Z końcem października udało się ukończyć a następnie opublikować opis naszej wakacyjnej wyprawy rowerowej. Pojawiła się chwila wolnego czasu a w prognozie słoneczny weekend, który chcieliśmy wykorzystać na ostatni w tym roku, krótki wyjazd nad morze. W środę po potwierdzeniu prognoz pogody zarezerwowaliśmy nocleg w niewielkim apartamencie w Stegnie na dwie ostatnie noce października. W czwartek wieczorem byliśmy już spakowani, następnego dnia rano mieliśmy wyruszyć w trasę na północ.

Dzień 1: zwiedzanie Gdańska, 8 km

Z domu wyjechaliśmy wcześnie rano. W Stegnie byliśmy po 9:00, opłaciłem nocleg i po odbiorze kluczy od lokalu pojechaliśmy do Gdańska. Auto zaparkowaliśmy w okolicy parku Siennickiego. Podczas zwiedzania obeszliśmy najpopularniejsze uliczki i miejsca Gdańskiej Starówki. Najpierw Wyspa Spichrzów i Zielony Most, za którym skręciliśmy w prawo wzdłuż Starej Motławy mijając dobrze zachowane kamienice, a także drewniano-ceglany żuraw portowy z końca XIX w.

Katamaran Rubin kursujący między Gdańskiem a Mierzeją Helską, w tle zabytkowy żuraw portowy
Kamienica mieszcząca Muzeum Architektoniczne w Gdańsku (po prawej stronie)
Jedna z kamienic przy Długim Pobrzeżu

Obiad zjedliśmy w tej samej pizzerii, w której zatrzymaliśmy się podczas letniej wyprawy rowerowej, jaką odbyliśmy w tym roku. Dalej były ulice Straganiarska i Świętojańska. Zajrzeliśmy do Bazyliki Mariackiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Jej wnętrze zrobiło na nas imponujące wrażenie. Gdy Felicja będzie większa z pewnością tu wrócimy by wejść na wieżę i móc obejrzeć panoramę Gdańska z wysokości 70 metrów. Następna była znana ulica Mariacka, na której poza ciekawą architekturą można zwiedzić galerie bursztynu oferujące precyzyjnie i pomysłowo wykonane arcydzieła z tego materiału.

Ulica Mariacka z Bazyliką Mariacką Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w tle

Kolejne ulice to Chlebnicka i Długa przechodząca w plac o nazwie Długi Targ znany między innymi z fontanny Neptuna. Potem skierowaliśmy się do auta. Po godzinie drogi zameldowaliśmy się w apartamencie. Przed zachodem udaliśmy się obowiązkowo na plażę. Niestety słońce o tej porze roku chowa się za widnokręgiem znacznie wcześniej przez co zachód nie był tak spektakularny jak latem.

Ulica Długa, na środkowym planie gotycko-renesansowy budynek ratusza
Wieczorny spacer

Dzień 2: Rezerwat Mewia Łacha, 18 km

Na drugi dzień wyjazdu zaplanowałem spacer do rezerwatu Mewia Łacha. Odcinek między Stegną a ujściem przekopu Wisły to kilkanaście kilometrów. By nie wracać tą samą drogą, skoro świt pojechałem autem do Mikoszewa i zostawiłem je na leśnym parkingu znajdującym się na końcu ulicy Bursztynowej. Do rodziny wróciłem autobusem kursującym między Gdańskiem a Krynicą Morską.

Na wycieczkę wyszliśmy po 9:00, udając się najbliższą drogą na plażę. Było słonecznie, temperatura oscylowała na poziomie 15 stopni. Zabraliśmy ze sobą przyczepkę rowerową wraz z przednim, pompowanym kołem. Schowaliśmy w niej prowiant i ciepłe ubrania dzięki czemu mogliśmy iść na lekko. Felicja większość drogi przeszła sama, zaliczyła jedną dłuższą drzemkę. Podczas marszu delektowaliśmy się uspokajającym szumem morza, brakiem turystów i piaszczystą ścieżką ciągnącą się po horyzont. Podłoże było dobrze ubite toteż koła wózka gładko sunęły do przodu. Dzieci od pierwszych kroków zajęły się zbieraniem bursztynów oraz muszelek.

Po kilku kilometrach pojawiły się pierwsze symptomy znudzenia krajobrazem objawiające się pytaniami typu: jak długo jeszcze i kiedy coś zjemy. W oddali majaczyły drzewa znajdujące się u ujścia Wisły. Coraz wyraźniejszy widok celu wędrówki a także krótka informacja, że teraz jest bliżej do auta, które zostawiłem rano w Mikoszewie, niż powrót tą samą drogą sprawiły, że młodsza część grupy odzyskała motywację. W między czasie mogliśmy liczyć na kolejne atrakcje, które urozmaicały drogę. Spotkaliśmy m.in. kraba, który przechadzał się po plaży, były też klucze ptactwa wodnego odlatującego do ciepłych krajów. Główną atrakcją miał być rezerwat Mewia Łacha i foki, które latem udało nam się zaobserwować po zachodnie stronie ujścia Wisły przez lunetę.

Pan krab
W lewą stronę pusto…
… i w prawą też

Co jakiś czas pojawiały się też większe skupiska patyków i różnego rodzaju szczątków roślin wyrzuconych przez morze, w których można było „wyłowić” kolejne bursztynki do kolekcji. Ola z Marysią i Leonem utknęli na dłużej przy jednej z takich hałd. Felicja spała w wózku więc by nie tracić czasu postanowiłem wykąpać się w morzu. Woda nie była za ciepła, miała pewnie około 10 stopni, mimo to udało się wejść do niej kilkukrotnie. Do falochronu, będącego po wschodniej stronie ujścia najdłuższej z polskich rzek, został kilometr, który pokonaliśmy bardzo sprawnie.

Ujście Wisły do morza

Na będącej w pobliżu wyspie, gdzie spodziewaliśmy się spotkać foki, poza ptakami nie było innych zwierząt. Za to nagroda czekała nas w miejscu gdzie rzeka łączy się z morzem. Nie dalej jak kilkanaście metrów od nas widać było foki pływające w wodzie. Wystawiały ciekawsko łepki. Tym razem byliśmy przygotowani i zaopatrzeni w lornetki, dzięki którym mogliśmy je oglądać naprawdę z bliska.

Foka, którą udało się uchwycić w obiektywie aparatu
Betonowa zapora między ujściem Wisły a jeziorem Mikoszewskim

Dzień się miał już ku końcowi a ja zastanawiałem się czy iść teraz w górę rzeki i odbić do auta na wysokości parkingu czy cofnąć się ponad kilometr i opuścić plażę zejściem numer 88. Ponieważ nie lubimy powtarzać tych samych odcinków wybraliśmy pierwszą opcję mimo, że były obawy o stan ścieżki. Okazało się, że teren nie był bagnisty, ale pojawiły się inne trudności. Przez ponad kilometr szliśmy po dużych kamieniach będących podstawą falochronu. Nie był to problem dla nóg, ale koła wózka co chwila wpadały w szczeliny między głazami, gdzie kiedyś zapewne była zaprawa, która z biegiem lat została wypłukana. Wózek i jego zawieszenie dostały ciężką próbę do przejścia. W pewnym momencie, gdy zeszliśmy już na drogę gruntową w pobliżu bunkru z czasów II Wojny Światowej przednie kółko wypadło z prowadnic, w których było osadzone. Jedna ze śrubek przy ośce musiała się poluzować i wypadła.

Do przejścia pozostały jeszcze tylko z dwa kilometry, ale brak przedniego, pompowanego kółka oznaczałby, że kolejnego dnia musielibyśmy znacznie skrócić drugi spacer przewidziany na ten wyjazd. Ola namówiła mnie abym cofnął się i jej poszukał. Poszedłem dla świętego spokoju, chociaż przekonany byłem, że odnalezienie mierzącej 2 centymetry, czarnej śrubki zakrawa na cud. A jednak ktoś nad nami czuwał, po 50 metrach na jednym z kamieni leżała brakująca część. Gdyby tylko zsunęła się w szparę między granitowymi bloczkami z pewnością bym jej nie wypatrzył.

Zadowoleni zrobiliśmy sobie ostatnie zdjęcie oświetleni promieniami słońca, które kilka chwil później znikło za horyzontem po drugiej stronie rzeki. Dokręciłem śrubę palcem na tyle na ile to było możliwe i udaliśmy się na parking. Nieco zmęczeni, ale i zadowoleni z pięknej pogody i dnia spędzonego na świeżym powietrzu wróciliśmy do mieszkania. Ola przyrządziła nam smaczny obiad. Dzieci zajęte były rysowaniem a ja zastanawiałem się nad trasą spaceru na kolejny dzień.

Zdjęcie o zachodzie słońca
Typowo jesienna aura
Zdjęcie w kierunku północnym
Ostatnie promienie słońca przedzierające się przez sosnowy las

Dzień 3: Rezerwat Kąty Rybackie, 17,5 km

Rano śniadanko i pakowanko, chociaż większość rzeczy Ola spakowała jeszcze wieczorem. Wyprowadziliśmy auto na zewnętrzny parking poza teren kompleksu apartamentów. W trasę wyszliśmy po 8:00. Minionej nocy była zmiana czasu i słońce zajdzie o godzinę wcześniej. Podobnie jak wczoraj doszliśmy najkrótszą drogą do plaży gdzie tym razem skręciliśmy na wschód w kierunku Kątów Rybackich. Teren nieco inny, chociaż morze nadal spokojne, ale plaża węższa i w większości z grząskim piachem przez co przyczepkę pchało się znacznie ciężej. Był też wyraźnie zarysowany klif, który z każdym kilometrem robił się coraz wyższy. W efekcie tego plaża znajdowała się w cieniu drzew a słońce nie grzało nas już tak przyjemnie jak w drodze do ujścia Wisły.

Zdjęcie wykonane na wysokości miejsca, w którym dwa miesiące wcześniej spaliśmy pod namiotem na dziko
Przestrzeń
Motyl Rusałka Pawik
Bursztynowe złoża
A tak spacerują dzieci

Atrakcje z początku podobne: zbieranie bursztynu i muszelek, obserwacja pustych plaż i wsłuchiwanie się w szum morza. Po blisko 8 kilometrach, zaraz przed Kątami Rybackimi weszliśmy do lasu by przejść ścieżkę przyrodniczą przez rezerwat Kąty Rybackie, na którego zwiedzenie nie mieliśmy czasu w sierpniu objeżdżając te tereny na rowerach. W sercu rezerwatu znajdują się uschnięte drzewa i duże połacie odkrytego terenu ze zwalonymi pniami. Z roku na rok w sezonie lęgowym przebywają tu coraz liczniejsze kolonie kormorana czarnego. Tereny te opuszczają do końca września. Może i dobrze, bo dzięki temu w miarę bezpiecznie przechadzamy się szlakiem nie narażając na spadające na głowy fekalia.

U wejścia do rezerwatu Kąty Rybackie
Ścieżka na terenie rezerwatu
Teren niegdyś porośnięty lasem
Drzewa obumarłe na skutek obecności i gniazdowania ptaków wędrownych, w tym w głównej mierze kormorana czarnego
Rachityczne brzozy
Naturalna rzeźba
Pozostałości lasu
Posąg Leona

Zatoczyliśmy niewielkie koło i wylądowaliśmy z powrotem na plaży. Połowa dnia za nami, pojawił się pierwszy głód, toteż poszukaliśmy dobrego miejsca na postój i sjestę. Zatrzymaliśmy się w miejscu gdzie wcześniej znaleźliśmy kilka ładnych bursztynów. Gdy dzieciaki zajadając zabrany prowiant przeszukiwały kolejne patykowe rumowisko ponownie wszedłem do wody i wziąłem ostatnią ożywczą kąpiel w morzu w tym roku. W płytszej wodzie dostrzegłem bursztyn. Okazało się, że w tym miejscu woda wymyła zbutwiałe kawałki drzew pomieszczane jakby z trocinami. Wyciągnąłem kilka z nich na brzeg a dzieciaki miały frajdę bo bursztyny jakie z nich wydłubały były naprawdę konkretne.

Na kąpiel w morzu zdecydował się tylko tata

Po godzinnym odpoczynku ruszyliśmy z powrotem do Stegny. Droga mijała szybko, może nawet za bardzo, więc staraliśmy się delektować tą chwilą, gdyż następny wyjazd trafi nam się pewnie w przyszłym roku. Do miejsca, z którego rozpoczęliśmy spacer doszliśmy zaraz po zachodzie słońca. Otrzepaliśmy z piachu wózek, buty i ubrania chociaż wiadomym było, że w domu i tak przez kilka kolejnych dni będzie nam chrzęścił pod stopami i przypominał o tym spontanicznym wyjeździe. Do Warszawy dojechaliśmy około 21:00.

Droga powrotna do Stegny
Zmęczenia nie widać
Zlepieniec z muszli omułka bałtyckiego i sercówki pospolitej
Wesoła karawana

Podsumowanie

Wyjazd nie był planowany, jego długość tego nie wymagała. Pojawiło się okienko pogodowe, kilka słonecznych dni na koniec października, dlatego postanowiliśmy spędzić je poza domem. W 3 dni z 2 noclegami udało się zwiedzić Gdańską Starówkę i spacerować po opustoszałych plażach Mierzei Wiślanej. Takie wyjazdy są dość intensywne i w pewnym względzie męczące fizycznie, jednak pomagają zapomnieć o problemach dnia codziennego i odpocząć psychicznie.

Pamiątki z plaży, efekt bursztynowo muszelkowych łowów
Kamienice Gdańskiej Starówki – Leon
Bazylika Mariacka w Gdańsku – Leon
Foki w ujściu Wisły – Leon
Kamienice Gdańskiej Starówki – Maria
Krab pośród bursztynowych złóż – Maria
Klucz odlatujących ptaków – Maria

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.