie się znajdowaliśmy, było dość górzyście i rowery nie wchodziły w grę.
Dzień 4: jezioro Tovel i malga Tuenna (13,1 km, 634 przewyższeń)
Słoneczna Italia okazała się nie taka słoneczna. Od rana zastanawialiśmy się co robić dalej, ale i tu prognozy były nie najlepsze. Chciałoby się pójść w góry, ale nie byliśmy na to przygotowani sprzętowo. Brak butów górskich, plecaków czy kijków. Zostały nam spacery. W dzień miały wystąpić przelotne opady. Postanowiłem, że pojedziemy autem nad jezioro Tovel, nad którym byłem już kilka razy zanim poznałem Olę. Spakowaliśmy do torby kurtki, parasolki, trochę prowiantu i wodę. Podjechaliśmy autem na parking na wysokość 1 170 m n.p.m. Kilkaset metrów dalej znajdowało się górskie jezioro, które postanowiliśmy obejść dookoła. Wycieczka niewymagająca, w między czasie kilka razy spadł deszcz, ale jak okrążyliśmy zbiornik rozpogodziło się na tyle, że postanowiłem wejść wyżej do malgi Tuenno.












Kilometrowo nie było daleko, ale za to stromo. Sandały nie były najlepszym obuwiem, ale zachowując ostrożność można było iść tym wąskim, stromym szlakiem. Niestety im wyżej, tym pogoda bardziej się psuła. Końcowe pół kilometra szliśmy w deszczu. Przed bacówką, znajdowały się zadaszone stoły i tu przycupnęliśmy w oczekiwaniu na lepszą pogodę. Na miejscu wyrabialiśmy górskie sery. Można było też zakupić tutejsze wyroby co oczywiście uczyniliśmy. Po degustacji nieco się rozpogodziło i mogliśmy zejść do auta. Była sobota i chcieliśmy jeszcze zrobić zakupy spożywcze na kolejne dni. Wieczorem po kolacji planowaliśmy co robimy dalej. Pomysł wpadł nam po telefonie od cioci, która na niedzielę zaprosiła nas do ich górskiego domku, znajdującego się na zboczach wzniesienia Dosso Dell’asino. Wcześniej chcieliśmy wejść na górę Peller. By wykorzystać dobrą pogodę należało pójść wcześnie spać, co też uczyniliśmy.










Dzień 5: góra Peller (8 km, 500 m przewyższeń)
Wstaliśmy skoro świt, kwaterę opuściliśmy po 7:00. Do miejsca startu mieliśmy do przejechania 18 km autem. Niby niewiele, ale droga wiodła pod górę i była dość wąska. Należało wjechać z wysokości 760 m n.p.m. na 1 820 m n.p.m. Liczba miejsc parkingowych była ograniczona a był weekend, więc zależało nam by zacząć wycieczkę jak najwcześniej. Druga sprawa, że w południe znowu miało padać.

Na szlak ruszyliśmy przed 8:00. Pogoda super a widoki jeszcze lepsze. Dość sprawnie wdrapaliśmy się na górę Peller na wysokość 2 320 m n.p.m. gdzie zrobiliśmy sobie przerwę na posiłek i odpoczynek. Rozciągała się stąd panorama na Dolomity. Podczas schodzenia mijały nas grupki turystów, którzy dopiero ruszali na szlak. Tempo mieliśmy dobre, zależało nam by około 12:00 dojechać do bajty, bo o tej godzinie miał się odbywać grill u cioci.





























Gdy zeszliśmy do auta, w koło było mnóstwo pojazdów, nie tylko my zaplanowaliśmy sobie na tę niedzielę górską wycieczkę. Całe szczęście byliśmy już po marszrucie, bo w oddali zaczęło się chmurzyć. Na wspomniany obiad, nieco się spóźniliśmy, dojeżdżając do chatki 15 minut po 12:00. W między czasie, na drodze mijały nas auta z turystami, którzy dopiero zaczynali dzień. Co ciekawe było też kilka samochodów z Polski, jeden kierowca zatrzymał nas by zapytać, czy na górze jest gdzie zaparkować.
Pół godziny po przybyciu do górskiego schronienia zaczęło lać, i taki stan utrzymał się przez następnych kilka godzin. Decyzja, by zacząć ten dzień wcześniej, była słuszna. Większość turystów dopiero zaczynała swoją wycieczkę i biorąc pod uwagę aurę, pewnie część z nich wycofała się z zamiaru dalszej eksploracji gór. My siedzieliśmy teraz z rodziną cioci pod zaimprowizowanym z plandeki daszkiem, przy niewielkiej chatce i zajadaliśmy grillowe frykasy. Na wieczór dostaliśmy zaproszenie do domu mojej kuzynki, córki cioci. Dzięki temu mogłem skorzystać m.in. z komputera. Zastanawialiśmy się nad zaplanowaniem kilku dni na rowerach z sakwami.






Pojawił się plan objazdu jeziora Garda. Niestety część trasy musielibyśmy jechać po ruchliwych, włoskich drogach. Dla kolarzy to pewnie nie problem, ale jazda z dziećmi, po wąskich uliczkach w nieznanym terenie wydała mi się kiepskim pomysłem. Drugi pomysł to dojechanie autem do San Valentino Alla Muta a następnie przejechanie rowerami do Trento około 160 kilometrów w kilka dni. Tu co prawda moglibyśmy liczyć niemal cały czas na drogę dla rowerów, ale miałem obawy czy znajdzie się coś ciekawego dla dzieci. Nie było czasu, ani za specjalnie możliwości, na porządne zaplanowanie trasy. Po powrocie na kwaterę mieliśmy mieszane uczucia. Ostatecznie podjęliśmy decyzję, że jednak wrócimy do Polski.
Pogoda nie była najlepsza i tu też było deszczowo. Do wycieczek górskich nie mieliśmy sprzętu. Niby moglibyśmy robić wycieczki autem, ale żadne z nas nie przepada za jeżdżeniem samochodem. Trzeba przyznać, że tutejsze, kręte drogi, też są nie przyjemne. Klamka zapadła, spakowaliśmy cały majdan z powrotem do sakw i poszliśmy spać. Rowery miałem umieścić na platformie rano.
Dzień 6: Cles – Warszawa (1 300 km autem)
Czekała nas teraz długa droga powrotna. Tym razem chciałem jechać bez noclegu. Z tego powodu nie nastawiałem budzika by wyspać się porządnie. Rano zjedliśmy śniadanie i zapakowaliśmy do końca auto. Około 10:00 pożegnaliśmy się z ciocią i ruszyliśmy do Warszawy. Jechaliśmy przez Insbruck, niemiecki Rosenheim, Salzburg, Linz, Sankt Polten, Brno i Ostrawę. W Polsce, tak jak w pierwszą stronę, autostrada A1 i ekspresówka S8. Alpy Bawarskie, przez które pierwotnie mieliśmy jechać na rowerach, tonęły w chmurach. Deszcz lał tam równo – decyzja o tak wczesnym zakończeniu wyprawy była niełatwa, ale słuszna. Po północy wjechaliśmy do Polski. Zatrzymałem się na drzemkę na stacji benzynowej w pobliżu Żor. Po godzinie ruszyłem dalej. Wszyscy pasażerowie nadal spali. Do domu dojechaliśmy po 4:00 nad ranem.

Podsumowanie
Trudno o podsumowanie, jeżeli wyprawa w zasadzie nie doszła do skutku. Nie chcąc ponownie 'rozdrapywać ran’, można napisać, że została przełożona na bliżej nie określony termin. Te dwa dni jakie było nam dane jechać przez Austrię, potwierdziły informacje pozyskane o tym kraju. Infrastruktura rowerowa świetna, styl jazdy kierowców bezpieczny. Na Kempingach panował porządek. Widoki, które było nam dane zobaczyć (pierwszego dnia), znakomite. I to by było na tyle.
Jeżeli chodzi o część włoską to typowy spontan i próba ratowania wakacji. Niestety i tu pogoda nie była najlepsza. Dodatkowo górzysty teren nie pozwolił na zaplanowanie kilku dni na rowerach. Piesze wycieczki z racji braku odpowiedniego odzienia i sprzętu też odpadły. Podczas naszych wypraw szczególnie dla nas istotne jest to, by dzieci uczyły się wrażliwości i otwartości na świat, by rozwijały wyobraźnię i nabywały nowe umiejętności w odnajdowaniu się w różnych warunkach, ale nie za wszelką cenę. Czasami po prostu trzeba odpuścić, a szczególnie wtedy, gdy podróżuje się właśnie z dziećmi. Dla nas zaś to lekcja pokory i godzenia się z tym na co nie mamy wpływu, elastyczności oraz szukania innych rozwiązań. Śmiało możemy stwierdzić, że mamy za sobą pierwszą spontaniczną wycieczkę samochodową.
Od strony kosztowej wyjazd pochłonął około 3 800 zł wliczając spanie, jedzenie oraz przejazd autem a także winiety. Jak na tydzień wakacji dla 5 osób to może i niewiele, ale z tych 7 dni, 4 spędziliśmy w aucie przejeżdżając w tym czasie 2 700 km. Z pozytywów to zarówno Ola jak i dzieci zobaczyły jak wyglądają inne kraje i mieli okazję rzucić okiem na piękne Dolomity. Ja we Włoszech byłem już kilka razy, Austrię kojarzyłem zza szyby auta. Kiedyś wrócimy dokończyć tę trasę- wpisane na listę marzeń. Szkoda by 4 miesiące planowania się zmarnowało. Będzie trzeba tylko zwrócić większą uwagę na pogodę przed ruszeniem w tak długą podróż.
