Poprzedni rok, pod względem wyjazdów, nie był dla nas łaskawy. Ratowała go jedynie przesunięta wyprawa na Jurę. Była jeszcze Austria, z której przez pogodę, uciekliśmy trzeciego dnia a także wyprawka zastępcza w postaci pięciodniowego przejazdu Mazurską Pętlę Rowerową. Na deser deszczowe Karkonosze. Było dużo czasu, żeby wyciągnąć wnioski na przyszłość i choć trochę zabezpieczyć się przed sytuacją, gdy pogoda psuje nam plany.
Jednym z nich to dywersyfikacja regionu podróży. I tak, od początku stycznia 2026 rozpocząłem planowanie dwóch kierunków, oddalonych od siebie o 1000 km. Pierwszym była wyspa Rugia, drugim – polskie Roztocze zaproponowanym przez kolegę Maćka, z którym rok temu mieliśmy wybrać się na Jurę. Termin miał wstrzelić się w egzaminy ósmoklasisty, podczas których Leon i Marysia mieli 4 dni wolnego w szkole. Padło na czas między 8 a 17 maja. To okres kiedy pogoda potrafi być kiepska, ale historycznie bywały lata, gdy maj był ciepły i słoneczny.
Tym razem logistyka była bardziej skomplikowana. Poza opracowaniem dwóch niezależnych śladów i atrakcji zlokalizowanych na ich kursie, musiałem uwzględnić również możliwości transportowe Maćka i jego syna Karola, którzy mieszkają w Dębicy. Gdyby ‘wygrała’ opcja Rugia, mieli dotrzeć pociągiem do Szczecina, skąd zabralibyśmy ich razem z rowerami autem w dalszą część trasy, aż do miejscowości Altefahr. W przypadku Roztocza sprawa była prostsza. Z Dębicy do Radymna, w którym mielibyśmy wystartować, jest kilka bezpośrednich połączeń kolejowych dziennie. Na Rugii znalazłem parking w przyzwoitej cenie, wytypowałem też 7 z pośród 20 kempingów, do których wysłałem maila z prośbą o szczegółowe informacje. W przypadku Roztocza sprawa była trudniejsza. Radymno nie posiadało sensownego miejsca, gdzie mógłbym bezpiecznie ‘porzucić’ auto. Finalnie napisałem do miejscowej Parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. W odpowiedzi ksiądz Kazimierz Piwowar zgodził się na zaparkowanie samochodu wewnątrz ogrodzonego terenu na plebanii.
Na dwa dni przed wyjazdem, prognozy pogody wskazywały, że korzystniej będzie wybrać Roztocze. Średnia temperatura miała być wyższa o około 4-5 stopni. W obu destynacjach pokazywały się deszczowe dni, ale na Rugii skala opadów była większa. Doszedł też inny czynnik. W przypadku wyboru trasy w około niemieckiej wyspy, trzymalibyśmy się niemal cały czas wybrzeża. Przy chłodnej pogodzie kąpiel w morzu nie byłaby wskazana. Ustaliliśmy, że pod kątem dzieci, taką Rugię lepiej 'zrobić’ latem, gdy wody w Bałtyku są już nagrzane. Zatem Roztocze już na nas czekało! No może nie do końca.
Na kilka godzin po podjęciu decyzji, we wtorek, otrzymałem sms od Oli z linkiem do alarmujących artykułów: „Puszcza Solska płonie!„. To region, w którym mieliśmy się poruszać. Z uwagi na długi okres suszy, wybuchł tam ogromny pożar. Z całej Polski ściągały strażackie zastępy. W akcji zginął pilot samolotu gaśniczego. Kolejne komunikaty przebijały liczbę hektarów zajętych ogniem, 200, 300… 500 (ostatecznie oszacowano, że spłonęło 1 157 hektarów lasu). W środę przeczytałem, że lasy w całym nadleśnictwie Zwierzyniec zostają wyłączone z ruchu turystycznego, w tym cały obszar Roztoczańskiego Parku Narodowego. Po chwilowej panice, zadzwoniłem w kilka miejsc i uzyskałem informację, że główne szlaki komunikacyjne, w tym drogi asfaltowe powinny być przejezdne. Maciek zdążył oddać bilety kolejowe do Szczecina, więc skazani byliśmy na kierunek Roztocze. Pozostało mieć nadzieję, że sytuacja się unormuje zanim dojedziemy w tamten region, co miało nastąpić czwartego dnia wyprawy.
Na przekór wcześniejszym oczekiwaniom, teraz wyczekiwaliśmy prognoz, które zakładałyby obfite opady deszczu na terenie południowo wschodniej Polski. Tak też się stało i od środy wieczór, przez dwa kolejne dni, padał tam deszcz. W między czasie akcja gaśnicza została zakończona. Pojawiły się też informacje, że cofnięto zakazy wejścia do lasów. Mogliśmy jechać…
Dzień 0: Warszawa – Rytwiany
Pakowanie, pakowanie i jeszcze raz pakowanie. Podobnie jak przy poprzednich dwunastu wyjazdach rowerowych, cała 'zabawa’ zaczęła się jeszcze przed wyjazdem. Bagaże zapakowaliśmy na dwa dni przed startem wyprawy – w środę. Udało się tak wszystko poukładać, że zostało jeszcze miejsce na sakwy Maćka i jego syna. Po pracy, w czwartek – nazwany tu ’Dniem 0’ – miałem już tylko dołożyć rowery i ruszyć w drogę. Niestety z tego 'tylko’ zrobiły się 4 godziny. Gdy nałożyłem zaczep platformy rowerowej na kulę haka, okazało się, że mimo zaciągnięcia blokady, całość rusza się na boki. Po szybkim sprawdzeniu, z lekkim przerażeniem odkryłem, że śruby, którymi stelaż haka przytwierdzony jest do auta, są poluzowane. Nie wnikając, czy nie dokręcono ich podczas montażu w salonie, czy same się poluzowały, zadzwoniłem do męża kuzynki, który pracuje w serwisie samochodowym na Bielanach. Powiedział, żebym podjechał. Na miejscu dokręcił poluzowane śruby i sprawdził pozostałe. Podziękowałem za ekspresową usługę i wróciłem do domu.
Teraz uchwyt na hak trzymał się bardzo dobrze. Niestety, ale wtyczka wiązki świetlnej w platformie, nie chciała wkręcić się do gniazda umocowanego przy haku. Spędziłem godzinę próbując różnych sposobów na jej wpięcie i nic. Dopiero po konsultacji z sąsiadem, spróbowałem wpiąć ją do innego auta (kilka dni przed wyjazdem pożyczyłem sąsiadowi mocowanie na rowery i u niego w samochodzie montaż przebiegł sprawnie). O dziwo zaskoczyło. Przełożyłem platformę z powrotem do mojego pojazdu i tym razem wtyczka przekręciła się bez problemu. W końcu mogłem montować rowery na platformie. I jak co roku układ rowerów był inny. Tym razem, rower Marysi miał jechać na dachu, a w jego miejsce wszedł rowerek Felicji. W miedzy czasie Ola wróciła z pracy i ogarniała w domu ostatnie sprawunki.
O 19:25, z półtoragodzinnym opóźnieniem, względem założeń, opuściliśmy miasto. Po godzinie drogi zaczęło lać. I taki stan, utrzymał się przez następne dwie godziny, aż dojechaliśmy do rodziców Oli, do Rytwian. Na szybko zarzuciliśmy plandekę na cztery rowery znajdujące się na platformie. Piąty rower, znajdujący się na dachu nie miał tyle szczęścia. Do mieszkania zabraliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy oraz klatkę z kotami, które na czas wyjazdu miały zostać pod opieką teściów.
Dzień 1: Radymno – Szczeble (46 km, 157 m przewyższeń)
O 5:45 zadzwonił budzik. Za oknem padał deszcz i było mgliście. Z uwagi na prognozy, które zakładały, że w punkcie startu dopiero od południa powinno przestać padać, wyjechaliśmy nieco później niż zakładaliśmy. W Dębicy, pod domem Maćka, zameldowaliśmy się kwadrans po 9:00. Teraz należało dołożyć na dach dwa kolejne rowery. Trwało to dłużej niż powinno, bo pracę przerywał nam kilkukrotnie rzęsisty deszcz. Sakwy ułożyliśmy, na półce bagażnika. Pierwszy raz jechaliśmy jednym autem w 7 osób plus 7 rowerów. Do tego 18 sakw oraz 7 worków. Na dokładkę hol oraz 3 przednie koła z rowerów umieszczonych na dachu (bagażniki dachowe miały montaż do widełek przednich widelców) i na koniec drabina, bez której nie można by dostać się na dach. Wszystko udało się zgrabnie zapakować. Jednocześnie we wnętrzu auta pozostało na tyle dużo miejsca na nogi by móc komfortowo podróżować.
Dębicę i Radymno dzieliło około 117 km, z czego prawie cały dystans przypadał na autostradę A4. Ola i Maciek od początku złapali dobry kontakt, ja skupiłem się na drodze. Dzieci były wyciszone. Karol miał trudniejszą sytuację, bo nie znał nie znał żadnego z naszych dzieci. Deszcz nie dawał za wygraną. Po około godzinie, wjechaliśmy na teren parafii, gdzie miałem zostawić auto. Odpięcie rowerów z platformy oraz dachu i wypakowanie bagaży zajęło ponad godzinę. W końcu, o 13:40 byliśmy gotowi do startu. Dziś mieliśmy do przejechania niecałe 50 km po w płaskim terenie i głównie po asfalcie. Pierwszy odcinek prowadził Doliną Dolnego Sanu. Za miastem minęliśmy most nad Sanem. I jak to na początku każdej wyprawy z dziećmi bywa, pojawiło się najważniejsze pytanie: „kiedy postój„.


Po 5 km zrobiliśmy przystanek w Michałówce. Znajdował się tu drewniany kościół z bogato zdobionym wnętrzem. Choć sama parafia istnieje od 1763 roku, świątynia była zniszczona dwa razy, w 1914 i 1942 roku. Za każdym razem odbudowywano ją, pieczołowicie odtwarzając jej pierwotny wygląd. Wnętrze udostępnione było do zwiedzania, co nieco nas zdziwiło. W większości kolejnych cerkwi i kościołów nie mieliśmy tyle szczęścia. Ruch na drodze był niewielki. Mimo to, na początkowym etapie, pojawiło się kilka niebezpiecznych sytuacji, gdy byliśmy wyprzedzani przez auta jadące na pełnym gazie. Pogoda była dobra. Deszczowe chmury zniknęły za horyzontem, temperatura około 18 stopni nie pozwalała byśmy się spocili. Jechało się komfortowo.



Drugi postój w Stubienku, po następnych 8 km. Przy głównej drodze znajdowała się Cerkiew Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Świątynię o trójdzielnej budowie konstrukcji zrębowej, wzniesiono w 1849 na miejscu starej, drewnianej cerkwi. W 1971 obiekt został zaadoptowany na kościół rzymskokatolicki. Po zaparkowaniu rowerów, Maciek oznajmił nam, że podczas wyjazdu będziemy bawić się w grę terenową Geocaching. Wtajemniczył moje dzieci w reguły i zasady zabawy (Karol znał je doskonale). W dużym skrócie, w specjalnej aplikacji, można było podejrzeć lokalizacje z ukrytymi skrytkami, tak zwanymi ’keszami’. Na dokładne miejsce ukrycia skrytek, naprowadzały wskazówki z aplikacji. Dzieci od razu zajęły się poszukiwaniem skrytki, ja wziąłem aparat do ręki i robiłem fotorelację. Marysia jako pierwsza odnalazła miejsce ukrycia kesza. Poza drobnymi przedmiotami, w skrytce-pudełku znajdowała się karteczka, na której należało wpisać datę odkrycia i nick odkrywcy.


3 km dalej, w Stubnie, znajdował się ostatni sklep, który mieliśmy dziś mijać. Po ustawieniu rowerów pod obszerną wiatą, część ekipy poszła na zakupy. Zaraz po tym jak wrócili, z nieba lunął deszcz. Padał tylko 10 minut. Przypomniał mi się nasz pierwszy, rowerowy wyjazd nad morze 6 lat temu. Deszczu było wtedy jak na lekarstwo a jak padał to zawsze w pobliżu mogliśmy liczyć na kawałek dachu czy innego schronienia. Dzieci zaczynały nadawać na tej samej fali. Karol został szybko ’wchłonięty’ przez grupę rówieśników: Marysię, Leona i Felicję. Zaczęli opowiadać sobie dowcipy, atmosfera zrobiła się luźna, a wcześniejszy stres, związany z obawami, czy dzieciaki się ’dotrą’, szybko rozpłynął się podczas pierwszych godzin znajomości.

W Chotyńcu umiejscowiona była następna atrakcja. Cerkiew Pw. Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Zbudowana w 1615 roku, jako jedna z nielicznych świątyń greckokatolickich w Polsce, przetrwała wojenne zawieruchy. Po wysiedleniach z 1947 roku obiekt zamknięto, a następnie oddano w posiadanie kościołowi rzymskokatolickiemu. W 1990 roku świątynia zwrócona została pierwotnemu właścicielowi – kościołowi greckokatolickiemu. Kompleksowej renowacji obiektu dokonano w latach 1991-1994. Jest to budowla jednonawowa, czwórdzielna, wykonana całkowicie z drewna, o konstrukcji zrębowej. Podjechaliśmy rowerami zaraz pod samo ogrodzenie. Niestety, ale Ola z Marysią, nie zauważyły jak skręciliśmy z głównej drogi w boczną uliczkę. Efekt był taki, że zanim zdążyłem do nich zadzwonić, były już 2 km za Chotyńcem. Po ich powrocie poszliśmy dokładnie przyjrzeć się świątyni. Była niezwykle fotogeniczna a najbliższe otoczenie, w którym się znajdowała tylko podkreślało jej walory.



Po dłuższej przerwie mogliśmy ponownie obrać kurs jaki wskazywała nawigacja. Pogoda była coraz lepsza, miejscami zza chmur wyglądało słońce i robiło się cieplej. Z każdym kilometrem teren stawał się bardziej pofalowany. Żółte pola rzepaku, który teraz był w pełnym rozkwicie, kontrastowały z zielenią pozostałych uprawnych pól. Powoli wjeżdżaliśmy na Płaskowyż Tarnogrodzki. W kilku miejscach poruszaliśmy się szlakiem GreenVelo. Gdy po raz czwarty przejeżdżaliśmy wiaduktem nad autostradą A4, Marysia zaczęła dawać wyraźne oznaki osłabienia. Odczuwała ból nadgarstków i kolan. Nie wiem na ile przyczyną mógł być obciążony sakwami jednoślad a na ile nieco już za mały rozmiar roweru. Zwolniłem tempo by jej potowarzyszyć. Chłopaki, Leon i Karol mieli za to aż nadto sił, bo trzymali się niezmiennie z przodu.





W Młynach zrobiliśmy jeszcze jeden krótki postój. Z aplikacji wynikało, że jest tu ukryty kesz, ale ostatecznie go nie odnaleźliśmy. Ze starych wpisów wynikało, że skrytka mogła zostać zabrana. Jednym z plusów gry terenowej, był fakt, że większość z mijanych przez nas skrytek, zlokalizowana była przy atrakcjach, które miałem oznaczone na swojej mapie. Tak było i tym razem. Staliśmy obok drewnianej Cerkwi pw. Matki Bożej Pocieszenia, wybudowanej około 1733 roku. Świątynia jest dwudzielna, zbudowana na zrąb na planie prostokąta, z ośmiobocznym bębnem nad nawą, nakrytym dachem namiotowym z niewielką kopułką. Z ciekawostek związanych z tym miejscem należy wymienić to, że w latach 1852-1870 proboszczem parafii był Michał Werbycki, autor muzyki do pieśni „Szcze ne wmerła Ukrajina”, który to utwór jest hymnem narodowym Ukrainy. Pochowany został na tutejszym cmentarzu przycerkiewnym. W 2004 zbudowano tu kaplicę, 12 kwietnia 2005 odbyło się jej uroczyste poświęcenie, w którym uczestniczył prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko.


Do miejsca noclegu pozostało nam jeszcze 16 km, około 1/3 całego dziennego dystansu. Niestety, ale przez pogodę wystartowaliśmy później niż zamierzałem a dystans był podobny do tego jaki zaplanowałem w kolejnych dniach. Postanowiliśmy docisnąć mocniej by uniknąć rozbijania namiotów po ciemku. Dzieciaki nieco odczuły zwiększenie tempa i zaczęły marudzić, ale gdy na ostatnim wzniesieniu, za Kobylnicą Wołoską pokazałem im miejsce, gdzie będziemy spać, dostały nagłego zastrzyku energii.






Do osady Szczeble, leżącej na zachód od miasteczka Wielkie Oczy, zajechaliśmy o 18:30. Zadzwoniłem do gospodarza opiekującego się terenem, by zapowiedzieć nasz przyjazd, po czym zaczęliśmy rozkładać namioty. Czas naglił bo w powietrzu zbierała się wilgoć. Należało czym prędzej ustawić namioty i schować w nich bagaże. W między czasie pojawił się opiekun biwakowiska. Teren, na którym się znajdowaliśmy, należał do gminy. Ta udostępniła go kilkanaście lat temu mieszkańcom, którzy wybudowali za własne pieniądze wiatę, toaletę i niewielkie pomieszczenie gospodarcze. Położyli chodnik z kostki brukowej i urządzili miejsce z paleniskiem. Był też staw z niewielkim pomostem. Opłatę za pobyt wnosiło się poprzez dobrowolne datki do puszki. Po rozmowie z sympatycznym gospodarzem, powiększyliśmy budżet, który miał służyć na rozwój miejsca, o 100 zł.



W czasie rozbijania obozu, wspólnych rozmów i przygotowywania obiadokolacji, na którą składały się liofilizaty, dzieci bawiły się w chowanego, a gdy zrobiło się już ciemno, grały w karty w przedsionku naszego dużego namiotu, który nazywaliśmy potocznie ’hangarem’. Pierwszy dzień wyprawy przebiegł bardzo sprawnie, mimo późnego startu. Młodzież szybko się dogadała. Dorośli podobnie, chociaż Ola miała pewne obawy czy na pierwszym naszym wyjeździe w składzie powiększonym o osoby 'z zewnątrz’, wszystko zatrybi, czy dzieci się polubią. Ja byłem bardziej pewny dobrej atmosfery bo od ponad roku, w regularnych odstępach czasu, utrzymywałem mailową korespondencję z Maćkiem, z którym poznaliśmy się dzięki naszej stronie a także forum rowerowym. Wiedziałem, że na wiele tematów, w tym te najważniejsze, mamy zbliżony punkt widzenia. Jedyne co mnie nurtowało to sprawy techniczne, jak np. wydłużony czas postojów. Statystycznie im więcej osób w grupie, tym więcej przerw. Pierwszy dzień pokazał jednak, że w trakcie 5 godzin udało nam się przejechać prawie 50 km a do tego zwiedzić kilka ciekawych miejsce i połączyć to jeszcze z jakże atrakcyjną, szczególnie dla młodszych, grą terenową Geocaching.
Dzień 2: Szczeble – Horyniec Zdrój (45 km, 352 m przewyższeń)
Pierwsza noc za nami. Żaby z pobliskiego stawu nie oszczędzały gardeł i szybko nas uśpiły. Ola czuła pewien dyskomfort spowodowany brakiem ogrodzenia. Obudziła mnie w nocy z uwagi na odgłosy przypominające pohukiwania. Najprawdopodobniej były to jakieś zwierzęta, które nawoływały się. Uspokoiłem żonę, że to tylko zwierzęta i poszedłem spać. Temperatura na zewnątrz namiotu wynosiła 6 stopni i mimo, że weszliśmy do śpiworów w ubraniach, odczuwaliśmy chłód. Nasze siedemnastoletnie, podniszczone śpiwory miały oznaczony limit komfortu na 12 stopni. Biorąc pod uwagę, że były mocno wyeksploatowane, parametry te pewnie należałoby powiększyć o kilka stopni. Najwyższy czas by wymienić je na nowe. Dzieci nie narzekały, ich śpiwory miały kilka lat i lepsze parametry – strefa komfortu wynosiła 8 stopni. Nad sypialnią zebrała się wilgoć z powietrza, które wydychaliśmy. Przetarłem wilgotne miejsca ręcznikiem szybkoschnącym by całość mogła szybciej podeschnąć przed zwinięciem schronienia.
Pakowanie, śniadanie i sprzątanie zajęło 3 godziny. Pole biwakowe opuściliśmy o 10:00. Na dziś nieco krótszy dystans a czasu znacznie więcej niż poprzedniego dnia. Dzięki temu mogliśmy pozwolić sobie na dłuższe postoje i odwiedzenie ciekawych miejsc. Pierwszy odpoczynek już po 4 kilometrach w Wielkich Oczach. Znajdował się tu dawny budynek synagogi zaadoptowany na bibliotekę publiczną, kościół Niepokalanego Poczęcia NMP w Wielkich Oczach oraz Cerkiew pw. Mikołaja Cudotwórcy. Ta ostatnia została wzniesiona w 1925 roku na miejscu poprzedniej, która została zniszczona przez niemiecką artylerię w 1915 roku. Świątynia jest jedyną podkarpacką cerkwią wzniesioną w konstrukcji szachulcowej z wypełnieniem na podmurówce z cegły i betonu. Wedle aplikacji GC, w gdzieś tu znajdowała się skrytka, dzieci zabrały się do poszukiwań.





Po 3 km w Żmijowiskach, zboczyliśmy z kursu by zobaczyć Cerkiew Zaśnięcia Matki Bożej zbudowaną w 1770 roku. W 1930 odnowiono świątynię a od 1947 roku cerkiew nie była użytkowana w celach sakralnych. Podobnie jak większość tego typu obiektów, przemianowano ją na magazyn. I tu ukryty był gdzieś jeden kesz. Następna, również opuszczona, Cerkiew Narodzenia Najświętszej Maryi Panny znajdowała się w Wólce Żmijowskiej leżącej przy trasie GreenVelo. Dzieci znowu szukały skrytki a po jej odnalezieniu, za przykładem Karola, poczęły wspinać się na drzewa.















Teren robił się coraz bardziej pagórkowaty. Temperatura wzrosła do 17 stopni. Wiatr, który towarzyszył nam wczoraj, nie dokuczał już tak bardzo, ponieważ jechaliśmy przez las. Miejscami asfaltową ulicę zastępowała szutrowa droga. Za kapliczką Pięciu Sosen skręciliśmy w prawo. Cały czas zmierzaliśmy ku północnemu wschodowi. Leon i Karol byli dobrze zmotywowaniu i jechali na przedzie. Znaleźli wspólny temat dotyczący gry Minecraft.










Na wysokości przejścia granicznego z Ukrainą, w Budomierzu, na chwilę wyjechaliśmy z lasu by po 2 km ponownie poruszać się pośród drzew. Po około 15 km jazdy bez przerwy, dzieciaki wyprosiły postój. Mijając Czerwoną Figurę – drewniany krzyż – przejechaliśmy jeszcze 2 km by zatrzymać się przy Dębach Sobieskiego w pobliżu nieistniejącej wsi Sieniawka. Maciek wyciągnął kuchenkę i zaczął pichcić coś w garnku. Ola wydzieliła suchy prowiant. Ja wjechałem w las poszukać opuszczonego, grekokatolickiego cmentarza a także cerkwiska – miejsca po dawnej cerkwi. Po powrocie zastałem wszystkich w komplecie. Po chwili, z dużą prędkością podjechał do nas pojazd Straży Granicznej. Z okna wychylił się mundurowy i zapytał, czy nie widzieliśmy w pobliżu dwóch mężczyzn w krótkich spodenkach, poruszających się na piechotę. Niestety nie mogliśmy pomóc. Na pytanie Oli czy coś nam grozi, facet z auta uśmiechnął się zdawkowo i odparł, że nie. Wtrącił jeszcze, żebyśmy nie próbowali zbliżać się do granicy. Przejechali tędy jeszcze kilka razy, na pełnym gazie, co było dość zabawne. Wyglądało, jakby mieli nadzieję, że im więcej km zrobią tym większa będzie szansa na spotkanie poszukiwanych.



Sygnałem do odjazdu były żwawe harce dzieci, które nie mogły usiedzieć na miejscu i zaczęły gonić się na wzajem. Wsiedliśmy na rowery i pomknęliśmy dalej. W między czasie robiliśmy sporo zdjęć. Cała dorosła trójka miała na wyposażeniu pełnoklatkowe, bezlusterkowe aparaty cyfrowe Sony. Wziąłem ze sobą 4 obiektywy, więc Maciek mógł je wypróbować. Najbardziej interesowała go stałka Sigma 85mm ze światłem 1.4, więc pożyczyłem ją do obcykania. Wspólnie z Olą korzystaliśmy ze specjalnych uprzęży, do których wpięte były aparaty podczas jazdy. Dodatkowo pasek od aparatu przewieszony był awaryjnie przez szyję. Maciek nie korzystał z paska a sprzęt wiózł w torbie na kierownicy i wyjmował tylko na moment robienia zdjęcia. Z ciekawości zapytałem czy nie boi się, że może mu on wypaść z dłoni. Odparł, że ma zabezpieczenie w postaci linki na nadgarstek. I w tym momencie, podczas jazdy, gdy chciał zaprezentować jak aparat wisi na lince, ta urwała się i aparat… wpadł z powrotem do torebki na kierownicy. Zarówno mi jak i Maćkowi zabiły mocniej serca. Gdyby jego ręka była kilka centymetrów dalej, sprzęt zleciałby pod koła roweru, wprost na kamienistą aleję obsadzoną wiekowymi lipami. Na następnym przystanku poprosił o swój obiektyw i więcej podczas jazdy nie korzystał z moich.





Na kemping zostało już tylko 10 km. Zrobiliśmy jeszcze dwa przystanki. Jeden przy Kaplicy Matki Bożej Śnieżnej w Radrużu. Tu schowany był następny kesz, skrzętnie ukryty w pniu drzewa. Dzieci nie miały jednak problemów z jego odnalezieniem. Pół kilometra dalej znajdował się Zespół Cerkiewny w Radrużu wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Gdy zajechaliśmy na plac, obok zebrało się kilka osób z przewodnikiem. Dostaliśmy propozycję, by dołączyć do grupy. Z uwagi na długi czas zwiedzania nie skorzystaliśmy z tej opcji. Cerkiew jak i wszystkie zabudowania w około robiły niesamowite wrażenie. Obiekt był bardzo zadbany i z pewnością przeszedł porządną renowację. Świątynia należy do najstarszych i najlepiej zachowanych obiektów drewnianego budownictwa cerkiewnego w Polsce. Znalazła się na prestiżowej, międzynarodowej liście World Monuments Fund. Zbudowana została w XVI wieku z drewna jodłowego i dębowego, jako trójdzielna budowla konstrukcji zrębowej, o charakterze późnogotyckim.




Do Horyńca-Zdroju pozostał rzut beretem. Jedno wzniesienie, prze którym podjechaliśmy jeszcze pod kamienny Krzyż Sobieskiego będący pomnikiem zwycięstwa. Na obelisku widnieje data 1672 uznawana za moment jego ustawienia. W tym czasie na przylegających polach, Jan III Sobieski stoczył zwycięską bitwę z Tatarami, uwalniając z niewoli 12 tysięcy jeńców. Po kilkunastu minutach wjechaliśmy do uzdrowiska. Pomyślałem, że dobrze byłoby jakoś wynagrodzić sprawne pokonanie odcinka i zjeść to co lubią dzieci, czyli np. frytki. Niedaleko znajdował się otwarty bar. W między czasie zza budynku wyłoniła się para sakwiarzy, w wieku około 60-70 lat. Nie byli z Polski więc przeszliśmy na język angielski. Okazało się, że są Szwajcarami. 5 tygodni temu wystartowali z pod swojego domu, pokonując w tym czasie około 2,5 tysiąca km. Ich rowery był wspomagane silnikiem elektrycznym, ale wyglądały na dość stare i ciężkie konstrukcje. Podobnie jak my, na dziś chcieli znaleźć nocleg w Horyńcu. Poleciłem im naszą miejscówkę a po akceptacji wskazałem na mapie, którędy mają tam dojechać. My udaliśmy się do baru Smakosz.

Menu zawierało obszerną listę pozycji, od szybkich przekąsek typu frytki i hotdogi, przez kebaby, do typowej kuchni polskiej. Była też pizza, i właśnie to danie wybraliśmy. Zaraz obok baru znajdowały się automaty z zabawkami, co nie umknęło uwadze dzieci. Pizze zostały nam podane dość szybko i podobnie szybko je zjedliśmy. Pół godziny później wjechaliśmy na teren Camperparku. Namiot Szwajcarów był już rozstawiony. Teraz nasza kolej. Mając już nieco wprawy po wczorajszym wieczorze, poradziliśmy sobie nader szybko. Obiekt nie był ogrodzony, przy wjeździe znajdował się drewniany pawilon podzielony na 3 pomieszczenia: toalety, prysznice i aneks kuchenny. Klucze do zamków ukryte były w skrytkach na kody, które przesłano nam przez sms po uprzednim kontakcie telefonicznym. Obsługa nie miała możliwości odebrać pieniędzy osobiście, więc dokonaliśmy przelewu na telefon. Koszt to 50 zł za całą naszą grupę. Prysznice były dodatkowo płatne, 1 zł za 4 minuty ciepłej wody. W aneksie znajdowała się kuchenka, czajnik i zlewozmywak. Super sprawa.
Z terenem Camperparku, graniczył budynek supermarketu. Następnego dnia wypadała niedziela, więc należało zrobić zapasy jedzenia na najbliższe dwa dni. Poszliśmy w piątkę, a przy dobytku został Maciek z Karolem. Potem się wymieniliśmy. Wieczorem zrobiliśmy jeszcze kolację. Dzieci bawiły się na kocu rozłożonym przed namiotem. Znalazły kawałki kory i ćwiczyły posługiwanie się nożem, strugając z nich różne kształty. Spać poszły około 22:00 a dorośli prowadzili jeszcze rozmowy do 23:00.


Dzień 3: Horyniec Zdrój – Jędrzejówka (35 km, 405 m przewyższeń)
Ta noc też była zimna. Karol zasnął wczoraj najwcześniej to i obudził się przed moimi dziećmi, około 7:00. Prognozy pogody sprawdziły się i od rana świeciło słońce, choć termometr w cieniu pokazywał tylko 12 stopni. Dziś mieliśmy więcej czasu na odjazd. Dystans był jednym z krótszych na całym wyjeździe, bo tylko około 35 km, co prawda z największą liczbą przewyższeń na kilometr. O 13:00, w oddalonej od 6 km Kaplicy Matki Bożej Horynieckiej, zaczynała się niedzielna msza. Wystarczyło, że opuścimy pole biwakowe o 12:00. Jak na nasze wyjazdowe standardy, było sporo czasu do rozdysponowania m.in. na odpoczynek czy uzupełnienie dziennika wyprawy. Dzieci poświęcił ten czas na zabawę. Poszły nad pobliską rzekę Słotwinkę szukać kamieni o ciekawych kształtach, potem rzucały piłką. Były też zagadki i łamigłówki, które Ola wydrukowała w Warszawie. Przepraliśmy też brudne ubrania, które dość szybko wyschły na słońcu.
Dziś mieliśmy jechać przez Roztocze Wschodnie będące jedną z 3 części makroregionu Roztocza. To jego najwyższa część, co oznaczało, że będzie sporo podjazdów. Jest to najbardziej na południe wysunięta kraina Roztocza sięgająca aż na terytorium Ukrainy, w rejonie Lwowa. W tym miejscu przebiega europejski dział wodny separujący zlewiska Morza Bałtyckiego (dorzecze Wisły) i Morza Czarnego (dorzecze Dniestru). Takie ukształtowanie terenu gwarantowało dobre widoki.
Pole namiotowe opuściliśmy w południe. Na start czekał pierwszy, z dwóch największych podjazdów tej wyprawy. Ponieważ byliśmy ’na świeżo’, jazda szła sprawnie i szybko dotarliśmy do Nowin Horynieckich. Na początku wioski zatrzymała nas zagroda, a raczej kozy-żebraczki, które się w niej znajdowały. Nauczone widokiem turystów, szybko podeszły pod ogrodzenie. Wiedziały, że w takich sytuacjach mogą liczyć na świeże listki zerwane poza terenem, w którym przebywają. Dzieci uwijały się by zdobyć jak najwięcej pożywienia, które potem rozdzielały między kozią rodzinę. Musiały sporo się nagimnastykować, by rozdzielić strawę po równo. Koźlątka były odpędzane przez zagrodową starszyznę, mimo to, miały pewną przewagę. Mogły przecisnąć swoje głowy przez ogrodzenie, co ułatwiało dzieciom ich karmienie. Śmiechu było co nie miara. Moglibyśmy tu stać i parę godzin, ale należało już ruszać. Na końcu wioski musieliśmy odbić ze szlaku by dojechać do Kaplicy Matki Bożej Horynieckiej, niestety droga schodziła stromo w dół. Straciliśmy tu sporo zdobytej wcześniej wysokości.




Po mszy zwiedziliśmy kaplicę, w której znajdowało się źródło z częściowo zmineralizowaną wodą. Na miejscu można było nawet zakupić butelki oraz baniaki i napełnić je wodą, która ponoć ma lecznicze właściwości, szczególnie korzystne dla oczu. Według legendy źródło to wypłynęło po pojawieniu się tutaj Matki Boskiej. Wedle historycznych zapisów dnia 12 czerwca 1636 r. miało miejsce pierwsze objawienie Matki Boskiej, która ukazała się trójce rodzeństwa. Nabraliśmy cennej wody do pustych butelek i pokręciliśmy z powrotem pod górę. Po drodze zatrzymaliśmy się, na prośbę dzieci, na placu zabaw.



W końcu musieliśmy ruszyć. Nie było innej rady, kilometry nie zrobią się same. Ruszyliśmy, powoli i ospale pod górę, osiągając po 2 km punkt kulminacyjny wzgórza Buczyna. Tu znajdowała się kolejna atrakcja z mojej listy: Kamienie kultu słońca zwane potocznie Świątynią Słońca. Wewnątrz lasu znajdowało się stanowisko archeologiczne w postaci kilku cylindrycznie ułożonych kamieni. Według legendy było to miejsce odprawiania kultów i wierzeń. Prasłowiańskie ludy odprawiały tu obrzędy w momencie, gdy pierwsze słoneczne promienie przeszły przez otwór znajdujący się w największym z głazów.

Opuszczając leśną ścieżkę, która prowadziła, do tajemniczych kamieni, zatrzymaliśmy się na szybki przegląd przeciw kleszczowy, ponieważ, u jednego z dzieciaków zauważyliśmy jednego na nodze. Teraz mogliśmy spokojnie jechać dalej. Dalsza droga nie była już stroma, teren był pagórkowaty, ale bez ekstremów. Za Niwkami, na naszym szlaku, wyrósł nagle znak zakazu wjazdu. Nie obejmował jedynie pojazdów uprzywilejowanych i mieszkańców Niwek. Nie było żadnej wzmianki na temat rowerów, jak to czasem bywa w przypadku leśnych dróg. Wiedziałem, że są tutaj tereny wojskowe, ale z map, które wcześniej studiowałem nie wynikało, żeby nie można było tędy jechać. Ponad słupkiem ze znakiem zakazu, znajdowało się kila kamer, które bynajmniej nie wyglądały na atrapy. Nie uśmiechało mi się zawracanie, musielibyśmy się cofnąć aż do Nowin Horynieckich tracąc całą wysokość, na którą wjechaliśmy. Według mapy teren wojskowy ciągnął się wzdłuż drogi na odległość około pół kilometra. Dałem wszystkim radę, byśmy sprawnie jechali do przodu i nie oglądali się zbytnio na boki, by nikogo nie drażnić. Po kilkuset metrach ujrzeliśmy podobny znak, ale ustawiony w przeciwnym kierunku. Jednym słowem byliśmy już poza strefą zmilitaryzowaną. Mogliśmy odetchnąć z ulgą. Marysia była bardzo rozbawiona. Na wysokości ogrodzeń z zasiekami, znajdował się znak z ograniczeniem prędkości do 5 km/h. Oczywiście nikt z nas tyle nie jechał, bo to pewnie zwróciłoby większe podejrzenia, niżli samo złamanie zakazu. Dodatkowo na początku wydałem polecenie, że mamy jechać sprawnie a jak sprawnie to na pewno nie 5 km/h.
Od tego punktu, droga stopniowo prowadziła w dół. Częściowo po piachu, na którym Karol a potem Leon stracili równowagę i przewrócili się na bok. Po 20 minutach dojechaliśmy na następny postój, który miałem oznaczony w notatkach jako wodospad przy ruinach młyna w Starym Bruśnie. Niedaleko szosy, w wąwozie usytuowany był niegdyś młyn. Kilkadziesiąt lat temu, po ogromnej ulewie, woda zabrała młyn ze swoim nurtem. Jaz został odkryty w 2003 roku. Liczy ok. 2,1 m wysokości. Uważany jest za najwyższy na terenie Roztocza.





Ta przerwa miała być nieco dłuższa. Pierwszy raz zabrałem na wyprawę statyw. Poza zdjęciami zbiorowymi, miałem zamiar zrobić kilka ujęć na długim czasie ekspozycji przy pomocy specjalnego filtra szarego wydłużającego czas otwarcia migawki. Miejsca z wodą w ruchu są idealne do takich fotografii. Liczyłem, że przerwa będzie miała co najmniej godzinę. Dzieci ucieszyły się z takiego prezentu, tym bardziej, że w koło była woda. Od razu zabrały się do zabawy i budowy tamy. Wykopywały glinę, której używały do zalepiania nieszczelności w swojej budowli. Ja z kolei zagłębiłem się swojej robocie i tym jak wykadrować zdjęcia by nie uwzględniały jasnych miejsc, które mogłyby się prześwietlić. Po około godzinie dałem sygnał do odjazdu. Młodsza część naszej brygady nie kwapiła się do opuszczenia wodnego placu zabaw. W końcu przekonaliśmy ich, że na miejscu dzisiejszego noclegu też będzie rzeczka. Po tych zapewnieniach mogliśmy ruszyć dalej.






W tym miejscu znowu zrównaliśmy się ze szlakiem GreenVelo, który opuściliśmy w Horyńcu. Przemknęliśmy przez rezerwat Źródła Tanwi. W Hucie-Złomy, jeden z najpopularniejszych, długodystansowych szlaków kierował się na północ. My odbiliśmy na zachód. Przed nami wyrosło kolejne wzniesienie, oznaczone na mapie jako Kamienna Góra. Mimo, iż było znacznie niższe i krótsze niż to z początku dnia, pokonanie podjazdu nie przyszło wszystkim już tak łatwo. Byliśmy też dobrze głodni. Oznajmiłem, że za 5 km, w Łówczy, znajduje się ostatni z zabytków, wart odwiedzenia. Sprężyliśmy się i po niedługim czasie zajechaliśmy przed Cerkiew św. Paraskewy w Łówczy z 1796 roku. Drewniana, parafialna cerkiew greckokatolicka przechodziła włąśnie gruntowną renowację. Przy ścianach stały metalowe rusztowania. W koło znajdowały się ścinki blachy, którą użyto do zrobienia kopuł na dachu świątyni. Maciej wyciągnął kuchenkę i gary. My, po swojemu – suchary i tuńczyk w zalewie z oliwy. Na drugą nogę poszły słodycze. Brzuchy szybko się napełniły poprawiając znacznie samopoczucie. Młodzież szybko odzyskała siły i pobiegła na polanę rzucać piłką zrobioną, z plastikowej kulki owiniętej taśmą monterską, którą zawsze zabieram na wyprawy (na wypadek nieprzewidzianej awarii).
















Słońce wisiało już całkiem nisko. Promienie stanowiły idealne oświetlenie polnej drogi poprowadzonej przez okoliczne pola, która była ostatnim odcinkiem dzisiejszego etapu. Widoki były sielankowe. Niestety po 4 km wjechaliśmy do lasu i rozpoczęła się walka z Jasną Górą. Podjazd pod wzniesienie nie był stromy, ale to po czym przyszło nam jechać, bardziej nadawało się dla pojazdów 4×4 lub traktorów a my przecież byliśmy dodatkowo obciążeni bagażami. Niemniej nikt nie marudził wiedząc, że za wzniesieniem znajduje się Jędrzejówka, w której mieliśmy nocować.













Ostatnie 2 km stanowił gładki asfalt. Szybko znaleźliśmy się na kolejnym, nieogrodzonym polu przeznaczonym m.in. pod noclegi w namiotach – Kamperownia w Jędrzejówce. Na nieszczęście dla Oli, nie byliśmy tu sami. Przy pobliskich wiatach stała młodzież z piwkiem a obok zaparkowane były audi i bmw. Dwie marki aut, które niemal w każdym przypadku, podnoszą rowerzystom ciśnienie. Trzeba jednak przyznać, że towarzystwo było w miarę spokojne i po godzinie rozjechali się. Była niedziela, apogeum takich nocnych spędów przypada raczej na piątki i soboty. Osoba odpowiedzialna za to miejsce nie odbierała telefonu. Tydzień wcześniej rozmawiałem z pracownikami urzędu gminy w Narolu i na moje pytanie o płatności i sposób ich realizacji dostałem odpowiedź, że na teraz obiekt jest bezpłatny. Podobnie jak w Horyńcu, i tu znajdował się drewniany kontener. Drzwi do toalety i pryszniców były otwarte. Pomieszczenie z aneksem było jednak zamknięte. Prąd wyłączony, więc z ciepłej wody w kranie i pod prysznicem też nici.

Najbardziej rozczarowane były jednak dzieciaki, a szczególnie Karol. Miała być rzeczka i była, ale z piachem a im zależało na glinie. Czasem tak bywa, nie wszystko da się przewidzieć. Wzięliśmy się za rozbijanie namiotów i odpinanie sakw z rowerów. Robiło się chłodno. Ubraliśmy się w cieplejsze ciuchy i usiedliśmy w przedsionku naszego namiotu. Przygotowałem liofilizaty a na deser budyń. Po zapadnięciu zmroku wszyscy rozeszli się do swoich śpiworów. Poza mną, chciałem jeszcze posprzątać naczynia by nie zostawiać ich brudnych na rano. Ostatecznie, po częściowym uzupełnieniu notatnika, spać położyłem się dopiero około północy. To nie był łatwy dzień, mimo niedużego dystansu, zrobiliśmy dość dużo przewyższeń a w dodatku częściowo w warunkach terenowych.



Dzień 4: Jędrzejówka – Zwierzyniec (59 km, 329 m przewyższeń)
Noc była jeszcze chłodniejsza niż poprzednia. Obudziłem się o 6:15 i zacząłem zbierać rzeczy, które można było już zapakować do sakw. W między czasie Ola i Maciek też dołączyli do ogarniania codziennych obowiązków. Moja trójka dzieci jeszcze spała. W pewnej chwili pojawił się biegacz i zapytał truchtając czy nie było nam zimno. Po naszym pytaniu o temperaturę, odpowiedział, że na termometrze miał nad ranem 3 stopnie.

Dziś mieliśmy do przejechania aż 60 km. Dodatkowo na wieczór zapowiadano deszcz. Musieliśmy jak najszybciej spakować się a podczas jazdy zachować, większą niż zwykle, dyscyplinę. Pierwszą część planu udało się zrealizować. Od rana przyświecało słoneczko. Na śniadanie zjedliśmy zupę mleczną z płatkami, potem dzieci poszły bawić się nad rzekę Tanew, a my dokończyliśmy pakowanie. Kamperowisko opuściliśmy o 9:25. Przez pobliski Narol śmignęliśmy tranzytem. Minęliśmy rynek i Kościół Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Zatrzymaliśmy się przed bramą do XVIII wiecznego Pałacu Łosiów w Narolu. Za niewielką opłatą można było zwiedzić pałacowy park, był jednak rozległy a nas trochę gonił czas. Zresztą z zewnątrz też można było nieco zobaczyć więc nawet nie było potrzeby bo już na początku dnia robić dłuższy postój. Tu też, pierwszy raz minęliśmy się z większą grupką sakwiarzy.


Asfaltowa ulica z wyznaczonym w tym miejscu szlakiem GreenVelo, okazała się być dość ruchliwa. Do tego większość kierowców, wyprzedzając nas, nie kwapiła się by zdjąć nogę z gazu. Należało czym prędzej opuścić ten fragment trasy. Na skrzyżowaniu w Podlesinie, skręciliśmy na zachód i tu zrobiło się już pusto. Znajdowaliśmy się teraz na Roztoczu Środkowym. Słońce wprawiało nas w dobry nastrój, kilometry szybko ubywały. Pierwszy konkretniejszy postój zrobiliśmy w Kniaziach. Znajdował się tu, niedawno odnowiony, Kościół Opieki św. Józefa Oblubieńca NMP i św. Michała Archanioł istniejący od około 1779 roku. Dzieci zainteresowała jednak inna konstrukcja znajdująca się przy rzeczce Olszanka. W poprzek wąskiej strugi, przerzucona była metalowa kratownica. To fragment dźwigara skrzydła samolotu Messerschmitt Me 323 Gigant. Model ten był największą jednostką latającą podczas II Wojny Światowej. Na pokład mógł zabrać do 120 żołnierzy lub niewielki czołg i dwa łaziki. Ten egzemplarz został trafiony w lutym 1944 roku, po czym musiał awaryjnie lądować. By nie trafił w ręce przeciwnika, Niemcy zniszczyli samolot. Części zostały szybko zagospodarowane przez miejscowych, a owy fragment skrzydła znalazł zastosowanie jako prowizoryczna kładka prowadząca do kościoła.








W tym miejscu rozpoczął się drugi, najwyższy podjazd tego wyjazdu. Z początku nachylenie było niewielkie. Miejscami było stromiej i wtedy część uczestników wyprawy podprowadzała obciążone rowery. My z Felicją, radziliśmy sobie doskonale. Na przy stromszych miejscach prosiłem by dała z siebie więcej mocy, i wtedy włącza opcję turbo. Jechało mi się z nią bardzo dobrze, chociaż podczas wolnej jazdy w terenie nieraz było trudno utrzymać równowagę. Niemniej powoli nadchodził kres jeżdżenia z rowerem przypiętym do holu. Teraz korzystaliśmy z tego, że byliśmy blisko siebie i mogliśmy swobodnie rozmawiać. Od pewnego czasu Felcia mówiła, że chciałaby się zatrzymać na placu zabaw, a ten trafił się w pobliskich Łasochach. Zarządziłem krótki postój, dla jednych odpoczynek dla innych rozrywka.

Za wioską musieliśmy przejechać około pół kilometra drogą wojewódzką numer 853. Potem zjechaliśmy na północ w kierunku Krasnobrodu. Podjazd do osady Łuszczacz był konkretny i chwilę czekaliśmy nim wszyscy wjechali na najwyższy punkt wzniesienia. Ola z Marysią podprowadzały rowery, chłopaki dali radę wjechać. Za ostatnimi zabudowaniami wjechaliśmy w lasy znajdujące się na terenie Krasnobrodzkiego Parku Krajobrazowego. Nadal pięliśmy się wyżej, ale ulica miała mniejsze nachylenie a nawierzchnia była gładziutka. W końcu osiągnęliśmy najwyższy punkt w pobliżu Białej Góry (360 m n.p.m.). Okolica przypominała tereny górskie. Przed nami pojawiły się znaki informujące o stromym zjeździe. Należało ostudzić zapędy Leona i Karola, którzy w chwilę rozpędzili się do 40 km/h. Nie dogoniłem ich jednak, nawet nie próbowałem, gdyż mój zestaw był ciężki a na pokładzie miałem najmłodszą córkę.




Chłopaki, razem z Maciejem, zatrzymali się na wysokości przysiółku Szur, pod koniec najstromszej części zjazdu. W pobliżu znajdowała się rodzinna Galeria Szur założona przez Marka i Marię Rzeźniaków. Po latach dołączyła też ich córka Agnieszka. Na miejscu przywitała nas Pani Maria. Usadziła przy domku, w którym prezentowane są obrazy i opowiedziała historię miejsca. Prace ojca i córki różniły się stylem. Dzieciom, a szczególnie Marysi, najbardziej przypadły do gustu motywy zwierzęce zawarte w dziełach pani Agnieszki. Korzystając z okazji, wpisaliśmy się do księgi gości oraz zakupiliśmy pamiątkowe magnesy i kartki pocztowe, które mieliśmy zamiar wysłać do dziadków. Po około 40 minutach pożegnaliśmy magiczne miejsce i właścicieli którzy nas tak ciepło przyjęli w swoich progach.


Do Krasnobrodu zostało już tylko 4 km. Słońce nadal przyświecało, więc zaproponowałem, że w miasteczku pójdziemy do lodziarni Lody Pistacjowe. Na nieszczęście, punkt był zamknięty. Dzieci poczuły rozczarowanie. Miały ochotę na lody gałkowe. Szybko cyknąłem kilka zdjęć kościoła Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Krasnobrodzie oraz znajdujących się obok klasztornych zabudować. Kilometr dalej znajdowała się Biedronka. Zaparkowaliśmy po drugiej stronie ulicy na trawie a dzieci z Olą i Maćkiem poszły obłowić się w słodycze po pachy. Po powrocie usiedliśmy na kocu i nieco sobie podjedliśmy.


Do kempingu pozostało około 20 km, z tym że teraz mieliśmy już jechać ’z prądem’, to znaczy w dół rzeki Wieprz. Na 18:00 zapowiadano przelotne opady, które trwać miały przez 2 godziny. Dobrze byłoby przed tym czasem dotrzeć na miejsce i zdecydować czy rozbijamy namioty czy śpimy w domku. W Krasnobrodzie przejeżdżaliśmy obok pustej, piaszczystej plaży nad zalewem powstałym przez spiętrzenie wód rzeki Wieprz. Przy deptaku stały pozamykane budy z fastfoodami oraz straganiki. Już sobie wyobrażałem jak to miejsce może wyglądać latem. Teraz było tu spokojnie. Przez chwilę jechaliśmy kiepskiej jakości leśną drogą. Za Hutkami wjechaliśmy na ulicę. W Kaczórkach odbiliśmy w prawo do miejsca, w którym znajdował się następny kesz. Mimo, że był dość dobrze schowany, Karol w mig znalazł położenie skrytki. Na niebie pojawiały się coraz ciemniejsze chmury.
Teraz mieliśmy zupełnie płaski odcinek. Za Guciowem ulica przecinała Roztoczański Park Narodowy. Droga była pusta a kilometry mijały szybko. Wcisnęliśmy 6 bieg i nawet nie zauważyłem, że minęliśmy skrót, który miałem oznaczony na mapie. Mogliśmy dzięki niemu przejechać 2 km mniej. Zorientowałem się dopiero w pobliżu stacji kolejowej Zwierzyniec Towarowy. Cofanie się nie miało sensu. Tutaj mieliśmy asfalt, a w opcji ze skrótem droga byłaby gruntowa.





Punkt 16:00 przekroczyliśmy bramę ośrodka turystycznego Echo w Zwierzyńcu. Planowo w tym miejscu mieliśmy zatrzymać się na dwie noce. Dzięki temu kolejnego dnia moglibyśmy na lekko, objechać górki w Szczebrzeszyńskim Parku Krajobrazowym. Miałem wyznaczoną 50 kilometrową pętlę ze startem i metą w tym samym punkcie. Dalszy plan działania zależał od pogody. Według prognoz dziś wieczorem oraz kolejnego dnia miały pojawić się opady deszczu. Po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy, że z uwagi na niepewną pogodę, wynajmiemy 5 osobowy domek z dopłatą za kolejne dwie osoby. Pozwoliłoby nam to na bezpieczne przechowanie sprzętu podczas jutrzejszej wycieczki. Dodatkowo, gdyby opady miały być bardziej intensywne lub potrwać dłużej, nie musielibyśmy zwijać mokrych namiotów przed odjazdem do następnej bazy noclegowej. Koszt wynajęcia domku wynosił 320 zł z dobę, plus dopłata za dwoje dzieci po 15 zł. Z wyboru najbardziej ucieszyły się dzieci. Mogły spędzić więcej czasu pod jednym dachem. We wnętrzu były dwa pokoje, jeden zajęliśmy my a drugi Maciek z Karolem. Była też łazienka i niewielki aneks kuchenny.

Po rozpakowaniu bagaży i zabezpieczeniu rowerów, poszliśmy do centrum Zwierzyńca na obiad. Jeszcze zanim weszliśmy do restauracji, zaczęło padać. W środku przewertowaliśmy menu i zdecydowaliśmy, że najbezpieczniej będzie zamówić pizzę. Niestety nie była najlepsza. Ciasto jeszcze ok, ale z wierzchu zalana była seropodobną mazią, o grubości pół centymetra. Z 6 zamówionych sztuk, 2 zabraliśmy w kartonie z powrotem do domku. Podczas spaceru zatrzymaliśmy się jeszcze przy dwóch keszach. W jednym dzieciaki znalazły skrytkę, drugi był najprawdopodobniej pusty, bo nie udało się odszukać pojemnika. Kemping graniczył z Biedronką, w której zrobiliśmy zakupy na kolację i następny dzień.

Wieczorem zrobiło się chłodniej. Siedzieliśmy w domu i odpoczywaliśmy. Wyciągnąłem karty i nauczyliśmy Maćka i Karola karcianej gry w Świnkę. Zasady były proste więc bawić mógł się każdy niezależnie od wieku. Około 22:00, po kąpieli, dzieci poszły do łóżek. Dorośli, przy lampce wina, prowadzili rozmowy do północy. Plan na następny dzień w dużej mierze zależał od pogody. Gdyby opady były bardzo duże, poszlibyśmy zwiedzić atrakcje Zwierzyńca, Ośrodek Edukacyjno-muzealny RPN i pobliskie muzeum. W przypadku lepszej passy, mogliśmy pojechać rowerami do Szczebrzeszyna.
Dzień 5: Szczebrzeszyn (33 km, 219 m przewyższeń)
Noc znowu chłodna. Domek nie miał ogrzewania, podmurówka była z betonu a cała powierzchnia podłogi wyłożona była gresem. W łazience brak wentylacji przez co po kąpieli od wczoraj otrzymywała się duża wilgoć a podłoga nie chciała schnąć. Prognozy pogody się poprawił, miało popadać około 2h po południu. Zdecydowaliśmy, że nie ma co siedzieć pod domkiem i pojedziemy na rowerach do Szczebrzeszyna. Spojrzałem na zaplanowany w aplikacji ślad i skróciłem go z 50 do 30 km, pomijając jego najbardziej górzystą, ale też i widokową część. Przy pochmurnej pogodzie widoki i tak nie miały wielkiego znaczenia.
Wyszedłem na zewnątrz sprawdzić warunki atmosferyczne i okazało się, że jest całkiem dobrze. Licznik w rowerze wskazywał 14 stopni. Zacząłem odpinać rowery i ściągać je z tarasu przy domku. Karol i Leon poszli na plac zabaw, potem dołączyła do nich Marysia. Felicja siedziała w środku i rysowała. Po śniadaniu, spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy w dwie sakwy. Dzieci wolały zostać na miejscu, ale udało się je w końcu namówić na jazdę w czym pomogła informacja o znacznym skróceniu odległości jaką mielibyśmy do przejechania.


Zanim wyjechaliśmy ze Zwierzyńca, zatrzymaliśmy się przy poczcie. Wysłaliśmy do rodziny wakacyjne kartki zakupione wczoraj w Galerii Szur. Ola kupiła Leonowi książkę o zachowaniu i zwyczajach kotów. Do Szczebrzeszyna mieliśmy 12 km. Jechaliśmy szlakiem GreenVelo poprowadzonym tu dość nieciekawie, wzdłuż drogi wojewódzkiej numer 848. Plus był taki, że przy pierwszej atrakcji – wzgórzu zamkowym – zameldowaliśmy się już po około pół godzinie. W tym miejscu około XVI wieku znajdował się gród a potem zamek. Wiedzę tę zdobyto poprzez wykopaliska archeologiczne ponieważ z warowni nic się nie ostało. Teren był zrewitalizowany, ustawiono na nim współczesną, kamienną wieżę, nawiązującą charakterem do tych obronnych. Rozciągał się stąd widok na dolinę rzeki Wieprz oraz Roztocze Środkowe.





Nieco dalej znajdował się kesz. Stanęliśmy przy drodze, obok której w niewielkiej niecce wybijało źródełko wody. Pomimo szczegółowych oględzin, dzieci nie odnalazły skrytki. W zagadce było coś o lipowym pniu. W tym miejscu, na postumencie stał drewniany pomnik chrząszcza. Postument był pusty, przy wierzy dowiedzieliśmy się, że pomnik został zabrany do renowacji, może w nim był ukryty pojemniczek? Od strony Zwierzyńca nachodziły coraz ciemniejsze chmury, po chwili zaczęło kropić. Postanowiliśmy pojechać na rynek i znaleźć jakieś zadaszenie.
Zatrzymaliśmy się na obszernym, zadaszonym podjeździe prowadzącym do jednego ze sklepów. Przeczekując deszcz zjedliśmy drugie śniadanie. Ola wyciągnęła zagadki i wszyscy razem zajęliśmy się rozwiązaniem słownych łamigłówek. Niektóre odpowiedzi były nietrafione, za to pomysłowość dzieci wywoływała dużo uśmiechu. Po 20 minutach przestało padać. Wjechaliśmy na rynek zobaczyć wizytówkę Szczebrzeszyna – pomnik chrząszcza z opowiadania Jana Brzechwy „Chrząszcz„.

Nagle poderwał się zimny wiatr, zrobiło się znacznie chłodniej. Zgodnie z prognozą, nad Roztocze wszedł chłodny front. Na liczniku temperatura spadła do około 10 stopni. Odczuwalna była zapewne niższa. Niebawem miał się pojawić większy deszcz. Odeszła nam ochota na zwiedzanie Szczebrzeszyna. Jednogłośnie stwierdziłem, że musimy jechać dalej według zapisanego śladu. Za około 5 km mogliśmy liczyć na wiatę, w której chciałem zrobić dłuższy postój. Za miasteczkiem rozpoczęła się wspinaczka. Wjechaliśmy na pagórkowaty teren Szczebrzeszyńskiego Parku Krajobrazowego. Jazda pod górę nigdy nie jest prosta, szczególnie dla młodzieży. W tym przypadku miała jednak pewne plusy. Pozwalała rozgrzać mięśnie a tym samym ciało. Mimo kiepskiej aury, widoki był bardzo ładne. Wyobrażałem sobie to miejsce przy słonecznej pogodzie.



W końcu dotarliśmy w okolice najwyższego punktu naszej wycieczki. Za kolejnym zakrętem zobaczyliśmy polanę z wiatą. Dzieci, które nie mogły się doczekać postoju, widząc miejsce potencjalnego odpoczynku, przyspieszyły. W samą porę bo teraz zaczęło już konkretnie padać. Ustawiliśmy nasze rowery w obrębie zadaszenia wiaty. Wyjęliśmy pozostałości wczorajszej pizzy oraz słodycze. Ola, jako zachętę do dalszej jazdy, kupiła rano małe niespodzianki dla dzieci . Odczytała też kolejne zagadki. Podało ponad godzinę. Pojawiły się głosy by jechać dalej, poprosiłem o jeszcze chwilę, bo wyglądało na to, że powinno się rozpogodzić.

Tak też się stało. Na wszelki wypadek założyliśmy płaszcze. Teraz czekał nas łatwiejszy, bo prowadzący w dół, odcinek. Należało mieć się na baczności. Lessowa gleba, po której się poruszaliśmy, nasiąkła wodą i zrobiło się ślisko. Opony szybko oblepiły się błotem. Okolica była bardzo malownicza, szczególnie leśne wąwozy u wylotu, których znajdowały się kipiące od zieleni polanki. Idealna sceneria do planu filmowego. Zrobiło się wesoło a kilometry szybko mijały. Jedno z dzieci przekręciło słowo ’krasnolud’, które miało opisywać, czerwoną pelerynę, w którą ubrana była Felicja, na ’krasnoludaju’. Po paru chwilach wszystkie wypowiadały jakieś dziwne, poprzekręcane wyrazy. Świetnie się przy ty bawili.










Mimo zapowiedzi, deszcz się już nie pojawił. Za Kawęczynkiem przywitała nas asfaltowa nawierzchnia. Potem odbiliśmy na południe do Topólczy. Ruch aut był niewielki. Na wysokości Kościoła św. Izydora, zrobiliśmy jeszcze jedną krótką przerwę. Znajdował się tu głęboko wcięty wąwóz. Gdzieś tu schowała się jeszcze jedna skryta GeoCaching. Marysia z Karolem i Maćkiem poszli na poszukiwania. Próba okazała się bezowocna. Dalszy etap trasy przez Turzyniec i Wywłoczkę minął bardzo szybko. W tym miejscu minęliśmy się z grupką sakwiarzy, których spotkaliśmy w Narolu.



Na 15:00 wjechaliśmy z powrotem na teren ośrodka. Na obiad upichciliśmy makaron z tuńczykiem, kukurydzą oraz serem Grana. Pozycja smaczna, szybka, sycąca i akceptowana przez dzieci. Potem nastąpił czas wolny. Maciek zabrał starsze dzieci: Marysię, Leona oraz Karola do Zwierzyńca na poszukiwanie skrytek. Pożyczył też ode mnie obiektyw portretowy by wypróbować go na dzieciakach. Jako, że kiedyś zajmował się fotografią ślubną lubił robić zdjęcia ludzi. Pod tym kątem się dopełnialiśmy, bo ja wyraźnie wolę krajobraz i architekturę. Ola z kolei próbowała reportażu. Taki mix powinien spowodować, że po zakończeniu wyprawy, powinniśmy dysponować porządną fotogalerią, którą będę mógł uzupełnić relację. Felicja została z nami i ćwiczyła rysowanie. Ola pakowała w sakwy to co do rana już się nie przyda. Ja skupiłem się na uzupełnieniu dwóch zaległych dni w rodzinnej kronice.


Po powrocie grupy, dowiedziałem się, że poza skrytkami, Leon i Karol zebrali też pokaźna ’kolekcję’ butelek zwrotnych. Po obskoczeniu kempingu powiększyli ją do ponad 30 sztuk. To pierwsze miesiące funkcjonowania systemu kaucyjnego, jak widać, stanowi on źródło zainteresowania również dla najmłodszych. Pod wieczór zjedliśmy skromną kolację i rozeszliśmy się do swoich pokoi. Następnego dnia mieliśmy do przejechania 50 km.
Dzień 6: Zwierzyniec – Huta Różaniecka (52 km, 339 m przewyższeń)
Następna chłodna noc za nami. Mimo, że nie zwijaliśmy namiotów oraz śpiworów, to kemping opuściliśmy dopiero po 10:00. Ubraliśmy się trochę cieplej. W cieniu nadal było około 10 stopni. Poza kurtką założyłem czapkę pod kask. Rękawiczki oddałem Marysi, gdy zauważyłem, że podczas jazdy zawija na dłoniach rękawy bluzy. Jechałem w sandałach, bo na wyprawy nie zabieram innego obuwia. Pozostali mieli pełne obuwie. Pierwszy przystanek od startu wypadł już po 2 km. Plaża przy stawach Echo była pusta. Momentami wychodziło słońce i wtedy robiło się cieplej. Miejsce, przy którym się teraz znajdowaliśmy było potencjalnym kąpieliskiem, z którego mieliśmy skorzystać w przypadku ciepłej pogody. Dziś na kąpiele nie miał ochoty nikt, no chyba, że miałaby to być kąpiel słoneczna. Drewniane platformy prowadziły do wyeksponowanych punktów z widokiem na jezioro i dalej położone mokradła. Na granicy lasu rosły tak zwane ’pełzające sosny’. Drzewa, którym w wyniku działania erozji, woda wymyła glebę z pomiędzy korzeni.




Niespełna pół kilometra dalej zaliczyliśmy drugi postój. Zaraz przy niewielkiej platformie widokowej. Widok nie był oszałamiający, w tej część stawów była spuszczona woda. Z ptaków narysowanych na tablicy informacyjnej nie dostrzegliśmy żadnego. Bynajmniej dzieciom to nie przeszkadzało, były zainteresowane robieniem sobie na wzajem żarów. Po krótkim postoju odjechaliśmy dalej. W tym miejscu, asfaltowa droga odbijała w prawo do osady Sochy. My przejechaliśmy obok szlabanu przekraczając granicę Roztoczańskiego Parku Narodowego.



Jeszcze tydzień temu, obowiązywał tu zakaz wjazdu na cały teren parku. W ten sposób chciano uniknąć ewentualnego zapruszenia ognia i pożaru. Na nasze szczęście, kilka deszczowych dni przed samym startem wyprawy, sprawiło, że sytuacja przeciwpożarowa uległa poprawie a pożar Puszczy Solskiej udało się opanować. Teraz jechaliśmy dobrze przygotowaną, szutrową drogą z wyznaczonym w tym miejscu szlakiem GreenVelo. Marysia, Karol i Leon jechali z przodu i prowadzili między sobą rozmowy. Zatrzymałem się przy Czarnym Stawie, młodzi byli już hen z przodu i musiałem ich zawrócić. Weszliśmy na pobliską kładkę, z której widać było jezioro powstałe na skutek spiętrzenia wód potoku Świerszcz. Zbiornik otoczony był ściśle lasem, wyglądał tajemniczo. Podczas fotografowania przyrody, zaczepił mnie turysta-rowerzysta. Zainteresowało go jakim aparatem robię zdjęcia i co za obiektywy ze sobą wiozę. Po krótkiej rozmowie oznajmił, że też niedawno woził podobny sprzęt, ale teraz sprzedał cały komplet i kupił drogi telefon komórkowy z dobrym aparatem.





Nieco dalej, we Floriance, mieliśmy nadzieję napotkać zwierzęta z Ośrodka Hodowli Zachowawczej Konika Polskiego. Poza starym, kulawym kocurem, nie napotkaliśmy innej zwierzyny. Dzieci chciały kolejny postój, ale musiałem je spacyfikować. Na dystansie 7 kilometrów odnotowaliśmy 4 postoje. Jazda tą częścią parku należała do przyjemności. Brak aut i widok na stary las, pozwalały poczuć wolność. Niebawem opuściliśmy granicę parku wjeżdżając najpierw do Nowego a potem Starego Górecka. Poruszaliśmy się teraz przez Roztocze Zachodnie. 3 km dalej zrobiliśmy dłuższą przerwę nad zbiornikiem Górecko Kościelne. W środku lasu znajdował się zalew powstały przez spiętrzenie rzeki Szum. Widok z pokaźnej tamy, przypominał górskie zbiorniki otoczone lasem. Budowla miała trudną historię. Po II Wojnie Świtowej, w 1961 roku, mieszkańcy Górecka Kościelnego, z inicjatywy księdza Aleksandra Siwka, wybudowali, za własne pieniądze, nierzadko pożyczone pod zastaw domów, pokaźną zaporę. Celem było zamontowanie turbin wodnych i elektryfikację wsi. Niestety władze komunistyczne, wyczekiwały momentu, aż inwestycja będzie prawie zakończona i wtedy też zablokowali całe przedsięwzięcie. Dopiero w 1992 roku udało się uruchomić turbiny i pozyskiwać darmową energię.





W najbliższej okolicy znajdowały się aż dwie skrytki. Maciek z Karolem, Marysią i Leonem poszli na poszukiwania keszy. Ja zrobiłem kilka zdjęć, po czym czekaliśmy, aż reszta wróci do rowerów. Pogoda wyraźnie się poprawiła, zrobiło się cieplej, a co najważniejsze mogliśmy liczyć na więcej słońca. Taka aura podnosi morale. Na wjeździe do Józefowa, przejechaliśmy obok zalewu z piaszczystą plażą. To następny potencjalny punkt, który w innych okolicznościach przyrody, pozwoliłby na kąpiel.





Józefów był ostatnim punktem dzisiejszego odcinka, w którym mogliśmy liczyć na obiekty gastronomiczne. Po bardzo przeciętnej pizzy, którą zamówiliśmy dwa dni temu, wszyscy mieli ochotę na coś klasycznego. I akurat przy rynku znajdowała się polecana Pierogarnia Józefowska. Wpierw zajechaliśmy jeszcze do nieczynnego kamieniołomu Babia Dolina. Nawet nie spodziewałem się, że obiekt wzbudzi takie zainteresowanie dzieci. Pionowe bloki skalne i drążone w skale zapadliska robiły wrażenie. Leon z Karolem i Felicją znaleźli sobie zabawę w rzucanie kamieniami do celu oddalonego głęboko w kamieniołomie. Na obrzeżach skalnego rumowiska stała kamienna wieża. Z góry widać było cały kamieniołom, jednak największe zainteresowanie wzbudził obszar za kamieniołomem. Przez otwór okienny rozciągał się widok na spalone korony drzew Parku Krajobrazowego Puszczy Solskiej. To w tym miejscu, tydzień temu rozgrywał się dramat zwierząt, natury, ale i ludzi. Po horyzont widać było zrudziałe konary drzew. Jak już pisałem we wstępie, spaleniu uległo ponad tysiąc hektarów lasu.






Miasteczko było pustawe, podobnie jak pozostałe na naszej drodze. Podjechaliśmy do baru i zamówiliśmy pierogi. Były też inne dania jak schabowe czy klasyczne polskie zupy. Uznaliśmy, że najlepiej zamówić to po co przychodzi tu większość ludzi, czyli pierogi. W ten sposób można mieć pewność, że jedzenie będzie świeże. Nie zawiedliśmy się. Porcje były duże, po 10 sztuk pierogów każda. Cena za danie to 17 zł. po 5 minutach zamówienie było gotowe do odbioru. Podobnie szybko wyczyściliśmy talerze do zera. Posiłek był smaczny chociaż wszystkie dzieciaki jednogłośnie oceniły, że ich babcie robią lepsze pierogi. W między czasie, wspólnie z Maćkiem, rozsakwiliśmy mój rower, żeby dobrać się do mocowania holu. Niestety z uwagi na wyboje, zaczep luzował się i wtedy koło zaczynało przekaszać się w widełkach ramy, obcierając o błotnik. Nie mogę powiedzieć złego słowa na temat holu Followme, bo to naprawdę świetna i przemyślana konstrukcja. Najlepsza pod kątem stabilności podpiętego do niego, dziecięcego rowerku. Niemniej, przewidziany jest na jazdę po asfaltowych drogach rowerowych, których na zachodzie nie brakuje. W Polsce, chcąc poruszać się bezpiecznie z dziećmi, nieraz trzeba ’rzeźbić’ trasę w terenie by uniknąć ruchliwych i niebezpiecznych ulic.

Naprawa serwisowa pomogła i mogliśmy jechać dalej. Dzień powoli dobiegał końca a byliśmy dopiero w połowie odcinka. Na noc zapowiadano około 2 stopnie. Pierwotnie mieliśmy spać w namiocie, na terenie Szkolnego Schroniska Młodzieżowego w Hucie Różanieckiej. Przewidując, że podczas wyprawy możemy trafić na obfite opady, dzwoniłem w to miejsce by upewnić się, czy w razie niepogody moglibyśmy liczyć na spanie pod dachem. Otrzymałem zapewnienie, że jeżeli tylko nie będzie grupy zorganizowanej, to będzie taka możliwość. Na deszcz się nie zanosiło, ale miało być chłodno. Z tego powodu postanowiłem jednak skontaktować się z dyrektorką ośrodka. Okazało się, że mieliśmy sporo szczęścia bo jeszcze dziś ośrodek był pusty. Od jutra miała przyjechać grupa harcerzy i został by nam tylko teren pod namioty. Po kontakcie telefonicznym, otrzymałem SMS z hasłem do skrytki z kluczem wejściowym do budynku.
Teraz mogliśmy być spokojni o nocleg. Teren zrobił się płaski, słońce już tak nie grzało. Na rozgrzewkę zwiększyłem tempo do 30 km/h. Jechaliśmy teraz Centralnym Szlakiem Rowerowym Roztocza. W około 20 minut przejechaliśmy 8 km do Nowin. Tu znajdowała się jeszcze jedna skrytka. Dzieci poszły na poszukiwania a ja z Felicją podjechaliśmy pół kilometra dalej nad rzekę Sopot. W korycie potoku, znajdowało się kilka progów skalnych zwanych Szumami w Nowinach.







Dalsze 10 km również przejechaliśmy bardzo sprawnie. W Suścu, zatrzymaliśmy się przy ostatnim sklepie tego dnia. Musieliśmy uzupełnić zapasy wody i prowiantu. Do miejsca noclegu pozostało już tylko 5 km, ale po drodze była jeszcze jedna atrakcja, na której odwiedzeniu mi zależało. Szumy na Tanwi, podobne do tych z Nowin, ale znacznie okazalsze. Progów było aż 24. Minęła 17:00, miałem zamiar zrobić kilka zdjęć na długim czasie do czego potrzebowałem około godzinę. Zamówiłem dzieciakom w pobliskim barze po porcji frytek a sam zszedłem nad rzekę szukać ciekawych ujęć ze statywu. Krajobraz był bardzo malowniczy. W sezonie są tu tłumy ludzi, zatem obecny czas był idealny do fotografowania rzeki, która w tym miejscu przepływała przez rezerwat Nad Tanwią. Sesja fotograficzna zakończona. Wybiła 18:00 i należało dokończyć dzisiejszy etap. Została jeszcze wisienka na torcie. Soczysty podjazd pod Wał Huty Różanieckiej. Następnie kilometrowy zjazd, wprost pod drzwi ośrodka.









Zgodnie z oczekiwaniami, w skrytce pozostawiono nam kluczyk. Wprowadziliśmy rowery na korytarz i zaczęliśmy wnosić bagaże do sali, którą nam wskazano. Po jakimś czasie pojawiła się pani z obsługi, by odebrać należność za nocleg. Koszt dla osoby dorosłej 35 zł, dla dzieci 26 zł. W porównaniu do cen z kempingu w Zwierzyńcu, wyszło bardzo korzystnie. Gdybyśmy zdecydowali się na pole namiotowe wszyłoby jeszcze mniej bo po 10 zł od osoby. Nasz pokój, a właściwie dawna, szkolna klasa, miał 8 łóżek. Przy korytarzu znajdowały się łazienki, na dole kuchnia. Wyglądało na to, że dziś w końcu będziemy mieli ciepło w nocy. Po 50 km dzieci miały na tyle siły, by jeszcze przez ponad godzinę bawić się w berka na placu zabaw. Wieczorem, na kolację wyciągnęliśmy przekąski po czym zagraliśmy kilka rund w Świnkę. O 22:00 zasnęliśmy w łóżkach. Następnego dnia ponad 60 kilometrowy odcinek.

Dzień 7: Huta Różaniecka – Lubaczów (62 km, 264 m przewyższeń)
Tak to można odpocząć, w końcu się wyspaliśmy. I pierwszy raz było ciepło. Maciek i Karol mieli dobre, puchowe śpiwory i nie mieli problemów podczas poprzednich noclegów. Marysia, Leon i Felicja też nie narzekali. Tylko ja i Ola mieliśmy trochę niewygody. Już napisałem na brzegu notatnika, że do przyszłego sezonu musimy koniecznie zaopatrzyć się cieplejsze śpiwory. Wstałem około 6:00, ale pół godziny straciłem na pisanie wiadomości do firmy zapewniającej hosting na naszej stronie. Zablokowali mi domenę przez nieopłaconą fakturę. Do tej pory płaciłem raz na rok, a tu bez zapowiedzi zmienili częstotliwość opłacania faktur na półroczną. Tyle, że cena została ta sama, więc opłata wzrosła o 200%.

Około 7:00 zaczęliśmy się pakować. Dzieciaki rwały się, żeby pobiec na plac zabaw, ale kazaliśmy im najpierw zjeść śniadanie, bo potem byśmy ich tu nie ściągnęli. W między czasie w budynku pojawiła się pierwsza grupa harcerzy. Chodzili po obiekcie i szukali swoich pokoi. Zrobił się harmider, musieliśmy czym prędzej spakować się w sakwy i opuścić schronisko. To nasz przedostatni dzień wyjazdu. Hutę Różaniecką pożegnaliśmy o 9:30. Już od początku, Marysia komunikowała, że boli ją brzuch. Mimo to kontynuowała jazdę, zmniejszając tempo. Karol i Leon wyrwali jednak do przodu. W miarę upływu kilometrów dolegliwości ustępowały.



Wjechaliśmy w zwarty kompleks lasów Puszczy Solskiej znajdujący się w obrębie Płaskowyżu Tarnogrodzkiego. Kilka pierwszych kilometrów wiodło drogą wyłożoną nierównymi kamieniami. Staraliśmy się jechać blisko pobocza, po ziemi. Na takiej nawierzchni łatwo o poluzowanie śrubek czy innych ruchomych części. Od rana świeciło ostre słońce. Zapowiadał się ciepły dzień. Nie było co narzekać, do tej pory pogoda była łaskawa, nie padało. Fakt, za ciepło to my nie mieliśmy, ale z drugiej strony to czy to przyjemnie jak się człowiek poci w upale? Chyba można napisać, że pod jazdę rowerem było prawie optymalnie. Może, gdyby te kilka stopni więcej w nocy, to byłby ideał.



Na drugie śniadanie zatrzymaliśmy się pod sklepem w Rudzie Różanieckiej. Bułeczki z serem i szynką. Maciek wyciągnął garnek z tym co zostało ze śniadania, czyli owsianką z jabłkiem i cynamonem. Zaspokoiwszy głód, pomknęliśmy dalej. Ja z Felicją i Leonem byliśmy z przodu. Dalej Maciek i Karol. Ola z Marysią zamykały peleton. W pewnym momencie Leon złapał krawędź asfaltu i przewrócił się. Szczęśliwie nieco wyhamował przed upadkiem i skończyło się na niegroźnych obtarciach. Po 12 km jazdy, niemal pustymi ulicami, dotarliśmy do Gorajca pod starą, drewnianą Cerkiew pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. To jedna z najstarszych zachowanych świątyń drewnianych Kościoła Wschodniego w Polsce. Na szczególną uwagę zasługuje zachowana w kopule nawy pierwotna konstrukcja ściągów, kratownic i mieczowań a także unikalne malowidła ścienne z XVII stulecia. Według źródeł historycznych, cerkiew została poświęcona około 1586 r. Z kolei dokument uposażający parafię w Gorajcu pochodzi dopiero z 1618 r.





We wnętrzu świątyni trwały prace konserwatorskie. Dwie panie, skrupulatnie odmalowywały fragmenty drewnianych ścian. Podczas, gdy ja zajęty byłem fotografowaniem, dzieci poszukiwały kesza. Potem zaanektowały pobliski plac zabaw. Byliśmy zupełnie sami, od rana nie spotkaliśmy innych turystów. Zbliżaliśmy się do Cieszanowa, w którym znajdowało się kilka sklepów. Mogliśmy bez ryzyka obiecać dzieciom lody. Przed wjazdem do miasta, zatrzymaliśmy się jeszcze przy wieży widokowej. Obiekt był wysoki na około 5 pięter, ale widok nie był szczególny. Młodzież szybko wymyśliła sobie zabawę w zrzucanie z najwyższego poziomu pojemnika z kamieniami i późniejsze sprawdzanie czy zawartość uległa uszkodzeniu. Zrobiłem im też kilka samolotów z kartek papieru. Z góry szybowały całkiem nieźle. Najwięcej kursów góra-dół zaliczyli Karol z Leonem. Pewnie mogliby tak biegać cały dzień, ale nie ujechaliśmy jeszcze połowy odcinka. Jednogłośnie zarządziłem odjazd.













W Cieszanowie kupiliśmy słodycze, w tym obiecane lody, które zjedliśmy na rynku, w cieniu parkowych drzew. Następne 14 km przejechaliśmy niemal bez zatrzymania. W Tymcu, jako atrakcję, miałem oznaczone Obserwatorium Astronomiczne. Na tabliczce przed zamkniętą bramką, widniała informacja, że poza sezonem, w ciągu tygodnia, obiekt otwierany jest tylko dla grup zorganizowanych. Można tu było zobaczyć, przez specjalny teleskop, tarczę słońca. Po niebie krążyły chmury więc pewnie i tak byśmy nie skorzystali z tego punktu. Sprawdziłem za to, że 5 km dalej, w Baszni Dolnej, jeszcze przez godzinę – do 16:00 – powinna być otwarta Galeria Kolejnictwa. Przycisnęliśmy i w pół godziny dojechaliśmy na miejsce.






Pani z obsługi, która zabezpieczała na zewnątrz część eksponatów, nie wyglądała na zadowoloną. Kupiłem wejściówki dla Oli i dzieciaków, a sam udałem się obok budynku, gdzie na otwartym terenie stała odrestaurowana, lśniąca lokomotywa parowa z podczepionymi wagonami. Zrobiłem jej kilka ujęć na długim czasie. Niedługo potem z galerii wybiegły rozentuzjazmowane dzieciaki. Wsiadły do lokomotywy, potem poszły zwiedzać wagony. Nie codziennie można stanąć za sterami takiego parowego olbrzyma. Widać było, że postój tutaj, zapewnił wiele frajdy najmłodszym.









Przed nami jedynie 15 km. Po 5 km zrobiliśmy jeszcze jeden przystanek na Borowej Górze. Stała tu wieża, identyczna do tej z okolic Cieszanowa. Ta mogła pochwalić się lepszym widokiem. Zachodzące słońce dodawało uroku krajobrazom widzianym z góry. Zielone pola po horyzont, poprzeplatane pasami kwitnącego rzepaku. Karol i Leon ponownie zaczęli kursować góra-dół robiąc ’testy zderzeniowe’ różnych przedmiotów. Po czwartym razie, plastykowa butelka wypełniona żwirem, nie wytrzymała i pękła wywołując falę entuzjazmu u młodych ’naukowców’.








Po udanej zabawie, wsiedliśmy na nasze wozidła i pomknęliśmy na ostatni odcinek trasy. W osadzie Borowa Góra, drogowskaz pokazywał dwa przeciwstawne kierunki. Na zachód do Lubaczowa a na wschód do Czerwonej Figury (5km), przy której przejeżdżaliśmy drugiego dnia wyprawy. Nas interesowała pierwsza lokalizacja. Dzieci skrzętnie odnotowywały każdy kilometr drogi. Maria, Leon i Karol sprawnie posługiwali się licznikami, więc mniej więcej mogli określić ile mamy jeszcze do przejechania. Najmłodsza Felicja miała trudniej. Mimo to wymyśliła swoją metodę. Po kilka razy pytała mnie czy już minął kilometr. Wykoncypowała, że przeważnie musi policzyć do 50 by dystans uszczuplił się o kolejny, kilometrowy odcinek. Jej obliczenia były nad wyraz dokładne, bo za każdym razem jak zapytała, czy kilometr już minął, pokrywało się to mniej więcej ze wskazaniem mojego licznika.

W Lubaczowie przejechaliśmy przez rynek. Nie zwiedzaliśmy, bo było już późno. Po kilkunastu minutach zajechaliśmy przed bramę Kamperowni znajdującej się przy trasie wylotowej na Dąbrowę. Po kontakcie z panią odpowiedzialną za obiekt, która reprezentowała starostwo powiatu (będącego inicjatorem powstania 5 kamper parków), otrzymałem kod wejściowy do pomieszczenia z prysznicami i toaletami. W drugiej części budynku znajdowała się włoska restauracja. Ze współtowarzyszami podróży, ustaliliśmy, że najpierw zjemy obiadokolację. Przy barze stał piec opalany drewnem. Zapachy były przyjemne, wyglądało, że jedzenie będzie smaczne. Nie zawiedliśmy się, a kolejne kawałki pizzy szybko znikały z talerzy. Ostatecznie musieliśmy jeszcze domówić jedną pizzę. Przy płatności odjęto nam 10% kwoty rachunku, ponieważ byliśmy gośćmi znajdującego się na tyłach kempingu. Syci i zadowoleni mogliśmy wziąć się za rozbijanie ostatniego obozu na tym wyjeździe. Dzieci szybko ulotniły się na pobliski plac zabaw. W między czasie, na pole przyjechała pani, z którą rozmawiałem prze telefon. Trochę się rozgadaliśmy na temat atrakcji w regionie, a także samej inicjatywy stworzenia kamper parków. Na koniec opłaciliśmy nasz pobyt, po 50 zł od namiotu (niezależnie od liczby osób w nim przebywających). Poza nami, na obiekcie nie było nikogo. W zasadzie tylko w Zwierzyńcu było trochę turystów w miejscu noclegu. Po powrocie dzieci, wszyscy usiedliśmy w naszym przedsionku i graliśmy wspólnie w świnkę. Na zewnątrz zrobiło się już chłodniej, termometr wskazywał 7 stopni. Po wieczornej toalecie poszliśmy spać.



Dzień 8: Lubaczów – Radymno (49 km, 234 m przewyższeń)
Cały wyjazd budziłem się bez budzika, około 6:00. Tak było i ten ostatni raz. Noc nie była tak zimna jak w Jędrzejówce, Horyńcu czy Szczeblach. Małymi krokami zbliżały się cieplejsze noce. Z rana powitało nas słońce, a to była bardzo ważna sprawa. Zależało nam by namiot porządnie wysechł bo w mieszkaniu nie mielibyśmy go jak wysuszyć. Jeszcze przed śniadaniem rozpoczęliśmy zbieranie i pakowanie klamotów. Korzystając z czystych sanitariatów i ciepłej wody poszliśmy wziąć prysznic. Na pierwszy posiłek dnia wskoczyła jajecznica a potem ciepłe mleko z płatkami. Kiedy zajęliśmy się zwijaniem obozu dzieci poszły na plac zabaw a potem bawiły się w szkołę. Odgrywały scenki, w których jedno z nich było złym nauczycielem a reszta z dzieci uczniami.


Kemping opuściliśmy kilka minut po 11:00, informując telefonicznie obsługę o naszym wyjeździe. Przez początkowe 16 km droga powoli wznosiła się wyżej i wyżej. Do tego jechaliśmy pod wiatr. Pierwszy postój zrobiliśmy w Łukawcu. Znajdowała się tu Cerkiew pw. Męczennika Dymitra z 1701 roku a także skrytka z aplikacji GeoCaching. Początkowo dzieci nie mogły jej namierzyć, potem okazało się, że jedne z bocznych drzwi do wnętrza był otwarte i tam udało się znaleźć szukany obiekt. Maciek w między czasie sprawdził prognozy pogody. Wynikało z nich, że w drugiej połowie dnia możemy ’liczyć’ na opady deszczu. Nie było na co czekać, należało jechać dalej. W końcu, poza jazdą, czekało nas spakowanie auta. Musieliśmy także odwieźć naszych kompanów do Dębicy a potem dojechać jeszcze do Rytwian, do teściów.



















Drugi, dłuższy postój, po następnych 10 km, w okolicach rezerwatu przyrody Moczary. W ruch poszły ostatnie zapasy, których chcieliśmy się pozbyć, by nie zabierać ich do domu. Na leśnej drodze, Ola zgubiła ptasie gniazdo, które Leon znalazł przed Łukowcem. Postanowiłem cofnąć się i je odnaleźć, mimo że nie było wiadomo jak dawno wysunęło się z sakwy. Uznałem, że dalej niż 2 km się nie cofnę. Zguba leżała na drodze, około półtora kilometra od miejsca postoju. Do końca trasy zrobiliśmy jeszcze dwa postoje. Jeden obok Kościoła Rzymskokatolickiego pw. MB Śnieżnej w Miękiszu Nowym. Świątynia stanowi interesujący przykład drewnianej architektury sakralnej z okresu międzywojennego, nie spotykanej na tych terenach. Drugi postój przy Cerkwi pw. Pokrow Świętej Bogurodzicy w Miękiszu Starym. Świątynia była bardzo zniszczona. Z każdej strony, ściany podparto długimi kłodami, chroniąc je od zawalenia. Tu znajdował się ostatni kesz na naszej drodze. Dzieci zabrały się za poszukiwania. Po kwadransie mogliśmy ruszyć dalej.













Do Radymna zostało 15 km, które pokonaliśmy ciągiem. Tempo było duże, ale na horyzoncie zbliżały się w naszą stronę ciemne chmury. Dzieciaki musiały zacisnąć zęby i wycisnąć z siebie ostatnie siły. Na moście, przerzuconym nad rzeką San, już wiedziały, że w tym miejscu przejeżdżaliśmy pierwszego dnia. Chwilę później wtoczyliśmy się na teren plebanii, gdzie 8 dni temu zostawiliśmy auto. Była 16:15, przejazd prawie 50 km z Lubaczowa, zajął nam niecałe 5 godzin, wliczając w to odpoczynki. Pakowanie bagaży do auta, rowerów na platformę i dach zajęło półtorej godziny. Do Dębicy dojechaliśmy po 18:00. Wypakowaliśmy bagaże Maćka oraz Karola i po krótkim pożegnaniu, pojechaliśmy do Rytwian. W trasie kilka razy wystąpiły obfite opady. Ponownie zrobiło się chłodno. Około 20:00 dojechaliśmy do rodziców Oli.








Podsumowanie
Trzynasty rowerowy wyjazd za nami. Numer nie okazał się pechowy. Można uznać, że wyprawa się udała. Chociaż przedwyjazdowe prognozy pogody straszyły kilkoma dniami deszczu, sumarycznie mieliśmy tylko około 3-4 godziny opadów na całe 8 dni. W tym czasie, według wskazań licznika, pokonaliśmy 382 km. Czas jazdy 26 godzin i 45 min co daje średnią około 14,3 km/h. Średnio dzienny dystans to 48 km i 3,5 h w siodle.
Poza niebywale atrakcyjnym krajobrazem, do głównych atrakcji Roztocza, należy architektura drewnianych cerkwi. Niemal cały czas poruszaliśmy się po drogach 3 kategorii z niemal zerowym ruchem aut. Połowa trasy poprowadzona była przez lasy. Początek i koniec dość płaski, jednak na Roztoczu Środkowych i Zachodnim pofałdowanie terenu wymagało od nas trochę więcej 'zacięcia’ przy pokonywaniu kolejnych wzniesień.
Był to też pierwszy wyjazd, na który pojechaliśmy w towarzystwie znajomych. Z Maćkiem znałem się już nieco poprzez wymienianą regularnie korespondencję mailowa oraz telefoniczną. Zastanawiałem się trochę jak to będzie z dzieciakami. Moje miały tą przewagę, że znali siebie bardzo dobrze. Karol jakoby był sam. Już pierwszego dnia cała czwórka nawiązała bardzo dobry kontakt. O ile przed wyjazdem nie brałem pod uwagę, że możemy się niedopasować, to po całym wyjeździe uświadomiłem sobie, że przed większym wyzwaniem był Maciek z Karolem. To ja zaplanowałem całą wyprawę, atrakcje, kilometraż i noclegi. Chłopaki niejako musieli, albo raczej zechcieli wpasować się nasz system. Ani razu nie pojawiły się spięcia czy niedogadania i w tym aspekcie na pewno należą się im wyrazy uznania. Plan wyprawy był dość dobrze dopracowany, ale gdy zacząłem się zastanawiać, czy ja potrafiłbym się dopasować do grafiku sporządzonego przez inną osobę, to nie jestem pewien czy wyszłoby tak dobrze jak na powyższej wyprawie.
Zgranie dwóch rodzin, zarówno pod kątem terminów czy dojazdu, to nie prosta sprawa. Wyjazd jedną rodziną z dziećmi to już wyzwanie, a tu dodatkowo podnieśliśmy poprzeczkę. W mojej opinii udało się i jestem pewien, że podobny wyjazd będziemy mogli powtórzyć w przyszłości. Od strony kosztowej całość (za naszą piątkę) zamknęła się w kwocie 2 664 zł. Z tego za noclegi wyszło 848 zł, transport 390 zł. Pozostała kwota – 1426 zł – to wydatki na jedzenie i atrakcje.
Podsumowując, wyjazd wyszedł nam bardzo fajnie. Noce były nieco chłodne, ale za to ominął nas deszcz. W przyszłym roku Marysia, w tym okresie będzie miała egzaminy ósmoklasisty, potem nauka w liceum. Z tego względu to pewnie jeden z naszych ostatnich wyjazdów jakie organizowaliśmy w tym wiosennym terminie.
