Wybór trasy był naturalną konsekwencją chęci dokończenia planu jaki realizowaliśmy od zeszłego roku. Za nami był już przejazd zachodniej i środkowej części wybrzeża, pozostała nam jeszcze część wschodnia, po której mielibyśmy zaliczoną całą drogę od Świnoujścia przy granicy niemieckiej do Piasek od strony rosyjskiej. Drugim, równorzędnym celem, było odwiedzenie wszystkich 13 latarni morskich, udostępnionych do zwiedzania. Zdobycie wszystkich upoważniało do otrzymania kolejnej Turystycznej Odznaki Miłośnika Latarni Morskich „Bliza”.

Trasa III etapu pokrywała się w dużej części z międzynarodowym szlakiem rowerowym EuroVelo 10. Zmodyfikowałem odcinki gdzie droga oddalała się od morza, tak byśmy mogli przemieszczać się jak najbliżej linii brzegowej. Pewną część szlaku miałem rozpoznaną na wcześniejszych, stacjonarnych wyjazdach lub z opowiadań rodziców. Nieznane były odcinki Władysławowo-Rewa oraz Gdańsk-Piaski. Spodziewałem się jednak, że droga powinna być ok bo okolice Trójmiasta znane są z dobrej infrastruktury rowerowej. Z kolei o ostatnim odcinku, po prawej stronie Wisły, czytałem że został niedawno zmodernizowany i przygotowany pod turystów jeżdżących na rowerach. Obawiałem się jedynie pogody, bo na tę część wyjazdu nachodziła druga połowa sierpnia kiedy to aura potrafi się popsuć a deszcze nie należą do rzadkości.

Opis pierwszej części podróży: Etap I: Pobrzeże Szczecińskie – oczekiwania kontra rzeczywistość

Opis drugiej części podróży: Etap II: Pojezierze Drawskie – slow travel w naszym wydaniu

Poniżej mapa ze śladem naszej trasy. Plik GPX przed załadowaniem został zoptymalizowany.

Dzień 16: plaża w Kopalinie, 8 km (odpoczynek)

Ten dzień poświęciliśmy na przepakowanie rzeczy. To czego nie potrzebowaliśmy zostało w aucie. Uzupełniliśmy za to rzeczy potrzebne nad morzem. Druga połowa sierpnia jest tu zazwyczaj chłodniejsza. Występuje też większe prawdopodobieństwo opadów. Zatem do sakw poszły cieplejsze ubrania. Nie mogło oczywiście zabraknąć łopat do kopania dołów na plaży.

Śniadanie na gorąco

W ciągu dnia kilka razy padało. Wsiedliśmy w auto i podjechaliśmy na lody do Choczewa. Obiad zjedliśmy w pobliskim Lubiatowie w knajpie Złota Rybka. Dania były smaczne, szczególnie filet z flądry. Po 1500 wypogodziło się zgodnie z prognozami. Pojechaliśmy na rowerach na plażę. Mimo, iż świeciło słońce nie wytrzymaliśmy długo. Wiatr był tak silny, że niemal kładł nasz plażowy namiot do samej ziemi. Wykąpałem się w morzu, Marysia i Leon pobawili się na plaży. Felicja spała w przyczepce i gdy tylko się obudziła zaczęła płakać. Nie podobał jej się ten silny wiatr. Po półtorej godzinie zmyliśmy się z powrotem. Zjedliśmy jeszcze gofry oferowane w cukierni przy plaży. Zastąpiły nam tego dnia kolację. Z powrotem wróciliśmy przez Lubiatowo objeżdżając miejsca gdzie w trakcie kilku ostatnich lat spędzaliśmy wakacje stacjonarnie. Widać było jak na przestrzeni czasu liczba turystów znacząco wzrosła. Było to zapewne efektem wybudowania drogi łączącej obie miejscowości z nowym parkingiem usytuowanym zaraz przy plaży.

Plaża w Kopalinie

Po powrocie na pole namiotowe zabrałem dzieci na pomost. Stało tu kilku chłopców łowiących ryby. Jeden łapał „skarby”. Zarzucał do jeziora magnes o dużej mocy, przymocowany do liny i przyciągał z dna metalowe przedmioty, które wpadły do wody. Gdy siedziałem z dziećmi, Ola dopakowywała ostatnie sakwy na jutrzejszy start. Spać położyliśmy się około 2100.

Dzień 17: Kopalino – Chłapowo, 47 km

Wstałem nieco wcześniej niż reszta rodzinki. Ziemia była mokra od rosy, ale tropik namiotu był suchy. Zawiesiłem sakwy na rowerowych bagażnikach. Gdy reszta się obudziła zjedliśmy śniadanie. Następnie zapakowałem sakwę z rzeczami kuchennymi. Ola spakowała śpiwory a ja złożyłem namiot. Podjechaliśmy jeszcze do recepcji by opłacić noclegi. Koszt za jedną noc wypadał 66 zł. Za auto dodatkowo po 8 zł. Biorąc pod uwagę, że było tu w miarę bezpiecznie pozostawiliśmy je na kempingu na czas przejazdu trzeciej części wyprawy.

Pole opuściliśmy po 1000. Kolejnego dnia zapowiadano pogorszenie pogody oraz deszcze. Postanowiłem, że zrobimy dziś dystans z dwóch zaplanowanych dni, czyli odcinki Kopalino-Dębki i Dębki-Chłapowo. W porównaniu do pofałdowanego Pojezierza Drawskiego trasa była łatwa, nawierzchnia też dużo lepsza. To był dobry pomysł, pierwsze 20 kilometrów pokonaliśmy w półtorej godziny bez większych postojów. Dzieci jechały bez problemów. Widać było, że są już zaprawione po poprzednich dwóch etapach wyjazdu. W Białogórze wjechaliśmy na teren Nadmorskiego Parku Krajobrazowego ciągnącego się aż do Władysławowa. W Dębkach zjedliśmy po zupie pomidorowej. Odcinek do Karwi, prowadzący w większości lasem, też pokonaliśmy dość szybko.

Nowy odcinek szlaku EuroVelo 10 przed Szklaną Hutą
Tuż przed Białogórą
Replika kamienia granicznego II Rzeczypospolitej w Dębkach, w tle rzeka Piaśnica
Centrum Karwi z typowym dla większości nadmorskich miejscowości bałaganem architektonicznych

Tutaj pojawiły się pierwsze oznaki znudzenia u Leona i Marii. Na szczęście w zanadrzu miałem małą niespodziankę. Ponowne wejście do motylarni. Tym razem ja wszedłem z dziećmi do namiotu, w który było bardzo ciepło i wilgotno. Ola została na zewnątrz. W pomieszczeniu odtworzono warunki tropikalnych lasów. Pomiędzy nami latały kolorowe motyle. W tym czasie przewodniczka opowiadała nam ciekawostki o tych kolorowych owadach. Część rzeczy dzieci wiedziały już z poprzedniej motylarni w Niechorzu, ale były też nowe, nieznane ciekawostki. Dowiedzieliśmy się na przykład, że wszystkie ćmy, podobnie jak pewne okazy dziennych motyli, nie posiadają aparatu gębowego. Żyją krótko, do 7 dni, za pożywienie musi im wystarczyć, to co zjedzą w stadium larwy czyli gąsienicy. Marysia dostała na pamiątkę wylinkę motyla, która na prośbę córki zaanektowała jeden z naszych bidonów do końca wyjazdu.

Motyle były na tyle oswojone, że nie bały się odwiedzających
Parthenos sylvia, z uwagi na ubarwienie zwany jest Latającym Tygrysem
Caligo memnon, zwany motylem sowim, prostuje i suszy skrzydła po opuszczeniu wylinki

Pamiętałem, że odcinek drogowy łączący Karwię oraz Jastrzębią Górę jest bardzo ruchliwy a droga biegnąca lasem przypomina bardziej leśną ścieżkę. Z tego powodu objechaliśmy ten fragment przez Ostrowo poruszając się po pieszym Szlaku Nadmorskim Zatokowym oznaczonym kolorem niebieskim. Gruntowa droga prowadziła wzdłuż wzniesienia o nazwie Kępa Ostrowska. Poza kilkoma pieszymi turystami ruch był żaden. Gdy dojechaliśmy do granicy Jastrzębiej Góry okazało się, że w kierunku Karwi, koło cieku wodnego oznaczonego na mapie jako Czarna Woda, prowadzi nowiutka droga rowerowa. Szkoda, że nie wiedziałem o niej wcześniej. Na początku Jastrzębiej czekał nas ostry podjazd. Potem lawirowaliśmy ulicami biegnącymi pomiędzy domkami jednorodzinnymi a apartamentowcami. W Rozewiu zrobiliśmy trzeci odpoczynek tego dnia. Ola weszła z Marysią i Leonem na latarnię. Ja zostałem z Felicją na dole. Zgodnie z regulaminem, dzieci do lat 4 nie mogą brać udziału w zwiedzaniu większości tego typu obiektów.

Droga, na której wyznaczony jest szlak Nadmorski Zatokowy
Jeszcze chwila i wjedziemy do Jastrzębiej Góry
Lampa latarni morskiej na Rozewiu

Po odpoczynku i posileniu się czymś słodkim wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy dalej na wschód. Do Chłapowa, w którym znajdowała się dobra baza noclegowa, pozostały 4 kilometry jazdy po nowej, asfaltowej drodze rowerowej. O 1700, po przejechaniu 47 kilometrów, zameldowaliśmy się na kempingu Horyzont. Miejsce było czyste a zagospodarowanie terenu przemyślane w każdym calu. Nowe toalety i natryski z ciepłą wodą, pomieszczenie z zapleczem kuchennym a nawet pralnie z suszarkami do ubrań. Pracownik recepcji zaproponował nam miejsce w pierwszej linii z ogrodzeniem, za którym rozpościerał się widok na morze. To wszystko w cenie 92 zł. Lepiej być nie mogło.

Taki widok mieliśmy na kempingu Horyzont w Chłapowie

Gdy Ola przygotowywała naszą obiadokolację, dzieci szalały na pobliskim placu zabaw z nowo poznanymi rówieśnikami. Nie było po nich widać śladu zmęczenia po przejechaniu 47 kilometrów, które stanowiło ich dotychczasowy dzienny rekord. Wieczorem wszyscy wzięliśmy porządną kąpiel pod prysznicami. Ola zrobiła też szybką przepierkę brudnych rzeczy. Niestety gdy tylko położyliśmy się spać zaczęło kropić i musiałem rozwiesić mokre rzeczy częściowo w namiocie a częściowo pod plandeką na rowerach. Prognozy niezmiennie zapowiadały większe opady w drugiej połowie jutrzejszego dnia. Zastanawiałem się czy to już koniec dobrych warunków pogodowych jakie do tej pory mieliśmy.

Dzień 18: Chłapowo – Jastarnia, 26 km

Wiatr, który wzmógł się minionego wieczoru dawał o sobie znać przez całą noc. Bliskość klifu powodowała, że szum morza był słyszany mocniej niż na wcześniejszych kempingach. Ewidentnie nadchodziła zmiana pogody. Z rana świeciło słońce, po niebie pędziły chmury. Po 1600 zapowiadane były opady deszczu, które miały potrwać kilka godzin. Po wczorajszym, wydłużonym odcinku, mieliśmy dzień zapasu, który moglibyśmy wykorzystać na wypadek pogorszenia pogody. Korzystając z obecności dobrego zaplecza kuchennego, Ola przygotowała pyszne śniadanie: naleśniki na słodko i grzanki. Ja w tym czasie zwijałem obóz.

Platforma widokowa na kempingu Horyzont, w tle przylądek Rozewie
Widok na plażę w Chłapowie

Wyjechaliśmy po 1000. Wiał mocny, południowo-zachodni wiatr. Tłumy turystów we Władysławowie, które przecinaliśmy główną arterią, nie były dla nas zaskoczeniem. Pierwszą atrakcją dnia było wesołe miasteczko. Marysia bardzo chciała przejechać się na diabelskim młynie. Mimo panujących warunków atrakcja była czynna i już po chwili wisieliśmy w powietrzu podziwiając panoramę okolic ze szczególnym uwzględnieniem Mierzei Helskiej. Dzieci skorzystały jeszcze z kilku atrakcji i ruszyliśmy dalej.

Na diabelskim młynie we Władysławowie
Widok w kierunku Mierzei Helskiej

Droga do Chałup a następnie Kuźnicy wiodła po dość wysłużonej kostce brukowej będącej jednocześnie chodnikiem i drogą dla rowerów. Mimo to jechało się dobrze, młodsza część rowerzystów była zadowolona z tego, że teren jest płaski. Na odkrytych fragmentach trasy, tam gdzie było widać zatokę, boczny wiatr nieco utrudniał jazdę, próbując zepchnąć nas z drogi. Szczęśliwie dla nas, większość szlaku prowadziła w otoczeniu kempingów, drzew lub zabudowań. Przed Jastarnią postanowiliśmy podjechać i obejrzeć z bliska Ośrodek Oporu Jastarnia stanowiący zespół fortyfikacji, mający na celu ochronę Rejonu Umocnionego Hel od strony lądu. Ola zakupiła bilety i zwiedziła z dziećmi wnętrze schronu Sabała. Ja w tym czasie zapoznałem się z jego historią opisaną na planszy przed wejściem, jednocześnie doglądając nasze rowery. Na Rodzinne pole namiotowe w Jastarni dojechaliśmy po 1500. Kameralny, niewielki kemping poza zlewem i czajnikami nie posiadał zaplecza kuchennego, ale na terenie i w sanitariatach było czysto. Dodatkowo znajdowało się tu specjalne miejsce gdzie można było w cenie pobytu doładować elektronikę. Postanowiłem to wykorzystać zostawiając na noc część sprzętu podłączoną do gniazdek. Koszt pobytu to 100 zł. Dość dużo, ale w tym przypadku w cenę wliczona jest popularność Mierzei Helskiej.

Zatoka Pucka na wysokości Chałup, tego dnia warunki pogodowe były idealne do uprawnia sportów wodnych
Zbliżamy się do Kuźnicy, wiatr z ukosa popychał nas w kierunku wschodnim
Stanowisko strzelnicze w schronie Sabała
Lekki schron bojowy

Niebo robiło się coraz ciemniejsze, wiatr się wzmagał. Według prognoz wiał w porywach do 80 kilometrów na godzinę. Z pomocą całej rodziny udało nam się rozstawić namiot, schować do niego bagaże i zabezpieczyć rowery. Niedługo potem zaczęło padać. Niewielki deszcz trwał jednak krótko. Schowaliśmy się w namiocie a po pół godzinie wyszliśmy zrobić obiad. Zamykając zewnętrze wejście do namiotu, zauważyłem około pięciocentymetrowe rozdarcie przy szwach do suwaka. Nie była to dobra informacja. Drugi sezon namiotu i już takie usterki. Jak widać namiot MSR Elixir 4, należący do tych lżejszych, nie do końca był dobrą opcją dla rodzin z małymi dziećmi.

Po posiłku udaliśmy się spacerem do miasto na coś słodkiego. Poza lodami, które może nie były odpowiednie przy takiej aurze, spałaszowaliśmy także rzemieślnicze pączki. Za torami, idąc w kierunku morza, znajdował się park linowy Tarzan. Ponieważ Maria i Leon miały już kiedyś obiecaną tę atrakcję, a było trochę czasu, pozwoliliśmy im na przejście trasy dostosowanej do ich wzrostu. Po przekroczeniu pierwszych przeszkód ponownie zaczęło siąpić. Tor był rozwieszony na drzewach, które nieznaczenie chroniły je przed zmoknięciem. Po zejściu na ląd, ubraliśmy im peleryny przeciwdeszczowe. Nasze włożyliśmy wcześniej. Postanowiliśmy podejść jeszcze na plażę. Deszcz znowu trwał tylko kilkanaście minut, ale robotę zrobił dobrą. Plaża była pusta, tylko dla nas. To był w zasadzie jedyny raz kiedy podczas 4 tygodni wyjazdu założyliśmy płaszcze. Plażę opuściliśmy wejściem numer 52 położonym w pobliżu naszego kempingu.

Jastarnia, parku linowy Tarzan
Deszcz sprawił, że przeszkody były jeszcze trudniejsze do przejścia
Pierwszy i ostatni raz podczas miesięcznej podróży, kiedy założyliśmy płaszcze

Pod wieczór Ola, korzystając z podręcznego zestawu do szycia oraz kawałka materiału ze znalezionego pokrowca od parasolki, naprawiła rozdarcie w namiocie. Robota była na tyle skuteczna, że namiot nie przeciekał w tym miejscu. Wiatr był cały czas mocny. Wewnątrz naszego schronienia można się było poczuć jak na morzu. Powietrze targało w każdą stronę nawet wewnętrznymi ściankami sypialni. Co jakiś czas trochę kropiło, ale raczej niewiele w porównaniu z tym co zapowiadano. Druga połowa sierpnia to w zasadzie koniec sezonu i taka pogoda jest jak najbardziej normalna. Plusem było to, że w dzień było w miarę ciepło bo około 20 stopni. No i opady jak już występowały, były krótkie i skąpe. Nie było burz, których obawiała się Ola. Po wieczornej toalecie pograliśmy jeszcze w karty i przeczytaliśmy kolejny fragment książki z podróżnej biblioteczki. Wiatr dość szybko ukołysał nas do snu.

Dzień 19: Jastarnia – Hel, 25 km

Kolejny dzień powitał nas silnym wiatrem. Nocne podmuchy uderzające w namiot poluzowały taśmy łączące tropik ze śledziami wbitymi w ziemię. Efekt był taki, że luźny materiał tropiku spoczywał na ściance sypialni, która nasiąknęła wodą w kilku miejscach. Pogoda nie była najlepsza, ale perspektywa siedzenia cały dzień w namiocie o wymiarach przeszło 2 na 2 metra, z trójką aktywnych dzieci, pomogła podjąć decyzję by jechać dalej. Dziś ponownie zapowiadali opady. Liczyliśmy jednak na szczęście, które do tej pory nas nie opuszczało. Ostatecznie okazało się, że decyzja była słuszna. Zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy namiot i z trudem zwinęliśmy namiot. Maria z Leonem nam pomagali. Wiatr nie robił na nich wielkiego wrażenia, dopóki nie wiał w twarz podczas jazdy.

Kemping opuściliśmy po 1000. Dalsza droga wiodła niemal cały czas przez las dzięki czemu wiatr nie uprzykrzał nam podróży. Po 2 kilometrach wjechaliśmy do Juraty. Zaliczyliśmy molo, podjechaliśmy też do starej wieży obserwacyjnej. Na otwartym morzu widać było ogromne, jak na nasze morze, spienione bałwany przetaczające się na wierzchołkach fal. Przy wyjeździe z miasta Marysia znalazła na trawniku banknot stu złotowy.

Molo w Juracie, mewy wskazywały kierunek, z którego wiał wiatr
Molo w Juracie

Do miejscowości Hel prowadziła nowo przygotowana, szutrowa droga rowerowa. W niektórych miejscach pagórkowata, chociaż to dodawało jej uroku. Jedyne do czego można było mieć zastrzeżenia, to że prowadziła w niedużej odległości od ulicy, z której dochodził smród spalin. Na początku Helu podjechaliśmy na stację PKP. Chciałem rozeznać się w możliwości powrotu kolejnego dnia do Władysławowa za pomocą kolei, by nie dublować tej samej trasy. W te wakacje ograniczono ilość składów przewożących rowery raptem do czterech. Zapytałem obecnego na peronie konduktora jak wygląda miejsce do przewozu rowerów. Okazało się, że po pierwsze wagony nie są niskopodłogowe. Po drugie, pomiędzy drzwiami znajduje się słupek przez który musiałbym zdjąć wszystkie sakwy z rowerów i złożyć przyczepkę. Z kolei wewnątrz pociągu potrzebowałbym to wszystko przenieść do specjalnego przedziału. Biorąc pod uwagę, że Ola pilnowałaby w tym czasie dzieci, całą operację dla 4 rowerów, przyczepki i wszystkich sakw musiałbym wykonać sam. Stwierdziliśmy, że prościej będzie jednak wrócić tą samą drogą na rowerach.

Duża część nowej drogi dla rowerów przebiegała niestety wzdłuż ulicy
Las w okolicy Helu, podjazdów też nie brakowało

Przejeżdżając głównym deptakiem miejscowości, ulicą Wiejską, zatrzymaliśmy się w jednej z restauracji na obiad. Czekając na posiłek sprawdziłem co z zapowiadanym deszczem i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że dziś już nie będzie padać. Pojawiło się nawet słońce i zrobiło się całkiem przyjemnie, chociaż wiatr nie dawał za wygraną. Po jedzeniu udaliśmy się do portu przyjrzeć się z bliska zacumowanym w nim jednostkom. Przejeżdżając koło falochronów, raz po raz rosiła nas słona woda z fal, które rozbijały się o betonowe konstrukcje zabezpieczające basen portu. Potem podjechaliśmy do symbolicznej tablicy informującej o znajdującym się w tym miejscu początku Polski. Było dużo ludzi przez co zrezygnowaliśmy ze wspólnego zdjęcia. Na koniec zajechaliśmy jeszcze pod latarnię morską i po odczekaniu w kolejce około pół godziny, zwiedziliśmy ją od środka.

Spienione fale uderzając o falochron tworzyły bryzę niesioną wiatrem na kilkanaście metrów
Basen portowy w Helu
W porcie, przy składzie sprzętu do połowów
Symboliczny początek Polski, tuż obok kamienia z wmurowaną tablicą, który oblegany był przez tłumy turystów
Wewnątrz latarni w Helu

Około 1900 znaleźliśmy się na polu namiotowym Helkamp. Było tutaj dużo obcokrajowców. W porównaniu do ośrodka Horyzont pole było trochę zabałaganione, ale z natrysków leciała ciepła woda no i dużym plusem był dostęp do kilku kuchenek z gazowymi palnikami znajdującymi się pod zadaszeniem. Obok stał się niewielki plac zabaw, który oblegała gromadka dzieciaków. Koszt pobytu to 80 zł, raczej adekwatny do zastanych warunków. Gdy Ola pichciła kolację, ja rozłożyłem namiot i wypakowałem sakwy z rowerów. Przed zapadnięciem zmroku zdążyliśmy też wykąpać trójkę najmłodszych uczestników wyjazdu. Przed snem udało mi się poleżeć 15 minut w hamaku po czym, podobnie jak na wyspie Sołtysiej na Pojezierzu Drawskim, zaczęło padać. Ściągnąłem schnące ręczniki oraz bieliznę, odpiąłem hamak, po czym wszedłem do namiotu i wcisnąłem się pomiędzy rozgrzane kokony ze śpiworów, w których spali pozostali uczestnicy podróży.

Dzień 20: Hel – Władysławowo, 41 km

Według prognoz do 1300 miało padać. Realnie do rana było ok, wiatr osłabł, deszczu nie było w ogóle. Sprawdzalność pogody w trakcie ostatnich kilku dni była niewielka. I całe szczęście. Ola zapakowała nasze rzeczy do sakw a następnie poszła z dziećmi przyrządzać śniadanie, ja zwinąłem namiot. Śniadanie zjedliśmy na ogólnodostępnej świetlicy, która pełniła także funkcję baru oraz sklepiku. Gotowość do wyjazdu osiągnęliśmy o 1100, ale w momencie jak dosiedliśmy rowerów zaczęło padać. Deszcz nie był wielki, ale mieliśmy jeszcze godzinę na opuszczenie kempingu. Przeczekaliśmy ją na świetlicy i kilka minut przed 1200 wyjechaliśmy w drogę powrotną do Władysławowa. Zahaczyliśmy jeszcze o centrum miejscowości by zrobić sobie zdjęcie przy pomniku Neptuna oraz obejrzeć kopię helskiej latarni morskiej wykonaną w całości z około 26 000 bursztynowych płytek.

Wiatr był już nieco słabszy, momentami wychodziło słońce. Droga do Jastarni szła całkiem sprawnie nie licząc sytuacji kiedy jadące na tyłach Ola i Marysia skręciły w złą drogę. Ponieważ dziewczyny nie nadjeżdżały poczekaliśmy z Leonem i Felą przy drodze rowerowej. Ola próbowała do mnie dzwonić, ale miałem włączony tryb samolotowy w telefonie. Po kilkunastu minutach dojechały i dostałem zalecenie byśmy jechali mając siebie w polu widzenia. Za Jastarnią pojawiły się odkryte fragmenty trasy i wiatr, który jeszcze dwa dni temu wiał nam z ukosa w plecy teraz wykierowany był także z ukosa, ale w twarz. Najtrudniej jechało się Leonowi ponieważ był najlżejszy a dodatkowo jechał przed Olą. W Kuźnicy zrobiliśmy postój na lody. Przy sklepie stały, oblegane przez młodzież, automaty z zabawkami. Nasze dzieciaki patrzyły jak drobniaki giną w otworach maszyn by chwilę potem wypluć plastikowe gadżety. Ich nowi właściciele w większości nie byli zadowoleni z tego co wypadało. Dzięki temu Maria z Leonem jeszcze mocniej utwierdzili się w przekonaniu, że pieniądze od dziadków jakie dostali na wakacje lepiej spożytkować w inny sposób.

Tym razem wiatr zacinający z ukosa nam przeszkadzał a dodatkowo niósł ze sobą swąd rozkładających się przy brzegu wodorostów

Przed Chałupami zatrzymaliśmy się jeszcze raz by skosztować jeżyn, którymi obwieszone były krzaki rosnące przy ścieżce dla rowerów. Słodkie owoce wszystkim nam smakowały, nawet Felicja zajadała je z apetytem. Ostatnie 5 kilometrów do początku Mierzei Helskiej minęło dość szybko. Otoczenie roślinności i kempingów sprawiało, że wiatr już nam nie dokuczał. Pierwszym miejscem we Władysławowie, do którego skierowaliśmy nasze koła było wesołe miasteczko gdzie zatrzymaliśmy się 2 dni temu. Teraz mieliśmy więcej czasu i mogliśmy zaliczyć więcej atrakcji. Dzieci też jakby odżyły i dostały nowej energii do zabawy.

Po 40 kilometrach jazdy nie brakowało siły na zabawę
Była też mała strzelanina
I pływanie w kanu

Około 1900 podjechaliśmy na oddalone o kilometr pole namiotowe Owocowy Sad. Na obiekcie było zaledwie kilka namiotów zajmujących niewielki procent terenu. Warunki były dobre, trawiaste podłoże, czyste toalety oraz świetlica z zapleczem kuchennym. Co prawda nie było kuchenki, ale za to do dyspozycji mieliśmy lodówki oraz sporą salkę ze stołami i ławami. Cena za nasz komplet wyniosła 73 zł. Po wyładowaniu rzeczy i ustawieniu namiotu przystąpiliśmy do przygotowania obiadokolacji. Ola ugotowała na podręcznym palniku zupę pomidorową. Chociaż polewka wyszła lekko rozwodniona to zniknęła w mgnienia oku, ze strony dzieci pojawiły się nawet prośby o kolejne dokładki.

Minął 4 dzień jazdy pod rząd. Średni dystans wynosił 35 kilometrów. Postanowiliśmy, że póki nie wystąpią całodzienne opady będziemy jechać dalej by jak najszybciej osiągnąć cel. Po posiłku i toalecie poszliśmy do namiotu. Leon z Felicją zasnęli bardzo szybko. Marysia chciała jeszcze zobaczyć jak wygląda wesołe miasteczko w nocy, rozświetlone tysiącami lampek, które było widać między dachami domków jednorodzinnych. Poszedłem z nią i po skorzystaniu z kilku atrakcji wróciliśmy z powrotem do namiotu, w którym wszyscy smacznie spali.

Dzień 21: Władysławowo – Rewa, 32 km

Wstaliśmy po 800, później niż zwykle. Po zapakowaniu sakw, Ola zabrała dzieci i poszła do sklepu po prowiant na śniadanie. Ja złożyłem namiot i zapakowałem rowery. Potem zjedliśmy posiłek i około 1200 ruszyliśmy na południe drogą rowerową EuroVelo 10 w kierunku Pucka. Początkowo poruszaliśmy się przy granicy rezerwatu Słone Łąki. W Swarzewie czekał nas jeden większy podjazd, potem droga wiodła w większości po płaskim lub lekko w dół. Poruszaliśmy się zaraz przy granicy Nadmorskiego Parku Krajobrazowego. W Pucku weszliśmy na molo, w połowie którego postawiona była konstrukcja mieszcząca lokale gastronomiczne z ogródkami. Na rynku zajrzeliśmy do galerii Puck Glass z przedmiotami wykonanymi ze szkła. Na obiad poszliśmy do pobliskiego baru.

Krówki, zaraz obok rezerwatu Słone Łąki
Droga w dużej części prowadziła wzdłuż granicy Nadmorskiego Parku Krajobrazowego
Sprawdzamy na mapie skąd przyjechaliśmy i gdzie jeszcze jedziemy
Artystyczne wyroby w hucie szkła PuckGlas
Rynek w Pucku

Po odpoczynku wróciliśmy z powrotem na odcinek EuroVelo 10 by dojechać na punkt widokowy Klif Pucki. Obok tutejszego MOR’u znajdowały się schody prowadzące na wąską plażę, skąd rozciągał się widok na Zatokę Pucką. Dzieci w ramach odpoczynku zbierały szkiełka i kamyki o ciekawych kształtach. Dno było płytkie, w okolicy pływały niewielkie żaglówki, zapewne z pobliskich szkółek żeglarskich. Miejsce idealne do nauki wszelkiego rodzaju sportów wodnych gdzie siłę napędową stanowi wiatr. Z tego miejsca powinniśmy się cofnąć na szlak rowerowy, jednak jechał on okrężną drogą, więc pojechaliśmy skrótem. Podczas planowania trasy oglądałem to miejsce na zdjęciach satelitarnych i wyglądało, że powinno się dać przejechać rowerami wzdłuż niebieskiego szlaku Krawędzią Kępy Puckiej. Z początku jechaliśmy wąską ścieżką, jednak z uwagi na ciągniętą przeze mnie przyczepkę musiałem zjechać na pole, z wyjeżdżoną przez traktory drogą. Po chwili szlak wspinał się stromo na klif. Ciężko byłoby tam wprowadzić rowery więc wybraliśmy trasę przez pole, ale i tu pojawiło się większe wzniesienie. Z pomocą przyszły dzieci, które popychały ciągnięty przeze mnie rower z przyczepką. Później było już lepiej chociaż przed wjazdem do lasu rzucewskiego czekało nas sprowadzenie rowerów bo stromej ścieżce z korzeniami i luźną ziemią.

Plaża przy punkcie widokowym Puck Rozgard, powyżej klifu znajduje się też wiata dla rowerzystów z ławkami i stojakami
Gdzie teraz?
Wąski i stromy podjazd sprawił, że musieliśmy się ratować alternatywną drogą przez pole
A tu sprowadzamy rowery
Ostrożnie, jeszcze kilka metrów i wracamy na szlak

W tym miejscu wjechaliśmy z powrotem na szlak rowerowy i jakość drogi się polepszyła. W Rzucewie postanowiliśmy zrobić krótki postój dla dzieci bo zaczęły wykazywać pierwsze oznaki zmęczenia lub raczej znudzenia. Zatrzymaliśmy się przy parku kulturowym Osada Łowców Fok. Znajdowały się tu konstrukcje wykorzystywane niegdyś przez mieszkańców zasiedlających te tereny jeszcze w epoce kamienia, III-II tysiące przed naszą erą. Wśród nich były między innymi chata słupowa, piec garncarski czy pracownia kamieniarza. W między czasie uszczupliliśmy zapasy słodyczy wiezionych przez Olę.

Las Rzucewski
Rekonstrukcja chaty słupowej

Droga wyjazdowa z Rzucewa prowadziła piękną aleją lipową z XVII wieku. W Osłoninie odbiliśmy w lewą i po stromym zjeździe znaleźliśmy się na szutrowej drodze. Szlak rowerowy prowadził wzdłuż granicy Rezerwatu Beka. Płaski, pokryty soczysto zieloną trawą teren, poprzecinany był siecią kanałów. Nawierzchnia drogi zmieniła się na płyty betonowe, dodatkowo zaczęło lekko kropić. Brakowało tu miejsca gdzie można by się schronić przed opadami, więc przyspieszyliśmy tempo bo do kolejnego noclegu było już niedaleko.

Tutaj EuroVelo 10 prowadzi nas po betonowych płytach wzdłuż granicy rezerwatu Becka

Gdy pojawiły się pierwsze zabudowania Rewy deszcz ustał. Ponownie mieliśmy szczęście. Zatrzymaliśmy się przy jedynym polu namiotowym w najbliższej okolicy. Cennik kempingu Kotwica wskazywał na opłatę rzędu 110 zł. To najwięcej ile do tej pory zapłaciliśmy, ale wyboru nie było. Zajęliśmy ostatnie wolne miejsce pod namiot a recepcjonistka dopytywała czy nie chcielibyśmy zarezerwować także drugiej nocy. Był piątek, okazało się, że w weekend miały miejsce pokazy lotnicze Lotos Gdynia Aerobaltic. Wyjaśniło się dlaczego od dwóch dni nad naszymi głowami latały wojskowe odrzutowce wykonując przy tym różne ewolucje.

Kemping posiadał nowe sanitariaty i WC. Była też zadaszona kuchnia polowa z ławami, lodówką i kuchenką gazową. Dzieci ucieszyły się z placu zabaw. Po rozstawieniu namiotu i wypakowaniu sakw udaliśmy się na spacer na Cypel Rewski. Miejsce gdzie prądy morskie tworzą pas wąskiej mielizny ciągnący się między Rewą a Kuźnicą znajdującą się na Mierzei Helskiej. Głębokość wody na Rybitwiej Mieliźnie wynosi średnio około jednego metra a jej długość przeszło 10 kilometrów. Kolejnego dnia miał odbywać się Marsz Śledzia, którego trasa biegnie właśnie po tej mieliźnie. Widok był znakomity, chmury w połączeniu z zachodzącym słońcem tworzyły piękny spektakl. Marysia, Leon i Fela buszowały przy brzegu w poszukiwaniu ciekawych muszelek, kamyków i szkiełek, którymi miały zamiar po powrocie do domu ozdobić pamiątkowe kartki dla dziadków.

Cypel Rewski
Malowniczy zachód słońca na plaży w Rewie

Po powrocie na pole Ola przygotowała kolację w postaci pysznych grzanek. Dzieci zagrały w mini bilard a potem obejrzały kilka bajek na podwieszonym przy syficie telewizorze. Spać poszliśmy koło 2300.

Zaplecze kuchenne oferowało także bardziej rozrywkowe sprzęty

Dzień 22: Rewa – Sopot, 36 km

O godzinie 500 obudził mnie jazgot ptactwa wodnego dobiegający z graniczącego z kempingiem Rezerwatu Mechelińskie Łąki. Nie mogąc zasnąć poszedłem wziąć prysznic i zrobić przepierkę ubrań korzystając z pierwszych promieni słońca, które powinny przyspieszyć ich schnięcie. Gdy reszta ekipy już wstała, także poszła umyć się pod natryskami. Następnie Ola udała się z dziećmi po zakupy a potem przygotowała na śniadanie naleśniki.

Ponieważ widok rodziny z małymi dziećmi podróżującej z całym dobytkiem na rowerach od kempingu do kempingu był rzadkością, dużo osób zaczepiało nas by porozmawiać o tym jak to jest na takiej wyprawie, skąd jedziemy i jak dzieci znoszą taki sposób spędzania wolnego czasu. Nie inaczej było tym razem. Tuż przed wyjazdem podszedł do nas jeden z gości nocujący w kamperze. Wręczył nam broszurę w postaci książki zawierającej opis wypraw jakie między innymi i on organizuje w okolicach Bałtowa. Przedstawił się jako Generał Blacha. Rozmawialiśmy o mapach, o spędzaniu wakacji w naturze. Leon miał z kolei okazję zajrzeć do kampera i sprawdzić jak od środka wygląda domek na kółkach.

O 1200 opuściliśmy ośrodek udając się na południe w kierunku trójmiasta. Z uwagi na duży ruch aut jechaliśmy po chodniku wzdłuż ulicy prowadzącej przez Mosty i Pierwoszyno. Pokazy lotnicze, na których piloci śmigłowców, wojskowych odrzutowców oraz samolotów transportowych prezentowali swoje umiejętności rozpoczęły się już rano. Gdy dojechaliśmy do końca lotniska wojskowego w Babich Dołach w powietrzu krążyły 4 myśliwce wykonując skomplikowane ewolucje. Zatrzymaliśmy się by podziwiać możliwości maszyn i pilotów, którzy nimi sterowali. Pokazy zrobiły duże wrażenie na Leonie i Marysi. Fela w tym czasie spała niewzruszona w przyczepce, nie przeszkadzał jej nawet ryk wydawany przez odrzutowe silniki samolotów.

Pokazy lotnicze w okolicy lotniska wojskowego w Babich Dołach

Jadąc przez Obłuże dotarliśmy do przedmieść Gdyni. Felicja przebudziła się z drzemki więc zrobiliśmy mały odpoczynek. Zaparkowaliśmy przy miejscu odpoczynku rowerzystów. Naprzeciwko znajdował się terminal kontenerowy oraz miejsce cumowania promu pływającego do Karlskrony. Spożywając drugie śniadanie obserwowaliśmy jak olbrzymie suwnice przemieszczały kontenery. Po przerwie pojechaliśmy dalej, najpierw ulicą Janka Wiśniewskiego a potem skręciliśmy w Polską dojeżdżając na nabrzeże pilotowe koło Kapitanatu Portu Gdynia. W tym miejscu znajdowało się wejście do głównego portu. Nieopodal kotwiczył olbrzymi kontenerowiec, pomagały mu w tym 3 mniejsze jednostki pływające. Skala statków i wszystkich elementów portu robiła wrażenie nie tylko na najmłodszych. Podjechaliśmy także na Skwer Kościuszki gdzie zacumowane były dwa znane statki, okręt wojskowy ORP Błyskawica oraz żaglowiec Dar Pomorza. Ola z dziećmi weszli na pokład tego drugiego by zwiedzić udostępnione w nim pomieszczenia. Mi tym razem przypadła rola stróża.

Bałtycki Terminal Kontenerowy w Gdyni
Cumowanie wielkiego kontenerowca do nabrzeża portu w Gdyni
Rzut okiem na mapę, orientacja w terenie jest ważna
ORP Błyskawica i Dar Pomorza „zaparkowane” przy Skwerze Kościuszki w Gdyni
Na końcu Skweru Kościuszki
Jedna z sali udostępnionych do zwiedzania na żaglowcu Dar Pomorza
Wspólne zdjęcie u steru

Było już po 1600, na miejsce kempingu został jeszcze kawałek a chcieliśmy jeszcze zjeść obiad w jednej z sopockich restauracji. Jadąc drogą dla rowerów wzdłuż wybrzeża zatoki dojechaliśmy do Polanki Redłowskiej. Dalsza część szlaku prowadziła przez teren rezerwatu Kępa Redłowska. Stromy wjazd piął się coraz wyżej i wyżej. Ola z dziećmi zostali z tyłu i wpychali rowery, mi udało się pokonać to wzniesienie na rowerze. Na górze wyjechaliśmy w Redłowie gdzie zrobiliśmy krótki odpoczynek. Następnie zjazd wąskimi uliczkami do Orłowa, w którym musieliśmy ominąć część szlaku rowerowego na wysokości Parku Kolibowskiego z uwagi na odbywającą się w tym miejscu imprezę zamkniętą.

Stromy podjazd w rezerwacie Kępa Redłowska
Dalsza część podjazdu, którą udało się Leonowi podjechać
Molo w Orłowie

W końcu osiągnęliśmy Sopot, wraz z nim pojawiły się też tłumy turystów. Dotyczyło to także ścieżek rowerowych, na których teraz trzeba było zachować szczególną ostrożność. Po dojechaniu na plac Przyjaciół Sopotu, w centralnym miejscu miasta, udaliśmy się do meksykańskiej restauracji gdzie już kiedyś jedliśmy. Dania były smaczne toteż szybko zniknęły w naszych brzuchach. Niewiele dalej znajdował się kemping Park 45, na którym zameldowaliśmy się około 2000. Po rozbiciu namiotu i szybkiej toalecie położyliśmy się spać. Wieczory były coraz chłodniejsze. Kolejnego dnia mieliśmy do zaliczenia nieco dłuższy odcinek uwzględniający przejazd przez Gdańsk, który z uwagi na liczne atrakcje, sam w sobie mógłby wydłużyć czas przejazdu.

Dzień 23: Sopot – Wyspa Sobieszewska, 42 km

Po standardowych obrządkach wykonywanych z rana, kemping opuściliśmy około 1000. Ola z Marysią chciały obejrzeć stoiska z bursztynem ustawione nieopodal wejścia na sopockie molo, z tego powodu cofnęliśmy się nieco ponad kilometr drogą, którą wczoraj już jechaliśmy. Dziewczynom udało się znaleźć upatrzoną biżuterię, więc do kolekcji zgromadzonych w trakcie wyjazdu skarbów i pamiątek dołączyły także wyroby z bursztynu.

Dawna latarnia morska w Sopocie, od czasu zmniejszenia zasięgu światła do 7 mil morskich formalnie nie jest już latarnią morską
Fontanna na Skwerze Kuracyjnym w Sopocie

Po zmianie kierunku ruszyliśmy już w prawidłową stronę na południe. Podjechaliśmy na molo zachodnie w Gdańsku a następnie pod budynek latarni morskiego stojącej koło Kapitanatu Portu Gdańsk. Niewielki, ale ciekawy architektonicznie obiekt wybudowany w XIX wieku. Dzieciaki wbiły pieczątki w przedostatnie miejsca przeznaczone w paszportach na ten cel. Do otrzymania srebrnej odznaki miłośnika bliz brakowało im już tylko stempla z latarni w Krynicy Morskiej.

Widok z latarni morskiej w Gdańsku na Westerplatte
Rozładunek nowych aut, które przypłynęły do kraju drogą morską

Po zwiedzeniu budowli ruszyliśmy w kierunku centrum miasta. Jechaliśmy ścieżką dla rowerów wzdłuż drogi krajowej numer 91, mijając kilka popularnych miejsc w tym między innymi stadion piłkarski nawiązujący kształtem i kolorem do bursztynu, były też zabudowania Stoczni Gdańskiej. Zrobiliśmy krótki postój w parku Świętopełka gdzie znajdował się niewielki plac zabaw. Następnie, z trudem mijając tłumy turystów, objechaliśmy kilka wąskich uliczek w tym popularną ulicę Mariacką. Na obiad zatrzymaliśmy się w pizzerii Sempre zlokalizowanej koło Motławy, po drugiej stronie od Filharmonii Bałtyckiej. Obsługa poinformowała nas, że czas oczekiwania na zamówienie może być wydłużony. Ola podeszła z dziećmi na gdańską karuzelę, tłumnie obleganą przez dzieci. Cena 12 zł od osoby za 3 minuty jazdy to sporo, ale w końcu to wakacje. Po obiedzie ruszyliśmy w kierunku Zielonego Mostu, którym przedostaliśmy się na Wyspę Spichrzów.

Stary dźwig w Stoczni Gdańskiej
Karuzela Gdańska
W oczekiwaniu na obiad uzupełniam dziennik wyprawy
Zwodzona kładka na Ołowiankę
Polska Filharmonia Bałtycka im. Fryderyka Chopina w Gdańsku
Bazylika Mariacka Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Gdańsku

Następnie wjechaliśmy na drogę rowerową prowadzącą na Wyspę Sobieszewską. Przecinając pod tunelem drogę krajową numer 89, błędnie pojechaliśmy prosto zamiast skręcić w prawo przez co kawałek drogi do Przejazdowa musieliśmy pokonać ruchliwą ulicą. Całe szczęście miała dość szerokie pobocze oddzielone od głównej jezdni linią ciągłą. Na wysokości sklepu Makro włączyliśmy się już na drogę dla rowerów. Dzieci, a szczególnie Leon, były już trochę zmęczone. Od przejazdowa czekało nas kilka kilometrów nowej, asfaltowej ścieżki rowerowej. Minusem było umiejscowienie jej zaraz obok ruchliwej drogi numer 501.

Po przekroczeniu mostu na Martwej Wiśle znaleźliśmy się na wyspie w Sobieszewie. Sama wyspa powstała w sposób sztuczny. W 1895 roku wykopano nowe koryto Wisły, którym obecnie rzeka uchodzi do morza. Jej pierwotna część otrzymała nazwę Martwa Wisła. Zatrzymaliśmy się w pierwszym napotkanym sklepie i zakupiliśmy lody, które dość szybko ożywiły i postawiły na nogi młodych rowerzystów. Na miejsce zaplanowanego noclegu pozostało jeszcze około 4 kilometry, które minęły dość szybko. Kemping Orlinek położony był w lesie na dużym, ogrodzonym terenie. Poza częścią namiotową można też było wynająć niewielkie domki. W centralnej części ośrodka znajdowały się nowe sanitariaty, była też porządna kuchnia oraz jadalnia. Dzieci z kolei ucieszyły się z placu zabaw obok, którego rozbiliśmy nasz namiot. Koszt noclegu wynosił 94 zł.

Po rozładunku sakw i rozbiciu namiotu, Ola przyrządziła grzanki. Marysia, Leon i Felicja w między czasie korzystały z placu zabaw. Ponieważ był oświetlony, zabawa trwała nawet po zapadnięciu zmroku. Spać poszliśmy późno, przed snem ułożyłem się jeszcze w hamaku przeglądając zdjęcia z ostatnich 3 tygodni wyjazdu. Blisko tysiąc fotografii stanowiło doskonały materiał obrazujący naszą przygodę. Zasnąłem gdzieś po 2400.

Okazało się, że 42 kilometry przejechane na rowerach to jeszcze za mało by nie mieć sił na plac zabaw

Dzień 24: wyspa Sobieszewska – Stegna, 24 km

Według regulaminu teren ośrodka powinniśmy opuścić do 1100. Wstaliśmy wcześniej i dość szybko się ogarnęliśmy. Mimo to dodatkowe drobne czynności jakie pojawiły się w między czasie jak przepierka brudnych ubrań czy zmycie naczyń po śniadaniu sprawiły, że wyjechaliśmy po 1100. Trzeba przyznać, że nikt nas z tego powodu nie ścigał.

Kilometr dalej w kierunku Mikoszewa, w wynajętych domkach, przebywali nasi znajomi z Warszawy. Umówiliśmy się z nimi na wspólne plażowanie. Rowery oraz cały bagaż zostawiliśmy u nich na kwaterze. Nad morze poszliśmy piechotą. Na plaży było pusto. Poza naszą ekipą były jeszcze dwie czy trzy inne rodziny. To śmieszne, ale na takiej plaży w Gdańsku, ludzie wydzielali parawanami kilkumetrowe skrawki terenu by móc rozłożyć koc podczas, gdy tu na Wyspie Sobieszewskiej, na którą można dojechać z centrum Gdańska komunikacją miejską, mieliśmy praktycznie nieograniczoną ilość miejsca i spokój. Oddawaliśmy się plażowym zabawom, nie przeszkadzał nam mroźny, północno wschodni wiatr. Słońce łagodziło jego działanie.

Zabawy na plaży

Po 1400 wróciliśmy po rowery i odjechaliśmy w kierunku Świbna, poruszając się cały czas drogą dla rowerów. W tym miejscu musieliśmy przeprawić się na drugą stronę Wisły do Mikoszewa. Prom wypływał z lewego brzegu o pełnej godzinie. Gdy zajechaliśmy na miejsce właśnie podpływał na naszą stronę. Po ustawieniu sprzętu na pokładzie uiściliśmy opłatę 20 zł, po 5 zł za osobę z rowerem (przyczepka z Felą została wliczona do mojego biletu). Jednocześnie pani z obsługi zapytała czy mamy zamiar wracać tego samego dnia. Poinformowała też, że jeżeli wiatr przybierze na sile prom może zawiesić kursowanie. Kierunek wiatru sprawiał, że tworzyła się tak zwana cofka wiatrowa. Zjawisko polegające na podwyższeniu lustra wody, powstałego w wyniku działania silnych wiatrów, które wpychały wodę z morza w głąb rzeki. Fale były duże, łódź pełniąca funkcje napędu dla promu bujała się niebezpiecznie na wszystkie strony.

Przeprawiamy się na pokładzie promu do Mikoszewa

Po drugiej stronie rzeki, zaraz za wałem przeciwpowodziowym, skręciliśmy w lewo, w kierunku trasy EuroVelo 10, która po tej stronie wybrzeża wiodła w większości lasem. Droga wyłożona była ubitym szutrem, jechało się po niej bardzo dobrze. Dużym plusem było to, że poprowadzona była z dala od zabudowań oraz ulic. Pojawiły się też pomarańczowe tabliczki wskazujące kierunek jazdy oraz informację o liczbie kilometrów do kolejnych miejscowości. Nie spiesząc się, objeżdżając bokiem Jantar, dojechaliśmy do Stegny gdzie zatrzymaliśmy się na obiad. Po posiłku dzieci poszły grać w cymbergaja. Ola zrobiła zakupy spożywcze. Na dziś zaplanowałem nocleg w lesie.

Las w okolicy Stegny

Wsiedliśmy na rowery i udaliśmy się ulicą Morską w kierunku plaży. Na wysokości ulicy Spacerowej odbiliśmy w las i po przejechaniu kilku kilometrów, zaczęliśmy rozglądać się za miejscem, gdzie moglibyśmy rozbić namiot. Na zastanym obszarze wyznaczony był, przez lokalne nadleśnictwo, teren pod program Zanocuj w Lesie. Namiot ustawiliśmy nieopodal wejścia na plażę oznaczonego numerem 64. Żona nieco obawiała się spania w ten sposób, ale dzieciom ten pomysł bardzo się podobał, więc została przegłosowana. Ponieważ zmierzchało i jak to w lesie było ciemniej niż na kempingu, ułożyliśmy się w namiocie i poszliśmy spać. Około północy Ola obudziła mnie mówiąc, że ktoś świeci latarką na namiot. Faktycznie, na ścianach namiotu pojawiały się jaśniejsze plamy. Próbowałem sprawdzić przez wywietrznik czy ktoś się nie kręci po okolicy, ale bez skutku. Ostatecznie wychyliłem głowę z namiotu i kamień spadł mi z serca jak okazało się, że światło latarki jest w istocie blaskiem księżyca, który przebijając się przez poruszane silnym wiatrem drzewa rozjaśnia ścianki namiotu. Uspokojeni takim stanem rzeczy położyliśmy się spać, chociaż Ola spała bardziej w trybie czuwania.

Szukamy miejscówki do rozbicia namiotu
A morze tuż, tuż
Ola obawiała się czy nocleg w tym miejscu będzie bezpieczny
Ostatni spacer nad brzeg przed nocą

Dzień 25: Stegna – Krynica Morska, 32 km

Wstaliśmy około 700. Zaraz po zwinięciu namiotu oraz zapakowaniu rowerów ruszyliśmy dalej. Postanowiliśmy, że po tej nocy śniadanie zjemy w bardziej „cywilizowanym” miejscu. Na pierwszy posiłek zatrzymaliśmy się między Sztutowem a Kątami Rybackimi w miejscu odpoczynku dla rowerzystów. Zajęliśmy jedną z wiat i rozłożyliśmy nasz zestaw kuchenny by przygotować coś ciepłego i pożywnego. W trakcie gdy spożywaliśmy grzanki, jajecznicę na boczku oraz ciepłe mleko z płatkami, z nieba spadł niewielki, kilkunastominutowy deszcz. Czasami miałem wrażenie, że ktoś nad nami czuwa i zsyła opady wtedy gdy nie będzie to dla nas kłopotliwe.

Już po nocy
Pająk z rodziny krzyżakowatych
„Zawinięta” sosna

Najedzeni solidną porcją kalorii dosiedliśmy rowerów i pojechaliśmy w kierunku wschodnim, powoli odliczając ostatnie kilometry do osiągnięcia wyznaczonego celu. Od Sztutowa odcinek EuroVelo 10 prowadził po drodze leżącej na terenie Parku Krajobrazowego Mierzeja Wiślana. Zwiększyło się natężenie podjazdów, co wyraźniej komunikowały dzieciaki wrażliwe na każdą zmianę ukształtowania terenu. Nawierzchnia trasy była w większości dobra, ale zdarzały się miejsca, gdzie szuter był dość luźny i składał się z większych kamyków. Widokowo trasa była bardzo ciekawa. Roślinność miała soczystą, zieloną barwę. Było też dość pusto, nieliczni turyści poruszali się podobnie jak my, na rowerach jednak na lekko. Zrobiło się wyraźnie chłodniej, temperatura oscylowała w granicach 16-18 stopni. Lato dobiegało końca.

W okolicy Kątów Rybackich
Droga na terenie Parku Krajobrazowego Mierzeja Wiślana

Kolejny postój zrobiliśmy obok przekopu Mierzei Wiślanej. Podeszliśmy do punkty widokowego by zobaczyć postęp prac. Tor wodny do pierwszej ze śluz od strony otwartego morza był już prawie gotowy. Do Krynicy pozostało około 10 kilometrów. Pomimo dobrej drogi i mniejszej liczby podjazdów, nie było łatwo zmotywować dzieci do jazdy. Wiatr dmuchający na nas z ukosa w miejscach gdzie trasa prowadziła przy plaży nie pomagał. Na 3 kilometry przed miastem zrobiliśmy jeszcze jedną przerwę połączoną z konsumpcją ciasteczek. Od tego miejsca nawierzchnia zmieniła się na sztuczną, bitumiczną wylewkę w kolorze piaskowym. Komfort jazdy po tak przygotowanej drodze był wysoki i szybko dotarliśmy do pierwszych zabudowań Krynicy.

Przekop Mierzei Wiślanej
Zbliżamy się do Krynicy Morskiej
Ostatni odcinek przed Krynicą prowadził po gładkiej nawierzchni, idealnej pod jazdę na rowerach
A przed miastem ruch coraz większy

Pole kempingowe, na którym mieliśmy nocować świeciło pustkami a godzina wczesna więc pojechaliśmy zobaczyć okoliczne atrakcje. W pobliżu portu rozstawione było wesołe miasteczko, w którym Marysia i Leon skorzystały między innymi z kolejki górskiej czy przejazdu przez tunel z makietami dinozaurów. Potem pokręciliśmy się jeszcze koło przystani a następnie wdrapaliśmy się z rowerami na wzniesienie, na którym stała latarnia morska. Kolejka do wejścia była spora. Po odstaniu około pół godziny i opłaceniu biletów wstępu, dzieci wbiły pieczątki z ostatniej brakującej latarni. Uzbierały 13 stempli upoważniających do odebrania srebrnej odznaki Miłośnika Latarni Morskich. Tym samym uzyskały bezpłatny dostęp do części latarni na polskim wybrzeżu, biorących udział w całej akcji.

Maria i Leon na kolejce górskiej w lunaparku
Falochron w porcie morskim
Latarnia morska w Krynicy od środka
W wieżyczce latarni

Po wszystkim zajechaliśmy z powrotem na teren kempingu nr 179. W cenie 78 złotych było niewiele. Poza zlewem do naczyń nie było żadnego zaplecza kuchennego. Woda w łazienkowych umywalkach była zimna. Nie było nawet mydła z czy nie spotkaliśmy się do tej pory nigdzie. Co prawda pod prysznicem można było włączyć ciepłą wodę, ale wiązało się to z dodatkowymi opłatami. Jedynym plusem była niewielka odległość od plaży, na oko ze 100 metrów. Po rozbiciu obozu i upichceniu obiadu wybraliśmy się wspólnie na zachód słońca. Wiatr, który w terenie tłumiły drzewa, na plaży wiał z pełną mocą. Mimo to szum morza a także pusta plaża zachęcały do spaceru i kontemplacji. Wracając wstąpiliśmy jeszcze do sklepu po obiecane lody.

Plaża w Krynicy Morskiej
Chmurzasty zachód słońca
Pusto, prawie po sezonie

Przed pójściem spać Ola wykąpała pod prysznicem całą trójkę młodszej części naszej grupy. Potem położyliśmy się w naszych śpiworach. Zacząłem czytać trzecią książkę jaką przygotowaliśmy na wyjazd Sposób na Elfa, chwilę potem wszyscy już smacznie spali. Wyszedłem na zewnątrz i rozłożywszy się w hamaku, uzupełniłem notes o brakujące wpisy przedstawiające kluczowe momenty z ostatnich dni.

Dzień 26: Krynica Morska – Krynica Morska, 36 km

Cel podróży był coraz bliżej. Ponieważ kemping w Piaskach miał złe opinie a dystans do końca Mierzei Wiślanej był niewielki, uzgodniliśmy, że po dojechaniu do granicy państwa wrócimy z powrotem na to samo pole namiotowe. Po śniadaniu spakowaliśmy wszystkie sakwy na rowery. Nie chcieliśmy zostawiać tutaj naszych rzeczy. Chociaż pole było już opustoszałe baliśmy się ewentualnej kradzieży. Inna sprawa, że po blisko 4 tygodniach jazdy, byliśmy obyci z jazdą pod obciążeniem. Nie był to dla nas problem. Zostawiliśmy tylko rozbity namiot by nie musieć go ponownie rozkładać. Dzięki temu zamiast niego mogłem zabrać rzeczy z sakw Marysi, która jechała dziś na lekko.

Wyjechaliśmy koło 1000. Droga wiodła wąskim pasem lasu pomiędzy zalewem a otwartym morzem. Teren był płaski, nie było żadnych zabudowań. Miejscami pojawiało się słońce, ale mimo to temperatura nie przebijała granicy 20 stopni. Pierwszy postój zrobiliśmy na wysokości wsi Piaski. Stała tu nowiutka wiata przygotowana z myślą o rowerzystach podróżujących tą trasą. Nie czekając długo, wyciągnęliśmy palnik, patelnię i po chwili zajadaliśmy grzanki z żółtym serem. Kolejne 3 kilometry do granicy z Rosją minęły szybko. Szlaban pomalowany w czerwono białe pasy oraz tablica informacyjna były znakami, że cel został osiągnięty. Dokończyliśmy objazd wybrzeża, który rozpoczęliśmy w zeszłym roku. Zaliczyliśmy z dziećmi polski odcinek wybrzeża Bałtyku od Świnoujścia po Piaski.

Ostatnie kilometry do celu
Przerwa na grzanki
Dalej się już nie da, za nami cała, polska część wybrzeża Bałtyku
Na plaży też się nie przejdzie dalej

Drogę powrotną do Krynicy przejechaliśmy niemal ciągiem, z jednym krótkim postoje. Spieszyliśmy się ponieważ na drugą połowę dnia zapowiadany był deszcz. Od strony morza widać było jak ciemne chmury ciągną złowieszczo w naszym kierunku. Przed kempingiem zatrzymaliśmy się jeszcze przy sklepie by zrobić zakupy na obiad. Gdy zajechaliśmy na pole namiot stał gdzie go zostawiliśmy. Ola wzięła się za przyrządzenie posiłku, ja w tym czasie rozwiesiłem tarp by w razie większych opadów mieć dodatkowe schronienie i kawałek suchego miejsca gdzie dzieci mogłyby się bawić poza namiotem.

Powrót na pole namiotowe w Krynicy Morskiej

Pierwsze krople zaczęły padać gdy zajadaliśmy kiełbasę w sosie pomidorowym z kaszą kuskus oraz mizerią. Deszcze raz w mniejszym a raz większym natężeniu padał do kolejnego poranka. Wieczorem był na tyle intensywny, że szwy naszego namiotu zaczęły przepuszczać krople przez co woda dostawała się na ściankę sypialni i częściowo także na podłogę. Oparłem w tym miejscu sakwę by główna strużka spływała na zewnątrz pod dodatkową podłogę, jednak nie zapobiegło to w całości przedostawania się wody do wnętrza naszego schronienia. Po wieczornej toalecie oraz umyciu naczyń, co przy korzystaniu z zimnej wody nie było łatwe, poszliśmy spać z nadzieją, że jutro pojawi się jakieś okienko pogodowe pozwalające na dalszą jazdę.

Dzień 27: Krynica Morska – Wyspa Sobieszewska, 43 km

W nocy padało dość intensywnie. W kilku miejscach woda wpłynęła pod namiot. Na szczęście dodatkowa podłoga pod namiot o dużej odporności na wodę a także spód sypialni jej nie przepuściły. Za to ciągnęło mocniej chłodem od podłoża. Wewnątrz namiotu mieliśmy niewielką kałużę w miejscu gdzie sączyły się krople, które widzieliśmy wieczorem. Pod karimatami było jednak sucho. Woda zebrała się pod dwoma sakwami, które i tak były wodoodporne, więc rzeczy mieliśmy suche. Tropik, sypialnia, dodatkowa podłoga pod namiot i tarp były mokre. Co prawda przestało padać, ale słońce na tyle nieśmiało przedzierało się przez chmury, że rozwieszone elementy namiotu nie schły za szybko. Ostatecznie gdy zwijaliśmy je do worka były nadal wilgotne. Nie było czasu na kompleksowe suszenie. W między czasie zapakowaliśmy też sakwy i zjedliśmy śniadanie. Dziś mieliśmy wrócić na Wyspę Sobieszewską, dystans jaki pokonaliśmy wcześniej w dwa dni, z tym, że tym razem bez zwiedzania.

Nie licząc dwóch postojów na przeczekanie chwilowych opadów, dłuższy przystanek zrobiliśmy w Sztutowie. Za nami była połowa dzisiejszego dystansu i to ta bardziej pagórkowata. W miasteczku zatrzymaliśmy się na obiad w pizzerii. Ponownie zaczęło kropić. Rozłożyłem nad rowerami tarp, który zostawiliśmy na wierzchu bagażu wiedząc, że tego dnia trochę popada. Sami usiedliśmy pod parasolem w restauracyjnym ogródku. Podczas posiłku okazało się, że dostaliśmy pizzę w większym rozmiarze niż zamówiliśmy, przy czym obsługa uznała to za swój błąd i nie chciała dopłaty. Nie udało nam się zjeść wszystkiego i część posiłku spakowaliśmy do papierowego pudełka. W między czasie przestało padać i mogliśmy jechać dalej.

Dogrzewanie słońcem ocieplało lekko atmosferę
Fragment szlaku poprowadzony zaraz przy plaży
Las paproci
Na budowie praca wre
Przed Sztutowem

Kolejne kilometry prowadzące lasami w okolicach Stegny, Junoszyna i Jantaru aż do Mikoszewa minęły bardzo szybko. Teren był płaski i dzieciom jechało się dobrze. Trasa była pusta więc niemal cały czas jechaliśmy koło siebie rozmawiając na różne tematy. Gdyby nie potrzeba powrotu do szkoły i do pracy moglibyśmy tak zwiedzić cały kraj. Był to 11 dzień z rzędu przekręcony na rowerach. Podczas 3 etapu przejechaliśmy ponad 400 kilometrów. Od początku miesiąca wyszło około 750 kilometrów.

Skręcamy w główną drogę do Mikoszewa
Zabawa w rozjeżdżanie kałuż
Przed Mikoszewem

Po przekroczeniu Wisły na pokładzie promu, zatrzymaliśmy się na jej lewym brzegu w Świbnie. Uzupełniliśmy zapasy wody w jednym ze sklepików i zjedliśmy lody. Jeszcze 5 kilometrów i zajechaliśmy z powrotem na kemping Orlinek, na którym spaliśmy 3 dni temu. Chcieliśmy pozostać tu jeszcze kilka dni i odpocząć już stacjonarnie, bez potrzeby przemieszczania się na rowerach. Prognozy pogody nie były jednak za dobre. Do tej pory warunki atmosferyczne nam sprzyjały. Jak padało to raczej w nocy, a w dzień były to tylko opady przelotne. Rozmawiałem z rodzicami i w pozostałej części kraju przyszło spore ochłodzenie, dużo padało. W górach spadł nawet śnieg.

Na promie, tym razem woda była spokojna

Ponieważ namiot był wilgotny, a ja planowałem kolejnego dnia powrót po auto do Kopalina, wynajęliśmy na kolejne 3 noce drewniany domek. Nie chciałem zostawiać Oli z dziećmi w tę niepewną pogodę bez sensownego schronienia. Potem poszliśmy na spacer nad morze. Wieczorem odgrzaliśmy pizzę, która została nam z obiadu i położyliśmy się spać w nowym lokum. Bagaże wraz z rowerami udało się upchać w niewielkim pomieszczeniu przy wejściu.

Wieczorny spacer na plażę
Plaża na wyspie Sobieszewskiej

Dzień 28: wyspa Sobieszewska – Kopalino, 138 km (solo po auto)

Po 4 tygodniach spania na karimatach pod namiotem, noc spędzona w łóżku na normalnym materacu była ciekawym doznaniem. Koło 1000, będąc po śniadaniu, wsiadłem na rower i ruszyłem samemu w drogę powrotną po auto. Według prognoz miało nie padać do 1700. Jazda na lekko szła sprawnie, przynajmniej do Sopotu, w którym zaczęło padać. Założyłem płaszcze przeciwdeszczowy i pojechałem dalej, chciałem zdążyć wrócić przed wieczorem. Przed Gdynią na chwilę przestało padać. Nie trwało to długo, po pół godzinie z powrotem pojawił się deszcz. Od Rezerwatu Beka lało już równo. W Swarzewie skręciłem w szlak zwiniętych torów prowadzący do Krokowej. Skróciłem w ten sposób drogę, jaką jechaliśmy kilkanaście dni temu razem. Z Krokowej pojechałem do Karwieńskich Błot a dalej przez Dębki i Białogórę do Kopalina.

138 kilometrów z czego większość przejechana w deszczu. Warunki panujące tego dnia pozwoliłby mi docenić pogodę jaką mieliśmy przez ostatnie 27 dni. W całym tym okresie, nie mieliśmy nawet pół dnia, który wyglądałby podobnie. Gdy dojechałem na kemping hamulce nie spełniały już swojej funkcji. Piach i woda spowodowały, że tłoczki pomimo naciskania klamek do oporu przestały dociskać okładziny do tarcz. Dobrze, że ostatnie kilometry jechałem po płaskim terenie w lesie. Gdyby coś mi nagle wyskoczyło musiałbym ratować się ucieczką w krzaki. Zapasowych klocków nie miałem, po wyjeździe dodałem je do listy części niezbędnych na dłuższych wyjazdach. Na miejscu opłaciłem postój auta przez 12 dób, po 8 zł za noc. Zapakowałem rower na platformę i ruszyłem autem w drogę powrotną na wyspę Sobieszewską, gdzie dotarłem około 2100.

Ola z dzieciakami miały tego dnia lepszą pogodę. Co prawda deszcz ich nie ominął, ale padało niewiele i udało im się zrobić spacer na plażę. Podczas wspólnej kolacji opowiedzieliśmy sobie jak wyglądał dzień gdy pojechałem po auto. Potem poszliśmy spać.

Kalosze i ciepłe ubrania też się przydały – plaża na wyspie Sobieszewskiej, w tle światła portowe w Gdańsku

Dzień 29: rezerwat Mewia Łacha, 8 km (pieszo)

W nocy ponownie lało. Decyzja o wynajmie domku była trafna. Kiszenie się w małym, wilgotnym namiocie nie byłoby przyjemne. Tutaj mogliśmy wyłożyć wszystkie rzeczy do wyschnięcia i uporządkować nasze bagaże przed załadowaniem ich do auta na drogę do domu. Tymczasem mieliśmy jeszcze jeden dzień. Postanowiliśmy, że poświęcimy go na spacer. Dojechaliśmy autem do Świbna i ruszyliśmy ścieżką przyrodniczą do rezerwatu Mewia Łacha. Przy ujściu Wisły do morza znajdowała się platforma widokowa, z której w oddali widać było foki wylegujące na piaszczystej wyspie. Jeden z turystów ustawił na statywie lunetę z 60-sięcio krotnym przybliżeniem. Dzięki temu mogliśmy dokładniej przyjrzeć się tym ostrożnym i płochliwym zwierzętom, stroniącym od obecności człowieka.

Na platformie widokowej w rezerwacie Mewia Łacha, daleko w tle widać było foki
Ujście Wisły do morza

Po powrocie do auta pojechaliśmy do Sobieszewa. Zatrzymaliśmy się w Tawernie Pod Żaglami, w której zjedliśmy bardzo dobre dania rybne. Wieczorem poszliśmy jeszcze na plażę, zobaczyć po raz ostatni morze. Było chłodnawo. W powietrzu czuliśmy, że lato dobiega końca. Dzięki temu jakoś łatwiej było bam pogodzić się z myślą, że musimy wracać do domu, szkoły i pracy. Po kolacji zapakowaliśmy częściowo auto. Przerwał nam ulewny deszcz. Resztę bagażu do schowania zostawiliśmy sobie na rano po czym położyliśmy się spać na ostatnią już noc spędzoną na wakacjach.

Na moment pożegnania z morzem pojawiło się słońce, jakby zapraszało nas za rok

Dzień 30: powrót

Do 900 udało się dopakować to czego nie zdążyliśmy wieczorem. Gdy jedliśmy śniadanie, zaczęło mocno padać. Po posiłku pobiegłem po auto a następnie podjechałem po Ole i dzieci, które czekały w jadalni. Wsiedliśmy razem do samochodu i chociaż miałem jeszcze 3 dni urlopu, ruszyliśmy bez żalu w drogę powrotną do domu. Ruch był niewielki, Maria i Leon dużą część trasy przespali. Felicja trzymała się twardo i zasnęła dopiero przed Warszawą.

Podsumowanie

Ostatni etap wakacyjnej podróży rowerowej był najdłuższy. Podczas 11 dni jazdy pokonaliśmy około 400 kilometrów. Ta część była też bardzo zróżnicowana. Przejeżdżaliśmy przez turystyczne rejony jak Władysławowo, Hel czy Sopot oraz rejony bardziej odludne i spokojne jak Mierzeja Wiślana. Pomiędzy tym wszystkich były dwie typowo miejskie aglomeracje w postaci Gdyni i Gdańska.

Jeżeli chodzi o noclegi nie było żadnych problemów z kempingami czy polami namiotowymi. Niemal zawsze mieliśmy alternatywę, gdyby gdzieś akurat nie było miejsc. Ceny były raczej powyżej średniej, ale i standard był lepszy. Dostępność sklepów i lokali gastronomicznych była na wysokim poziomie, więc jeżeli ktoś chciałby jeść obiady tylko „na mieście” to nie było z tym problemów. Trasa prowadziła w większości po drogach rowerowych o różnym standardzie, od gładkich asfaltów przez kostkę brukową po szuter. Odcinków wybitnie słabych i nienadających się do jazdy z dziećmi lub pod dużym obciążeniem było raptem kilka, w tym jedno gdzie na własne życzenie przepychaliśmy rowery po polu.

Atrakcji dla dzieciaków było bardzo dużo. Od możliwości plażowania i robienia budowli z piachu na plaży, przez zwiedzanie bunkrów czy statków po wesołe miasteczka. Same kempingi posiadały w większości place zabaw, które pozwalały całej trójce rozładować ostatnią energię jaka została po każdym dniu jazdy. Przy okazji załapaliśmy się na międzynarodowe pokazy lotnicze i przez 3 dni z rzędu mogliśmy obserwować podniebne ewolucje wojskowych samolotów. Były też oczywiście latarnie morskie czy motylarnie.

Jeżeli miałbym wybierać to tu było zdecydowanie ciekawiej niż na Pomorzu Zachodnim. Tę część postawiłbym na równi z zeszłorocznym wyjazdem, podczas, którego przemierzaliśmy środkową część wybrzeża Bałtyku od Kołobrzegu do Kopalina. Szczególnie w pamięci zapadły mi tereny wokoło Mierzei Wiślanej i chociaż trudno byłoby tam wyznaczyć trasę alternatywną do tej, którą przejechaliśmy to z chęcią w to miejsce jeszcze kiedyś przejedziemy.

Podsumowując wszystkie 3 etapy wyjazdu, dużym zaskoczeniem dla mnie była pogoda. Liczyłem się z tym, że na 4 tygodnie wyjazdu możemy trafić na 5 do 7 dni niepogody, gdy deszcz wymusi na nas postoje. Wiadomo, pogoda nad polskim morzem bywa kapryśna. Tymczasem nic takiego nie miało miejsca. Jeżeli padało więcej, to tylko w nocy. W dzień były to tylko kilkunastominutowe opady, które mogliśmy przeczekać i potem pojechać dalej. Z przyjemnością muszę napisać to samo co w zeszłym roku: nie mamy jeszcze doświadczenia z jazdy w deszczu.

Sprzętowo podróżowaliśmy czterema rowerami oraz przyczepką. Ja z żoną jechaliśmy na rowerach Breezer Radar Expert, każdy z nich miał przyczepione po 4 sakwy oraz po jednym worze ułożonym na tylnym bagażniku. Marysia jechała rowerem Trek Wahoo z 24″ kołami miała też zawieszone dwie sakwy na tylnym bagażniku oraz karimaty, Leon poruszał się rowerem Woom z 20″ kołami bez sakw. Felicja podróżowała w przyczepce Croozer Kid 1 podczepionej do mojego roweru. Przez cały wyjazd nie załapaliśmy ani jednej gumy, nie mieliśmy żadnych problemów ze sprzętem.

Według wskazań z liczników, przejechaliśmy około 750 kilometrów (nie biorąc pod uwagę moich powrotów po auto). Na 30 dni, które byliśmy poza domem, 23 dni spędziliśmy przemieszczając się na rowerach od noclegu do noclegu. Daje to średnią dzienną z przejazdów na poziomie 33 kilometrów co jak na wiek młodszej części ekipy oraz obciążenie bagażem tej starszej uważam za bardzo dobry wynik. Wszystkie 3 części były zaplanowane z wyprzedzeniem. Zarówno trasa jak i noclegi oraz główne atrakcje były z góry rozpisane. Wyszła z tego wielka przygoda. Daliśmy radę zrealizować plan w 100 procentach. Każdy z jej uczestników wrócił zadowolony i bogatszy o nowe doświadczenia. Dzięki temu mogę spokojnie zacząć planować przyszłoroczny wyjazd w podobnej formule. Odmienny będzie na pewno region, cel pozostanie ten sam: przygoda.

Paszporty, srebrne odznaki i legitymacje upoważniające do bezpłatnego zwiedzania wybranych latarni w Polsce
Kilka wybranych pamiątek z wyjazdu
Cześć biletów wstępu i innych materiałów z miejsc, które odwiedziliśmy
10 stron materiału na temat noclegów, atrakcji i dystansów, zebranego przed wyjazdem

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *