Jak już wiadomo z wpisu dotyczącego wyjazdu do Austrii, główny rowerowy wyjazd roku nam nie wyszedł. Z uwagi na pogodę musieliśmy go zakończyć już drugiego dnia. Pojawiły się próby ratowania wakacji we Włoszech, ale trudno byłoby na szybko zaplanować sensowną trasę w tak krótki czasie i bez komputera. Po powrocie do Polski patrzyliśmy na prognozy pogody. Postanowiłem po raz trzeci pojechać na Mazury. Tym razem główny trzon trasy miała stanowić Mazurska Pętla Rowerowa oddana w całości do użytku raptem rok czy dwa lata temu.

Pogoda nie była pewna, ale tym razem zaopatrzyliśmy się w budżetowy i dość ciężki namiot z Decathlon’u – Arpenaz 4.1 F&B. Schronienie z obszerną sypialnią, w której mieściliśmy się w piątkę, razem z sakwami. Do tego drugie tyle powierzchni w przedsionku. W takich warunkach nie straszny nam deszcz, nawet gdybyśmy mieli zatrzymać się gdzieś nawet na więcej niż jedną noc. W ciągu kilku dni wyznaczyłem trasę, która w większości opierała się na szlaku MPR. Wytypowałem też atrakcje oraz inne pomocne punkty, no i kempingi a także pola biwakowe. W porównaniu z wyjazdem na Jurę, teren miał być dość płaski, więc dystanse po około 50 km dziennie nie powinny stanowić większych problemów.

Ślad trasy nagrany w nawigacji (po optymalizacji), dystans z licznika rowerowego wyniósł 251 km

Mapa z punktami wyznaczonymi na szybko przed wyjazdem

Dzień 1: Kosewo – Bogacko (46 km)

Pobudka o 4:00, jeszcze by się pospało, ale harmonogram mocno napięty. Tym razem, przed wyjazdem, dokładnie sprawdziliśmy pogodę. Przez ostatnie dwa dni weryfikowaliśmy opcje pogodowe. Byliśmy świadomi, że będzie padać, ale mieliśmy już wyjście awaryjne… większy namiot z przedsionkiem. Dziś miało zrobić się deszczowo około 16:00 i to akurat tam, gdzie zaplanowaliśmy nocleg. Z opisu wynikało, że taki stan utrzyma się do późnego wieczora. Zatem kluczowe było zdążyć przed deszczem i rozbić namiot.

Mieszkanie opuściliśmy o 5:05 a na miejscu, w Kosewie, byliśmy o 8:00. Powitała nas Anna, mama męża mojej kuzynki, również Ani. To dzięki jej uprzejmości mogliśmy pozostawić auto w bezpiecznym miejscu, na ogrodzonym terenie. Wypakowanie bagaży i zasakwienie rowerów zajęło godzinę. O 9:00 wyruszyliśmy w trasę. Zaplanowany dystans to około 45 km w umiarkowanie pagórkowatym terenie. Ani mało ani dużo, w sam raz. Przerwy należało ograniczyć do minimum. Skierowaliśmy się na północ. Przez Zawadę do Śniadowa prowadziła gruntowa droga, na oko dość zapiaszczona, ale w tym 'deszczowym sezonie’ nawet przejezdna. Dalej do Muntowa wił się asfalt. Po lewej stronie towarzyszyły nam brzegi jeziora Juksty.

Na podwórku u Ani – kontynuujemy naszą 11 wyprawę rowerową austrio-włosko-mazurską!
Felicja

Pierwsze metry nigdy nie są łatwe. Tak było i tym razem, dzieci na zmianę zgłaszały jakieś uwagi, a to że jest pod górkę, a to że za ciepło i chcą się rozebrać. Po 3 km sytuacja się uspokoiła, gdy nabraliśmy odpowiedni rytm. Przejechaliśmy fragment asfaltu po krajowej 59’tce, po czym odbiliśmy do Popowa Sałęckiego, w którym znajdowała się niezła plaża z pomostem. Niestety, przez pogodę, nie mogliśmy sobie pozwolić na dłuższą przerwę.

Za Muntowem
Polna droga

Za jeziorem Salęt, wszyscy byli już na tyle rozgrzani, że bluzy poszły w odstawkę i jechaliśmy już tylko w koszulkach. Jazda w pagórkowatym terenie ma to do siebie, że szybko robi się ciepło, nawet jak nie ma słońca. Temperatura była w sam raz do jazdy, około 22 stopni. W związku z całym tym pośpiechem i chęcią prędkiego znalezienia się na trasie, nie jedliśmy jeszcze nic od rana. Marysia jako pierwsza zaczęła pytać o sklep. Pierwszy na naszej drodze był Groszek w Wyszemborku – 13 km od startu. Tu zjedliśmy śniadanie. Kromki chleba z kiełbasą żywiecką oraz kremowym serkiem a do tego świeże ogórki z działki rodziców Oli.

Na Mazurskiej Pętli Rowerowej
Pierwsze śniadanie w Wyszemborku
W strefie orzeźwienia

Do Rynu ślad prowadził głównie po ulicy, ale ruch był znikomy. Pojawiły się też pierwsze oznaczenia MPR czyli Mazurskiej Pętli Rowerowej. Nie jechaliśmy nią od początku, gdyż odbijała ona do Mrągowa, tworząc spore kolano. Jeżeli to możliwe staram się omijać większe miejscowości. Dzieci rozkręciły się na całego i mimo pagórkowatego terenu jazda odbywała się nader sprawnie. Na przystań w Rynie wjechaliśmy po 11:00, uprzednio robiąc niewielkie zapasy w Biedronce, zlokalizowanej na początku miasteczka. Mimo środka sezonu, było pusto. Statek wycieczkowy, który według rozkładu miał mieć teraz kurs po jeziorze Ryńskim, kołysał się smętnie zacumowany przy nabrzeżu.

Mazurskie klimaty
Felicja
Leon
Ryn, na ostatnim planie fragment zamku
Przystań na jeziorze Ryńskim

Po małym co nieco, ruszyliśmy w kierunku północnym. Za nami ponad połowa dystansu. Zostało jeszcze 18 km. Objechaliśmy jeziora Ołów i Orle. Jedno po wschodniej stronie drugie po zachodniej. Teraz przed nami wyrosły dwa większe wzniesienia. Nie mogły się oczywiście równać z tymi na wyprawie w Jurę, więc dzieci nawet nie manifestowały, że coś jest nie tak. Sterławki Małe przywitały nas remontem drogi. Całe szczęście dotyczyło to tylko części jezdni dla aut. Obok była dość nowa droga dla rowerów. Za remontowaną częścią trasy, skręciliśmy w szutrową drogę, która nie była najlepszej jakości. Tym razem miejsca, gdzie występowała ’tarka’ dało się łatwo ominąć. Nie zajmowały całej szerokości pasa ruchu. W Bogacku pojawił się krótki, asfaltowy odcinek. Po kilometrze odbiliśmy nad brzegi jeziora Dejguny. Po 2 km dotarliśmy na pole biwakowe położone przy wspomnianym jeziorze.

Znowu żaby!
W pobliżu jeziora Orło
Jedziemy, jedziemy… słońca brak, ale humory dopisują
Jedno z niewielu miejsc, podczas całego wyjazdu, gdzie część ekipy uskuteczniała wpych – wzniesienie przed Sterławkami
A tu już zjeżdżamy do Sterławek Małych

Po przeciwległej stronie drogi stało kilkanaście przyczep. Namioty ustawione były po stronie brzegu na trawiastej plaży. My też zdecydowaliśmy się rozbić przy brzegu. Miejsca było dużo, za sprawą dużych kamieni, które stanowiły 'zaporę’ dla zmotoryzowanych turystów dając tym samym miejsce dla osób śpiących pod namiotami. Była godzina 13:40. W pół dnia przejechaliśmy dystans wytyczony standardowo na cały. Od razu wzięliśmy się za rozbijanie namiotu. Dzieci pomagały przy zdejmowaniu bagaży z rowerów. O 14:30 było wszystko gotowe i młodzież mogła pójść pobawić się nad brzegiem. Na kąpiele zdecydował się tylko tata.

Nasz „hangar” z widokiem na jezioro Dejguny
Dzieciaki już w wodzie
Szukajcie a znajdziecie”

Jeszcze nie padało, więc pojawił się pomysł by zrobić obiad, do czego potrzebowaliśmy wrzątku. Ustawiłem palnik z gazem poza namiotem. Po posiłku dzieci umyły garkuchnię oraz naczynia i poszły się jeszcze bawić. Tym razem mieliśmy spać w nowym namiocie, kupionym po perypetiach jakie spotkały nas w Austrii. Pomyśleliśmy, że gdyby mieć namiot z dużym przedsionkiem, można by spędzać w nim czas nawet podczas niepogody. Chodziło głównie o dzieci, które potrzebują więcej 'przestrzeni’ do zabawy. Schronienie nie było lekkie – waga całości to 10,8 kg razem z zestawem naprawczym. Pierwszej modyfikacji dokonałem jeszcze w domu podmieniając ciężkie, stalowe śledzie na aluminiowe używane w dwóch mniejszych namiotach. Zrezygnowaliśmy też, z zestawu naprawczego (zapasowe segmenty masztu z włókna węglowego). Dzięki temu udało się zbić wagę o 1 kg. Gdyby namiot się sprawdził, można jeszcze zamienić obecny stelaż z włókna, na aluminiowy. Dzięki temu waga zestawu obniżyłaby się do około 8,5 kg. Całkiem nieźle, chociaż dwa dotychczasowe namioty łącznie ważyły 6,5 kg no i można je było 'rozparcelować’ na kilku rowerach rozkładając tym samym ich wagę na mniejsze części.

Dzieciom bardzo spodobał się nowy nabytek. Nic dziwnego, w końcu uczestniczyły przy jego wyborze. Przedsionek o powierzchni 5 m kwadratowych, w którym może swobodnie stanąć nawet dorosły, to było coś. Do tego gruba podłoga z odpowiednim kołnierzem dzięki czemu do środka nie zawiewał wiatr i nie wpadał brud. Marysia, Leon i Felicja wyznaczyli sobie swoje strefy z zabawkami i bardzo dobrze się wspólnie bawili.

Salon w naszym namiocie

A co z zapowiadanym deszczem? Prognozy się sprawdziły i o 16:30 zaczęło padać. W tym momencie okazało się, że duży przedsionek to naprawdę coś ekstra. W ciągu godziny cała ekipa się pospała. Pierwsza była Ola. Potem Leon i Marysia poprosili o śpiwory i też zasnęli w… przedsionku. Na końcu Felicja i ja. Po pół godzinie wstałem i na spokojnie uzupełniłem notatki z pierwszego dnia wyprawy. Deszcz nie ustawał. Na zewnątrz było jeszcze jasno. Minęła 20:00 a towarzystwo spało w najlepsze. Nic dziwnego, w końcu nasz dzień zaczął się po 4:00. Po 22:00 wszyscy się przebudzili, dzieci przeniosły się ze śpiworami do części sypialnianej. Przez najbliższe pół godziny prowadziliśmy rozmowy układając się jak sardynki na przestrzeni 2,4 na 2,1 metra. 5 osób a do tego sakwy, mimo to było całkiem wygodnie, a na pewno przytulnie. Wszyscy razem. Zasnąłem po 23:00. Na zewnątrz padało już szóstą godzinę.

Dzień 2: Bogacko – Nowy Harsz (57 km)

Całą noc ostro wiało. Nie byliśmy za dobrze rozbici, wejściem w stronę wody i centralnie pod wiatr. Po otwarciu zasłony do przedsionka, namiot nadymał się jak bańka. Tę niedogodność rekompensowały widoki na jezioro i na dzieci, które się przy nim bawiły. Na zewnątrz było przyjemniej niż nam się wydawało. Wiatr nie był zimny i ogólnie było ok. Od zachodu ciągnęły chmury. Jedną z zalet silnego wiatru było to, że elegancko wysuszył nam cały namiot i po śniadaniu mogliśmy go sprawnie złożyć nie czekając aż przeschnie. W między czasie Ola poszła wykąpać się w jeziorze.

Z widokiem na jezioro, pogoda mało letnia

O 9:30 pojechaliśmy dalej na północ. Gruntowe drogi były nasiąknięte wodą. Czasami utrudniało to jazdę, ale były też chwile, przy piaszczystym podłożu, że akurat działało to na plus. Na niebie sunęły obłoczki, słońce coraz mocniej dawało o sobie znać. Z porannego, chłodzącego wiatru nic już nie pozostało i dzieciaki musiały zdjąć bluzy. W Dobie zatrzymaliśmy się na krótki postój przy gminnej plaży. Po 15 minutach ruszyliśmy śladem wgranym na nawigacji. Nad nami zawisły dwie czarne chmury, z których spadło kilka kropli. Nie ulegliśmy jednak presji i nie założyliśmy przeciwdeszczowych peleryn. Po chwili wyszło słońce i mogliśmy bez obaw kontynuować wędrówkę.

Słońce nieśmiało wychyla się zza chmurek
W szerszej perspektywie
Polne ambony
Ola
Zboże już gotowe
Asfaltowa droga przed Dobą
Aleja lipowa w pobliżu ruin kaplicy rodu Schenk zu Tautenberg
To co na niebie cały czas trzymało nas w lekkim napięciu

Po drodze mijaliśmy pojedynczych sakwiarzy lub rowerowe pary. Jednak większość mijanych turystów podróżowała na lekko. Kolejny krótki postój w Radziejach a potem kilka kilometrów po dość ruchliwej szosie do Mamerek. Znajdował się tu jeden z najlepiej zachowanych w Polsce, kompleks niezniszczonych bunkrów niemieckich z okresu II wojny światowej – Kwatera Główna Niemieckich Wojsk Lądowych (OKH). Po wybuchu wojny, w latach 1940–1944 zbudowano dla potrzeb najwyższych generałów i feldmarszałków oraz ponad tysiąca oficerów i żołnierzy Wehrmachtu około 250 obiektów, w tym 30 schrony żelbetowe. Zachowały się one do naszych czasów w bardzo dobrym stanie. W skład kompleksu wchodzi bunkier „gigant”, którego ściany i stropy mają grubość 7 metrów. Niemcy nie zdążyli wysadzić schronów, zostały one opuszczone przez wojska Wehrmachtu bez walki, w styczniu 1945.

Wodne przeszkody
Bociani taniec
I znowu słonecznie

Jak to bywa, w tak popularnych miejscach, panował tu niezły ’pierdzielnik’. Parking dla aut był brunatnym klepiskiem, wokoło, bez ładu i składu chodziły grupki turystów, jeździły też auta. Postanowiliśmy zajechać do bunkrów od drugiej strony, tej mniej uczęszczanej. I tam faktycznie było pusto. Mogliśmy na spokojnie wejść do kilku bunkrów. Dzieci był bardzo zainteresowane zarówno samymi budowlami jak i i funkcjami dla, których powstały. Do Węgorzewa zostało nam 8 km. W większości po asfaltowej drodze rowerowej wytyczonej przy głównej ulicy. MPR odbijała w tym miejscu klucząc przy brzegach jeziora Mamry. Zdecydowaliśmy się pojechać na skróty, gdyż wszyscy byliśmy już głodni, a najbardziej dzieciaki.

Bunkier w Mamerkach
Dokumentacja
Przy wejściu
W bunkrze typu V2

W miasteczku zajechaliśmy do oznaczonej przeze mnie wcześniej restauracji ’Kapryśny Piec’. Zajęliśmy ostatni stolik. Zbliżała się pora obiadowa i z każdą chwilą przybywało gości, którzy stali teraz w kolejce w oczekiwaniu na miejsce. Nam się udało i już po kilkunastu minutach zajadaliśmy pyszne pizze. Po obiedzie zrobiliśmy zapasy jedzenia i wody w Biedronce. Ola kupiła też pudełko lodów, które rozdzieliliśmy do kubeczków na wiejskim kąpielisku w wiosce Kal.

Wieża ciśnień w Węgorzewie
Smaczna pizza z „Kapryśnego pieca”

Znajdowała się tu szeroka, piaszczysta plaża z dobrym zejściem do jeziora Święcajty. Z infrastruktury należy wymienić drewniany pomost, z którego nie można było jednak skakać do wody oraz zadaszone wiaty ze stolikami, które miały się niebawem przydać. Przebraliśmy się w stroje kąpielowe i ruszyliśmy do wody. Przez pierwsze 50 metrów woda sięgała dzieciom do pasa. Dopiero dalej można było pływać. Leon i Marysia już całkiem dobrze radzili sobie w wodzie. Dla asekuracji mieliśmy ze sobą nadmuchiwaną bojkę ratunkową. Felicja nie umiała jeszcze pływać samodzielnie więc wchodziła do wody z kamizelką. Gdy wyszliśmy na brzeg, od zachodu przywiało brzydkie chmury. Tym razem deszcz, który z nich spadł był intensywny. Przycupnęliśmy pod wiatami przeczekując opady. Po pół godzinie ustały. Mogliśmy się przebrać i ruszyć dalej.

Nad jeziorem Święcajty
Czekając na deszcz
Odpoczynek
Jeszcze przed zlewą udało nam się wykąpać w jeziorze

Do punktu noclegu zostało kilka kilometrów. Zahaczyliśmy jeszcze o wieżę z widokiem na jezioro Święcajty. Widok nie był szczególny a sporą jego część przysłaniały drzewa. Tuż obok znajdował się cmentarz wojenny Jägerhöhe z lat 1914-1918. Spanie mieliśmy zaplanowane w Ogonkach na polu biwakowym należącym do Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach. Potencjalne miejsce pod namiot nie uzyskało akceptacji Oli, więc po demokratycznym głosowaniu, pojechaliśmy dalej. Na dystansie następnych 8 km znajdowały się jeszcze dwa kempingi i leśne pole biwakowe. Na horyzoncie widać było kolejną partię nieciekawych chmur, ale wydawało mi się, że nas miną.

Cmentarz wojenny Jägerhöhe w Węgorzewie
Widok na jezioro Święcajty
Panorama z wieży widokowej nad jeziorem Święcajty
Jedziemy na biwak
Wokoło latały takie 'soczyste’ chmurki

Zdecydowaliśmy się na ostatnią opcję noclegu, gdyż tylko tam był bezpośredni dostęp do jeziora Dargin. Przy recepcji powitali nas sympatyczni gospodarze. Lasek i trawiasty kawał terenu przy brzegu wyglądały klimatycznie. W około rozwieszone były girlandy z lampek dodające ciepła. Zaprowadzono nas w miejsce, przeznaczone pod namioty. Gdy tylko zdjąłem sakwy, zaczęło lać. Zdążyłem jedynie nakryć siebie i sprzęt plandeką. Ola z dziećmi podjechali bliżej recepcji, gdzie znajdować się miał duży ogrodowy namiot, w którym przeczekali opady. Po 20 minutach deszcze ustał i mogliśmy wziąć się za rozkładanie namiotu z przedsionkiem. Cała procedura trwała dłużej niż rozbijanie dwóch małych namiotów, z którymi jeździliśmy do tej pory. Gdy upchaliśmy sakwy w sypialni i spiąłem rowery okrywając je plandeką, ponownie się rozpadało. Siedzieliśmy już jednak w przedsionku. Udało się rozłożyć namiot na sucho, ale trochę nerwów to kosztowało.

Wyglądam spod plandeki w nadziei, że deszcz niebawem ustanie

I tym razem opady były krótkotrwałe. Po wszystkim poszedłem opłacić nocleg. Z uwagi na promocję, którą objęci byli sakwiarze, nie doliczono nam do rachunku ceny za miejsce pod namiot. Opłacie podlegali tylko sami cykliści. W sumie wyszło 85 zł. Po dłuższej konwersacji z obsługą, a może i właścicielem pola W sam las, wróciłem do rodzinki. Na kolację zjedliśmy kanapki a do tego na deser po budyniu. Dzieci, do późnych godzin wieczornych, bujały się na oryginalnej huśtawce. Była to gumowa bojka na długiej linie przywiązanej wysoko przy koronie jednej z sosen. Zabawy, że hej.

Drugą noc z rzędu spaliśmy po wschodniej stronie jeziora, a że wiatr też dął od zachodu, znowu mogliśmy 'liczyć’, że mocno nas wywieje. Nic nie zatrzymywało wiatru na jeziorze i ten z całym impetem rozbijał się o wszystko na co natrafił na brzegu. Tym razem ustawiliśmy się bokiem do wiatru, więc nie było problemów z wychodzeniem z namiotu. Sprawdziliśmy pogodę na następny dzień. Wynikało z niej, że od rana do wieczora powinno być słonecznie. Rozgwieżdżone niebo dawało nadzieję na spełnienie tych prognoz. Przed snem, Ola poszła wykąpać się do jeziora .

Dzień 3: Nowy Harsz – Okartowo (56 km)

Następna wietrzna noc za nami. Przedsionek naszego namiotu ma specyficzny wywietrznik na górze, boczny wiatr mocno nim szarpał. Po wyjściu z namiotu okazało się, że słońca nie ma. Tylko chmury i silny wiatr. Taki klimat. No, ale z pozytywów, to wiatr ponownie przesuszył namiot i można go było przynajmniej sprawnie złożyć. Do zastanej aury idealnie pasowała anegdotka, którą Ola wczoraj usłyszała, przechodząc obok pewnego ojca rozmawiającego z córką, a brzmiała mniej więcej tak: „… no bardzo ładnie jest nad tym jeziorem, ale trzeba będzie tu przyjechać kiedyś latem„. No i tak, środek sezonu a pogoda była typowo 'nie letnia’. Ale dość tego narzekania. Trzeba się cieszyć, że nie leje non stop.

Na śniadanie zjedliśmy kaszkę na mleku i płatki. Tym razem wszystko podgrzałem na prośbę Oli, która chciała 'rozgrzać’ dzieci przed jazdą. W pewnej chwili, na plac, wjechało auto dostawcze. To obwoźna piekarnia. W sam raz na śniadanie. Ola z dziećmi poszli po zakupy i wrócili z 6 pączkami, drożdżówką i bułkami. Wszystko razem kosztowało 25 złotych, co bardzo nas zdziwiło. Po dokończeniu śniadania, spakowaliśmy sakwy oraz namiot. Obiekt opuściliśmy około 10:00.

Plaża na polu biwakowym „W sam las”

Do Giżycka dotarliśmy na tyle sprawnie, że na jednym z punktów MPR, spotkaliśmy grupkę sakwiarzy, którzy wyprzedzili nas na początku dzisiejszego odcinka. Nie omieszkałem pochwalić się Marysi, Leonowi i Felicji, że przechodząc obok tej grupki usłyszałem, jak rozmawiali między sobą, lekko zdziwieni, że rodzina z dziećmi jedzie ich tempem. Dodatkowo oni mieli znacznie mniej bagażu niż my.

Zmierzamy do Giżycka
Żeliwo
Krótki przystanek w Giżycku i jedziemy dalej
Przesuwny most nad kanałem Łuczańskim w Giżycku
Na wieży z widokiem na jezioro Niegocin
Przerwa na małe conieco

W Wilkasach zatrzymaliśmy się przy papugarni, którą miałem wymienioną na liście atrakcji. Ola została przy rowerach a ja z dziećmi wszedłem do środka. Pod obszerną altaną oraz w ogrodzie, nad którym rozpostarte były materiałowe siatki, latały różne gatunki kolorowych ptaków. Zwierzęta chętnie podlatywały do turystów, którzy trzymali w rękach miseczki z nasionami i kawałkami owoców. I my nabyliśmy taką 'deskę smaczków’, dzięki czemu mogliśmy liczyć na kontakt z tymi ciekawymi zwierzętami. Leon chciał by usiadły mu na ręce. Po chwili jego życzenie się spełniło, ptaki lądowały nawet na jego głowie. Marysia i Felicja obawiały się szponów i dziobów latających zwierząt i obserwowały wszystko z boku. Spędziliśmy tu dobrą godzinę. Bilety nie były tanie, ale atrakcja okazała się warta swojej ceny.

W papugarni
Kapitan Leon
Śniadanie na głowie
Ciekawska papuga
Papugi wyjątkowo upodobały sobie Leona, z wzajemnością

Teraz musieliśmy trochę przycisnąć. Byliśmy dopiero w 1/3 trasy a zbliżała się 13:00. Do Rydzewa dojechaliśmy jednym ciągiem, bez odpoczynków. Po lewej stronie znajdowało się jezioro Niegocin jednak dostępu do jego brzegów strzegły gęsto zabudowane i ogrodzone, prywatne działki. Dopiero przy jeziorze Bocznym zrobiło się dziko i pusto. Od Rydzewa pozostało nam 25 km jazdy, poza większymi ośrodkami turystycznymi. Z tego powodu zatrzymaliśmy się tu w jednej z knajp. Pizze, które zamówiliśmy nie umywały się do tych z Kapryśnego pieca, były też znacznie droższe. Pewnie dlatego miejsce świeciło pustkami. Mimo to brzuchy wypełniły się i mogliśmy jechać dalej.

W pobliżu Rydzewa

Za miasteczkiem MPR prowadziła po ruchliwej ulicy. Na poboczu trwały roboty drogowe. Na pierwszy rzut oka budowano tu kolejny fragment drogi rowerowej, która miała tworzyć MPR. Większość kierowców nie robiła sobie nic z ograniczenia prędkości, więc jazda nie była przyjemna. Dopiero po skręcie w kierunku Kleszczewa zrobiło się pusto i bezpiecznie. Na niebie wisiała gęsta zasłona z chmur. Przez następne 20 km jechaliśmy wzdłuż 3 jezior: Wonowo, Buwełno i Tyrkło. W tym miejscu nie spotykaliśmy już turystów a i ruch aut był niemal zerowy. Duża część trasy prowadziła po drodze gruntowej. Było też sporo podjazdów, niemal cały czas góra-dół itp. Mimo to, dzieci jechały sprawnie. Przez 6 ostatnich lat nabyły doświadczenia. Nie było potrzeby by musieć je jakość mocno motywować do jazdy.

Nauka przez obserwację
W pobliżu Wierciejek, w tle masz radiowo telewizyjny
Marysia
I znowu kilka hopek

Końcówka była bardzo wymagająca, piaszczyste podjazdy i nierówny teren. Do tego pustki, wyglądało na to, że inni turyści rowerowi wybrali drogi asfaltowe. W końcu o 17:40 wjechaliśmy do Okartowa. Zatrzymaliśmy się pod sklepem na obiecane lody. Asortyment był marny a ceny nie najmniejsze. Po słodkościach udaliśmy się na kemping, który stanowił jednocześnie niewielką przystań dla jednostek pływających po jeziorze Śniardwy. Chłopak obsługujący pole powiedział żebyśmy sami wybrali sobie miejsce do rozbicia namiotu a rozliczenie pozostawić na jutro rano.

Z widokiem na jezioro Buwełno
Pofalowane
Wieża widokowa w Marcinowej Woli
Zbliżamy się do celu
Chwila ulgi na asfalcie
I znowu szuter, tym razem całkiem niezły i bez 'tarki’
Kościół Niepokalanego Serca NMP

Dopiero tu, na trzecim noclegu, spotkaliśmy grupkę sakwiarzy. Byli to turyści z zagranicy, najprawdopodobniej Niemcy. My zajęliśmy się rozbijaniem naszego obozu. Gdy było po wszystkim dziewczyny poszły pod prysznic. Po 3 dniach kąpania się w jeziorach w końcu mieliśmy do dyspozycji natryski. Cena za ten luksus była powyżej średniej – 12 zł za prysznic – a jakość obiektu pozostawiała wiele do życzenia. Z kąpieli skorzystał też Leon, ja ponownie wybrałem jezioro. Wskoczyłem do wody i popływałem w jeziorze Śniardwy. Po powrocie czekała już na mnie kolacja, Ola przygotowała kanapki z serem i tuńczykiem. Do tego świeże, zielone ogórki z działki od teściów. Później zagotowałem wodę na herbatę z sokiem malinowym.

Pole namiotowe i niewielki port Okartowo nad jeziorem Śniardwy

Aż dziwne, ale pomimo zachmurzonego nieba, przez cały dzień nie spadła ani kropla deszczu. Postanowiliśmy przetestować nowy nabytek, składane krzesełka turystyczne. Sprzęt, który ze sobą wieźliśmy (duży namiot, czy składane krzesła), nie był lekki, ale dawał namiastkę prawdziwego kempingowego życia. Po 22:00 poszliśmy umyć zęby. Poza mną wszyscy położyli się spać. Ja siedziałem jeszcze na krzesełku i uzupełniałem relację z wyprawy. Podłączyłem też do ładowania z powerbanku elektronikę (nawigacja oraz aparat fotograficzny). Spać położyłem się o 23:00, tym razem w przedsionku, zostawiając więcej miejsca w sypialni dla żony z dziećmi. Myślałem jaka pogoda będzie jutro. Chłopak z recepcji mówił coś o deszczu, zaś jego dziewczyna wróżyła słońce. Prawdziwa ruletka pogodowa!

Odpoczynek
Na salonach

Dzień 4: Okartowo – Zamordeje (48 km)

Wstaliśmy dość późno, o 7:40. To pewnie, przez te wczorajsze górki, albo ogólne 'zmęczenie materiału’. Słońca nie widać, ale deszczu też brak, więc można napisać, że jest remis. O 9:40 byliśmy w gotowości bojowej do odjazdu. Poszedłem jeszcze opłacić nocleg. Wyszło 103 zł plus dwa razy 12 zł za 'prysznic’. Na początku, jeszcze w Okartowie, wstąpiliśmy do sklepu po zakupy spożywcze na drugie śniadanie, które chcieliśmy zjeść w trasie. Zatankowaliśmy też butelki z wodą.

Gotowi do odjazdu
Blink, blink

Za Okartowem, po przekroczeniu mostu nad kanałem łączącym jeziora Tyrkło i Śniardwy znajdowała się nowa ścieżka rowerowa wzdłuż ruchliwej drogi krajowej numer 59. To dobra zmiana, pamiętam jak jechaliśmy tędy po ruchliwej ulicy 4 lata temu objeżdżając jezioro Śniardwy. Mały odcinek, ale nie był przyjemny tym bardziej, że i dzieci były mniejsze. Niestety po kilkuset metrach ścieżka się skończyła i musieliśmy wjechać na jezdnię. W tym miejscu był remont drogi i ruch odbywał się w jednym kierunku na wąskiej części asfaltu, dzięki czemu kierowcy nie mogli nas wyprzedzać. Całe szczęście po chwili odbiliśmy na południe w boczną drogę.

Z widokiem na jezioro Tyrkło
Pozwoliliśmy sobie zająć cały pas by ktoś nie próbował nas czasem wyprzedzać

W Nowych Gutach weszliśmy na kolejną wieżę widokową wybudowaną w ramach MPR. I tutaj widok nie był jakiś szczególny. W mojej opinii tego typu obiekty mają sens w miejscach górzystych lub wyeksponowanych. Dalej, do wioski Kwik, prowadziła asfaltowa droga dla rowerów. Poprowadzona blisko linii brzegowej jeziora i z dala od cywilizacji. Tak jak powinny być puszczone drogi dla rowerów. W tym miejscu rozbawiła nas jedna rzecz. Przez dobry kilometr, wzdłuż ścieżki ciągnęły się żółte, metalowe barierki. Zapewne miały służyć poprawie bezpieczeństwa, jednak według mnie stwarzały większe zagrożenie a niżeli by ich miało nie być. Wokoło było płasko, żadnych wałów czy wzniesień. Nie wiem przed czym miałyby nas chronić te konstrukcje, tylko psuły widok. Bezsensownie 'przepalone’ pieniądze. No, ale tak to często bywa jak pojawiają się unijne pieniądze i trzeba je na szybko wydać.

Wieża widokowa, Nowe Guty
Bardzo 'bezpieczna’ droga rowerowa
Droga w pobliżu brzegu jeziora Śniardwy
Przezorny, zawsze ubezpieczony. Opuszczamy (nie)bezpieczną drogę rowerową.
Tu już bez barierek, o wiele ładniej. Przed wioską Kwik.

W Kwiku zatrzymaliśmy się w MOR’ze na drugie śniadanie. Dwa obiekty wybudowane z rozmachem. Pierwsza, duża wiata ze stolikami i ławami. Druga to zadaszony parking ze stojakami na rowery plus toalety i prysznice, które jednak były pozamykane. Najwidoczniej pieniądze na postawienie wiat i sanitariatów to jedno, a drugie to utrzymanie obiektu i tu pewnie gmina nie miała już pieniędzy na osobę sprzątającą, więc to co akurat mogłoby się przydać najbardziej rowerowym turystom, zostało zamknięte. Trochę jak w filmie „Miś„. Szybko uwinęliśmy się ze śniadaniem i pojechaliśmy dalej, bo przykro było patrzeć na to miejsce. Kosze, z których wysypywały się butelki po alkoholu i rozwalone lampy ogrodowe. Widać, że 'prawdziwe’ życie toczy się tu nocą. Z pozytywnych akcentów, to wkoło skaczące małe żabki szybko zauważone przez dzieci, które na odwiedzane miejsca patrzyły pod innym kątem niż ja.

Zamknięte toalety na terenie MOR w Kwiku

Do Pisza dojechaliśmy przez Zdory, Szczechy Wielkie, Kobusy i Imionek. Na tym dystansie, niemal cały czas poruszaliśmy się po asfaltowej drodze dla rowerów. Kilka z tych odcinków było w budowie podczas naszych poprzednich wyjazdów na Mazury. To duże udogodnienie, gdy nie trzeba jechać po szutrowej drodze z tak zwaną 'tarką’. Co innego jak jedzie się na lekko a co innego jak ma się duży bagaż. W Piszu wstąpiliśmy do Biedronki a potem na pizzę do „Całkiem włoskiej restauracji„. Miasto opuściliśmy po 16:00. Do Wiartla prowadziła asfaltowa droga dla rowerów i ten odcinek przejechaliśmy bardzo szybko. Dalej , do osady Zamordeje, poruszaliśmy się przez las, już po drodze lokalnej, ale praktycznie bez ruchu pojazdów silnikowych.

Takie dróżki lubię najbardziej
Fragment Mazurskiej Pętli Rowerowej wzdłuż Kanału Jeglińskiego
Most „Wrota Mazur” nad Kanałem Jeglińskim
* żadne żywe zwierzę nie ucierpiało

Przejazd z Pisza do bindugi Czaple zajął nam tylko godzinę. Na miejscu powitała nas sympatyczna Pani Bożenka. Ta sama, u której nocowaliśmy 5 lat temu podczas pierwszej rodzinnej miniwyprawy rowerowej. Była to wtedy nasza pierwsza noc po przejechaniu odcinka Krzyże-Zamordeje. Przed wjazdem do stanicy stało wiele aut. Pani Bożenka zastanawiała się przez chwilę czy znajdzie się w ogóle dla nas miejsce, ale w końcu byliśmy tylko na jedną noc. Wskazałam nam miejsce pod starą brzozą, zaraz obok budynku recepcji. Miejsce dobre, bo miało widok na niewielką plażę nad jeziorem Nidzkim. Mogliśmy mieć oko na dzieci bawiące się nad wodą.

Dawna wieża ciśnień w Piszu
I znowu barierki oddzielające drogę rowerową od nie-wiadomo-czego co może niespodziewanie nadejść z puszczy…
Przed Wiartlem
Puszcza Piska
Pusta szosa i my
Ola

Rozpoczęliśmy spieszne rozbijanie namiotu by zostało więcej czasu na zabawy w wodzie. Gdy kończyłem ustawiać rowery zaczęło padać. Zdążyliśmy w sam raz. Po 20 minutach rozpogodziło się i mogliśmy zejść nad jezioro. Marysia, Leoni i Felicja bawili się przy brzegu. Był pomost i deski do pływania, które można było użyczyć sobie w ramach pobytu na polu namiotowym. Ja popłynąłem w poprzek jeziora, na przeciwległy brzeg. W oddali widać było ciemne chmury, do uszu docierały przytłumione dźwięki grzmotów. Gdy wracałem chmury jakby przyspieszyły. W momencie, gdy wychodziłem z wody, spadły pierwsze krople deszczu. Zgarnąłem dzieciaki i pobiegliśmy do namiotu.

Czas na kąpiel i zabawy w wodzie
Stanica wodna Czaple
Jezioro Nidzkie
Marysia
Budowla Leona- prawdziwy leśny schron dla jego figurek

Zdąrzyliśmy w ostatniej sekundzie. Po chwili lunęło z całym impetem. Gdy wycierałem podłogę w przedsionku zauważyłem, że ta jakby faluje. Miejsce, w którym się rozbiliśmy nie było idealne. Korzenie drzewa tworzyły coś na kształt tamy, przez co woda nie odpływała spod przedsionka. Całe szczęście namiot był nowy a podłoga zrobiona z grubej plandeki, która nie przepuściła wody. Po godzinie znowu się rozpogodziło. Była już 20:00 więc powoli szykowaliśmy się do snu. Wspólnie z Olą zastanawialiśmy się nad planem na kolejne dwa dni. Przed nami weekend, jutro rano miało być słonecznie, ale od niedzielnego pranka zapowiadano deszcz. Pierwotnie mieliśmy tu zostać 2 noce, ale ta niedziela nam się nie podobała. Zdecydowaliśmy, że obudzimy się wcześnie rano i dzieci pobawią się do 12:00 nad wodą a potem pojedziemy do Kosewa, gdzie zostawiliśmy auto. Ostateczną decyzję podejmiemy jednak rano, jak będziemy wiedzieć więcej o pogodzie.

Dzień 5: Zamordeje – Kosewo (44 km)

Noc spokojna, o poranku małe poruszenie. Ktoś zaczyna krzątać się po namiocie. To Ola, chyba pierwszy raz wstała przede mną, niemożliwe! Wyszedłem na zewnątrz, wszędzie czuć było wilgoć. Tropik namiotu był totalnie wilgotny i to z obu stron. Od razu wziąłem się, za zbieranie wody by słońce, które niebawem miało wychylić się z za konarów smukłych sosen, mogło na spokojnie dokończyć robotę. A praca powinna być wykonana solidnie bo podjęliśmy decyzję, że będzie to ostatnia noc na tym wyjeździe więc namiot musi być dokładnie wysuszony, gdyż w domu nie będzie jak go rozłożyć do wyschnięcia. 3 pierwsze noclegi pod tym względem były idealne, silny wiatr działał jak suszarka i nie było problemu ze schnięciem. Ostatniej nocy wiatru nie było, za to duża wilgoć. Dokładne przetarcie ręcznikiem szybkoschnącym całej powierzchni namiotu zajęło mi prawie godzinę.

Tym razem prognozy nas nie oszukały. Od rana świeciło słońce. Podczas, gdy ja z Olą zwijaliśmy obóz, dzieci bawiły się nad wodą. O 11:00 byliśmy spakowani i gotowi. Ustawiliśmy rowery przy ławach i sami poszliśmy do wody pokorzystać jeszcze z dobrodziejstwa dostępu do jeziora Nidzkiego. Pierwotnie mieliśmy wyruszyć o 12:00 i udać się w kierunku Kadzidłowa, gdzie planowaliśmy zwiedzić park dzikich zwierząt, jednak Leon zauważył małą łódkę o napędzie solarnym, którą właśnie kotwiczyła Pani Bożenka. Od słowa do słowa i umówiliśmy się, że pożyczymy ją na pół godziny by popływać po jeziorze. Marysia, Leon i mała Felicja były zachwycone, że mogły same sterować łódką. Prawie jak w lunaparku tylko lepiej, bo łódka była prawdziwa a 'basen’ ogromny. Oazę spokoju w Zamordejach opuściliśmy około 13:00.

W końcu pierwszy ciepły dzień, szkoda że dopiero na koniec wyjazdu
Kąpiele w jeziorze Nidzkim
Ola też się skusiła na kąpiel
Jezioro Nidzkie i my
Marysia
Ahoj przygodo!

Przed nami 10 km prostej, asfaltowej drogi, poprowadzonej przez Puszczę Piską. To jedna z tych dróg 'donikąd’, minęły nas może z 3 auta i kilkoro rowerzystów. W Rucianem, ludzi już więcej, ale żeby to były tłumy to bym nie napisał, a przecież była sobota, i to słoneczna. Zatrzymaliśmy się na lody przy Żabce, po czym ruszyliśmy do Wygryn, a dalej leśną drogą do Ukty, dzięki czemu ominęliśmy ruchliwą 610’siątkę. Tu mieliśmy zatrzymać się na obiad bo pora ku temu była w sam raz. Nagle patrzę a tu ktoś do mnie macha i wykrzykuje moje imię. I ja odmachałem a przy bliższym kontakcie okazało się, że to Magda. Koleżanka z forum rowerowego, która rok temu zorganizowała zlot rowerowy w Leśnej Hucie na Kaszubach. Cóż za niespodziewane i miłe spotkanie. My dziś kończyliśmy naszą krótką, spontaniczną wyprawę. Magda dopiero co rozpoczynała tygodniową włóczęgę. Po kilkunastominutowej rozmowie pożegnaliśmy się. My pojechaliśmy na obiad a znajoma ruszyła w kierunku Suwalskiego Parku Krajobrazowego, ku któremu miała zmierzać przez najbliższe dni.

Długa prosta do Rucianego
Takim asfaltem kilometry leciały szybko
Marysia
Poidełko
Cóż za spotkanie! Magda z forum podrozerowerowe.info dopiero rozpoczynała swoją wyprawę rowerową po Mazurach i Suwalszczyźnie
Już po obiedzie

Pora była późna. Do Kadzidłowa dotarliśmy około 16:30. Tym razem ja zostałem wytypowany jak stróż dobytku. Za bilety 4 bilety wstępu do Parku Dzikich Zwierząt zapłaciłem 127 zł. Ola i dzieci musieli jeszcze chwilę odczekać aż zbierze się grupa i razem z przewodnikiem będą mogli wejść na teren ostoi. Ja zostałem sam i uzupełniałem dzienniczek. Po około godzinie wróciła reszta rodzinki i jak to w takich chwilach bywa, zostałem obsypany przez dzieci informacjami na temat tego co widziały na wybiegach, jakie zwierzęta karmiły itp. Najwięcej frajdy sprawiły dzieciom kozy, ale opowiadały też coś o bocianach, czy jeleniach, które podobno jedzą ryby ze stawu na terenie ośrodka. Były też wilki czy ryś.

Zagroda wilków w Kadzidłowie
Spotkanie z kozami
Największe zainteresowanie wzbudzały koźlęta
Po zwiedzaniu parku dzikich zwierząt w Kadzidłowie

Dzień dobiegał końca, przed nami finalny odcinek do Kosewa. 20 km z czego trzy czwarte po ulicy. Było już po 18:00, miałem nadzieję, że jadąc po asfaltowej drodze, dość szybko dotrzemy nad jezioro Probarskie i zostanie nam jeszcze zapas czasu by popływać. Po 5 km wjechaliśmy na ulicę w pobliżu Dobrego Lasku. I tu czekała nas przykra niespodzianka, asfalt 'nafaszerowany’ był dziurami oraz tym czym próbowano je gdzieniegdzie łatać. Droga była tak nierówna, że w zasadzie szybciej pojechalibyśmy chyba leśnym duktem. Co się natrzęśliśmy do Kosewa jadąc po tych wertepach to zawsze będę pamiętał i omijał ten odcinek. Gdy w Kosewie wjechaliśmy na nowy, gładki asfalt od razu poczuliśmy różnicę.

Zmierzamy do mety
W pobliżu leśniczówki Kołowin
Na zakręcie
Marysia
Spokojna droga przez las
Ostatnia prosta do auta

Wtoczyliśmy się na niewielką, publiczną plażę w Kosewie, szybka przebierka w kostiumy i do wody. Znajdował się tu pomost, który jeszcze kilka lat temu był pewnie idealnym miejscem do skoków do jeziora. Ze śladów na podporach konstrukcji, wynikało że poziom wody obniżył się mniej więcej o metr. Nadal można było skakać, ale wymagało to nieco więcej odwagi, gdyż różnica wysokości była znaczna. Po kilku skokach udało mi się namówić Marysię, która przemogła strach i też wykonała kilka 'susów’ do jeziora Probarskiego.

Pomost na plaży w Kosewie
Dzielna rodzina

Po mokrym pożegnaniu z Mazurami, podjechaliśmy kilkaset metrów do miejsca, w którym zostawiliśmy auto. Tu przywitała nas Ania. Podczas pakowania auta opowiadaliśmy o naszych przygodach. Dostaliśmy też propozycję by zostać na noc. Chcieliśmy jednak wrócić wieczorem do domu by w niedzielę na spokojnie się wypakować i przygotować na powrót do pracy. Z Kosewa wyjechaliśmy po 21:00. Droga była pusta, ale po wjechaniu na trasę S7 zrobiłem się senny i musiałem zjechać na parking na krótką drzemkę. Do Warszawy dojechaliśmy o 2:00 w nocy. Przepakowaliśmy rzeczy z auta do mieszkania i położyliśmy się spać.

Podsumowanie

To było intensywne 5 dni, podczas których przejechaliśmy 251 km. Pogoda nie była rewelacyjna. Trochę słońca, trochę deszczu i sporo wietrznych dni. Niemniej jak na obecne lato nie należało wybrzydzać. Gdyby ktoś zagwarantował mi taką pogodę w Austrii, brałbym w ciemno. Jak na połowę sezonu, ruch turystyczny był znikomy. Szczególnie patrząc pod kątem trasy Mazurskiej Pętli Rowerowej. Codziennie mijaliśmy od kilku do kilkunastu osób na rowerach, jadących w większości na lekko. Gdy jedzie się do krainy jezior latem, chciałoby się skorzystać z kąpieli na łonie natury. Temperatura wody i pogoda nie zachęcały do pływania. Dopiero ostatniego dnia było na tyle ciepło, że wejście do jeziora Nidzkiego stanowiło przyjemność a nie obowiązek.

Jeżeli chodzi o atrakcje, to przemierzając rejon wielkich jezior mazurskich trzeba się nastawić bardziej na kontakt z naturą niż miejsca stworzone przez człowiek. I dla nas to akurat jest spory plus. Może dzięki temu nie spotkaliśmy tu szalonych tłumów. Sama trasa w większości stanowi drogi gruntowe i ulice asfaltowe o znikomym ruchu. Dróg stricte dla rowerów było mniej niż 10%. Zatem sama pętla to bardziej wytyczenie i oznakowanie istniejącej infrastruktury, niż stworzenie czegoś nowego od podstaw. Niemniej większość duktów jest poprowadzona ciekawie w urozmaiconym terenie.

Nie brakuje też punktów typu kempingi, leśne biwaki czy bindugi, w których można rozbić namiot. Dzięki temu ceny nie są wygórowane. Cały, pięciodniowy wyjazd, wyniósł nas około 1 900 zł z czego noclegi prawie 400 zł a reszta to wyżywienie plus dojazd, wejście do papugarni czy parku dzikich zwierząt w Kadzidłowie. I choć na koniec wakacji mieliśmy pewien niedosyt z braku realizacji tegorocznego planu, trzeba przyznać, że podczas 5 poprzednich sezonów pogodę mieliśmy świetną, więc sumarycznie nie ma co narzekać. Dzięki tym doświadczeniom mogliśmy przećwiczyć szybkie podejmowanie decyzji, elastyczność i ustalanie priorytetów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *