Turystyka górska plus małe dzieci nie są łatwe do połącznia. O ile na nizinach niezastąpiony jest wózek o tyle w górach jego substytutem pozostają tylko plecy rodziców i dobre nosidło. Po rocznej przerwie od wyjazdów w góry, na połowę października 2020 zaplanowaliśmy pierwszy taki wypad w powiększonym, pięcioosobowym składzie. Wybór padł na Małe Pieniny ponieważ są małe… tak naprawdę chcieliśmy zażyć trochę luksusu po wakacjach pod namiotem. Zarezerwowaliśmy noclegi wraz z wyżywieniem w schronisku PTTK Orlica, wokół którego jest sporo szlaków idealnych dla turystów z dziećmi. W jednym z pakietów i po sezonie cena była atrakcyjna. Liczyliśmy na piękną, polską złotą jesień. Jak było wyjaśni się niżej.

Dzień pierwszy: Mogielica (1 171 m n.p.m.), 10,6 km, 576 m przewyższeń

Nie chcąc tracić całego dnia na dojazd, postanowiliśmy zatrzymać się po drodze w Beskidzie Wyspowym i zdobyć Mogielicę. Najwyższy szczyt w tej części Beskidów Zachodnich swoją nazwę wywodzi ponoć z dawnych czasów gdy chowano tu zwłoki samobójców, topielców i ofiar dziwnych chorób. Chociaż pogoda sprawiała, że atmosfera była iście grobowa, na szlaku nie spotkaliśmy żadnych duchów czy innych zjaw.

Kapliczka na przełęczy Chyszówki

Wspinaczkę rozpoczęliśmy z przełęczy Chyszówki (700 m n.p.m.). Już przy parkingu, wchodząc na zielony szlak, opisany jako Papieski, przypałętał się psi żebrak, mając pewnie nadzieję na jakieś żarełko. Tłumaczyłem mu, że sami niewiele mamy a do tego przed nim jest jeszcze kolejka dzieci do wykarmienia. Nie dał się przekonać i towarzyszył nam przez całą drogę. Pogoda była słaba, chociaż kolejne dni pokazały, że może być gorzej i trzeba cieszyć się z tego co się ma. Początkowo szlak piął się nieznacznie wzwyż by za Mocarką zwiększyć gradient nachylenia. Od tego momentu trzeba było zmotywować starszą dwójkę dzieci, którym morale nieco siadły po pierwszym zrywie. Najmłodszą córkę w nosidle niosła dzielnie żona.

Psi przewodnik w Beskidzie Wyspowym
Mgliste widoki
Przed kulminacyjnym podejściem

Na szczycie okazało się, że wieża widokowa jest w remoncie. Nie zmartwiliśmy się tym bynajmniej, gdyż mgła i tak zasłaniała widoki. W między czasie pojawiła się dwójka turystów, jedynych spotkanych tego dnia. Poczęstowali 'naszego' Burka małym co nieco. Od nas wiele nie dostał, poza tym, co nieopatrznie wypadło z dziecięcych rączek. W drogę powrotną poszliśmy żółtym szlakiem. Miejscami mgła przemieniała się w marznącą mżawkę, było smętnie i dżdżyście. Sytuację na chwilę rozweseliło stado owiec prowadzonych przez miejscowego bacę, który na widok wyjętego przeze mnie aparatu pogroził mi kijem rzucając przy tym ostrą wiąchę. To skutecznie powstrzymało mnie od rodzinnej fotografii z barankami.

Na wysokości Koczorów żółty szlak skręcał w prawo, w kierunku Podłopienia. My poszliśmy na czerwony szlak, prowadzący pod górę, po asfaltowej drodze. Będąc już przy samochodzie Burek czmychną gdzieś bez pożegnania. Według danych podanych na mapie średni czas przejścia to 440 godziny, nam zajęło to 410. Pod wieczór dojechaliśmy do schroniska, gdzie po sutej obiadokolacji Ola rozpakowała najpotrzebniejsze rzeczy i położyliśmy się spać.

Dzień drugi: Szczawnica, 8,2 km

Niestety tego dnia pogoda nie układała się po naszej myśli. Od rana siąpił deszcz. Chmury wisiały nisko, widoków brak, temperatura spadła w okolice 5 stopni Celsjusza. Jednym słowem dupówa. Po śniadaniu zdecydowaliśmy zwiedzić Szczawnicę.

Deptak w Szczawnicy, po prawej potok Grajcarek

Uzdrowiskowe miasteczko leży w dolinie potoku Grajcarka. Poza kilkunastoma lepiej lub gorzej zachowanymi willami oraz ładnie odrestaurowaną pijalnią wód leczniczych, mieszczącą się w Domu nad Zdrojem, nic nas specjalnie nie zauroczyło. Może przez pogodę a może przez wszechobecne reklamy i kilka rozgrzebanych placów budowy. Wszystko bez ładu i składu. Po spacerze wróciliśmy do domu. Korzystając z kiepskiej pogody Marysia wzięła się za lekcje by nie wrócić do szkoły z zaległościami. Następnie już w szerszym gronie zeszliśmy do sali zabaw gdzie graliśmy w dostępne dla gości planszówki. Po obiadokolacji poszliśmy spać z nadzieją na lepsze jutro.

W tle odnowiony budynek pijalni wód leczniczych
Jedna z opuszczonych willi
Szczawnica
Odrabiamy lekcje w schronisku

Dzień trzeci: Termy w Białce Tatrzańskiej

Pogoda była jeszcze gorsza niż dzień wcześniej. Zrobiło się chłodniej i nadal padał deszcz. Wycieczka w góry w takich okolicznościach nie byłaby przyjemna, szczególnie dla Felicji. Pozostanie w niewielkim pokoju z trójką aktywnych dzieci też odpadało. Zapakowaliśmy się w auto i pojechaliśmy do Białki Tatrzańskiej. Wybraliśmy coś czego jeszcze nigdy nie próbowaliśmy w takim składzie – baseny termalne.

Na pierwszy raz zawitaliśmy do ośrodka Termy Bania wybierając rodzinny pakiet podstawowy. Dzieciaki były zachwycone. Mniejsze i większe zjeżdżalnie, wiry, prądy i to wszystko pod jednym dachem a nawet i bez, bo największą atrakcją była możliwość wypłynięcia na świeże powietrze. Podczas, gdy temperatura otoczenia była bliska zeru a na ustawionych w około leżakach zalegała cienka warstwa śniegu, który spadł tej nocy, my pluskaliśmy się w wodzie o temperaturze ciała. Miła odskocznia od szarej rzeczywistości. Tego dnia dzieci oznajmiły, że możemy tu przyjeżdżać już każdego dnia do końca wyjazdu.

Zjeżdżalnia „Anakonda” – termy Bania
Relaks w ciepłej wodzie – termy Bania

Po trzech godzinach spędzonych w wodzie wróciliśmy do schroniska, gdzie do końca dnia robiliśmy to co dzień wcześniej: nauka, gry, obiadokolacja i lulu. Według prognoz kolejny dzień miał przynieść poprawę warunków.

Przed schroniskiem Orlica

Dzień czwarty: Wysoki Wierch (900 m n.p.m.), 10,5 km, 440 m przewyższeń

Rano rozpogodziło się i przestało padać. W ciągu godziny byliśmy po śniadaniu i gotowi do drogi. Auto zaparkowaliśmy koło Muzeum Pienińskiego w Szlachtowej. Dalej, za potokiem Grajcarek, wkroczyliśmy na żółty szlak, ostro wspinający się na główny masyw Małych Pienin. Z początku szliśmy szeroką, kamienistą drogą, miejscami przypominającą koryto wartkiego strumienia. Oj podobało się to dzieciom. Wyżej było lepiej chociaż błota nie brakowało i miejscami szliśmy po trawie by nie utknąć w błotnistej mazi.

„Wodny szlak”
Drzewa jeszcze na zielono, w tle zabudowania wioski Szlachtowa

Gdy weszliśmy na grzbiet, z biegnącym wzdłuż niebieskim szlakiem, naszym oczom ukazała się panorama Tatr a właściwie ich fragmenty majaczące między chmurami. Na widok zboczy pokrytych śniegiem Leon od razu zdecydował, że idziemy prosto w tamtym kierunku, gdyż wyobrażał sobie zabawy na śniegu. Nie pomogło tłumaczenie, że miejsce jakie widzi oddalone jest o 30 kilometrów w linii prostej i nie jest nam po drodze. Syn wybuchł zrozpaczony. Musieliśmy na szybko wymyślić inny, bliższy i równie atrakcyjny cel. Sytuację udało się opanować. Z pomocą przyszły słupki graniczne oddzielające Polskę od Słowacji. Opowieść o innych krajach i możliwość postawienia nogi za niewidzialną granicą, na obcej ziemi, zadziałała na wyobraźnię dzieci.

Tu Leon zadecydował: idziemy w te Tatry
W okolicy Huściawy
Mocny wiatr formował trawy, w tle Słowacja

Kulminacyjne podejście pod Wysoki Wierch poszło szybko. Na szczycie, za sprawą zimnego wiatru, było nieprzyjemnie. Po kilku pamiątkowych fotografiach, ze zdobycia szczytu, ruszyliśmy z powrotem w dół. Po około 2 kilometrach doszliśmy do schroniska Pod Durbaszką. Duża bryła budynku świeciła pustkami, po sali jadalnej kręcił się czarny kot. Chwilę później zjawiła się para turystów a także właściciel. Rozpalił ogień w kominku, tłumacząc, że nie opala całego budynku z uwagi na brak obłożenia. Grzeje wyłącznie wtedy gdy przyjdą goście. Na miejscu poza swoim prowiantem zamówiliśmy frytki, zapiekankę i szarlotkę. Po posiłku i herbatce z termosów rozpoczęliśmy zejście w kierunku Jaworek. W połowie drogi napotkaliśmy, dość rzadko spotykaną, salamandrę plamistą. Niestety była rozjechana. Mimo to jej ubarwienie wzbudziło duże zainteresowanie u dzieci, które w domu naszkicowały ją z pamięci. Ostatni kilometr do auta przeszliśmy chodnikiem.

Na granicy
Widok z Wysokiego Wierchu, w tle Pieniński Park Narodowy z charakterystycznymi szczytami Trzech Koron
Zwiewamy ze szczytu w kierunku schroniska
Droga prowadząca ze schroniska
Kościół Matki Boskiej Pośredniczki Łask w Szlachtowej

Cała wycieczka, łącznie z postojami, zajęła nam 530 godziny względem wyznaczonych na mapie 345 godziny (bez postojów). Marysia i Leon szli, jak podczas całego wyjazdu, o własnych siłach. Najmłodsza Felicja poza kilkoma kawałkami, pokonanymi na małych nóżkach, była niesiona przez Olę. Po powrocie zjedliśmy obiad i poszliśmy wcześnie spać. Kolejny dzień zapowiadał się podobnie, trzeba to było wykorzystać.

Dzień piąty: Wysoka (1 050 m n.p.m.), 16,5 km, 631 m przewyższeń

Pogoda się poprawiła, do ideału było daleko, ale nie padało i to nam wystarczyło. Po śniadaniu podjechaliśmy autem do Jaworek. Tego dnia zaplanowałem trasę, która w dużej części wiodła odkrytym terenem. Chociaż nie było widać słońca, pułap chmur był na tyle wysoki, że widoki były niezłe. Z parkingu ruszyliśmy zielonym szlakiem. Po kilkuset metrach weszliśmy do rezerwatu Wąwóz Homole. Miejsce to było niegdyś penetrowane przez poszukiwaczy skarbów, które wedle legend ukryte były między skałami. W dawnych czasach istniała tu warownia o czym świadczą znalezione tu XVI wieczne cegły i ceramika. Dnem wąwozu, o długości ponad 800 metrów i zboczach pnących się do 120 metrów wzwyż, płynął potok Kamionka. Kilkukrotnie przechodziliśmy z jednej strony strumienia na drugą po metalowych kładkach.

Potok Kamionka w malowniczym Wąwozie Homole

Przy górnym krańcu wąwozu, na polanie Dubentowska Dolinka, znajdowały się Kamienne Księgi. Z wapiennymi skałkami wiąże się legenda mówiąca o zapisanych w nich losach ludzkich, których nikt nie potrafił odczytać. Dzieciom przypadły do gustu z innego powodu, można się było na nie wspinać. Droga była błotnista i mokra. Zapowiadało się, że Marysia, kolejny dzień z rzędu, będzie szła w przemoczonych butach. Chociaż były świeżo kupione, ich wodoodporność była znikoma.

Kamienne Księgi

Za Rówieńką szlak piął się mocno pod górę. Po wejściu do rezerwatu Wysokie Skałki, do celu naszej wycieczki pozostało raptem pół kilometra. Z uwagi na stromiznę wspinaczka szła mozolnie. Ostatnie metry do szczytu Wysokiej wiodły po jednolitym bloku skalnym. Z góry rozpościerał się widok na Słowację, widać też było charakterystyczny szczyt Trzech Koron. Tatry schowane były za gęstą osnową z chmur. Ekspozycja była duża, od przepaści oddzielały nas barierki. Znowu wiało więc postój na jedzenie zaplanowaliśmy dalej.

Mostek” przez potok Kamionka w okolicy bazy namiotowej SKPB Łódź
Widok z Rówieńki na masyw Przechyby
Rówieńka, widok na Pasmo Radziejowej

Według mapy powinniśmy iść niebieskim szlakiem, który schodził częściowo tą samą drogą by później ponownie wspiąć się, po północnej stronie wzniesienia, do głównej grani. Pod szczytem zauważyłem jednak, niedawno malowany, niebieski szlak, który obchodził Wysoką po południowej stronie. Chociaż nie był zaznaczony na mapie, zaryzykowaliśmy i była to dobra decyzja. Ścieżka schodziła stromo po błocie i mniejszych kamieniach. W newralgicznym miejscu wziąłem Felicję od Oli i zniosłem do wypłaszczenia, gdzie zrobiliśmy przerwę na mały popas. Nieco dalej, Słowacka tablica informowała o obecności wilków na tym terenie, opisywała ich zwyczaje i podstawową wiedzę na temat tych zwierząt. Tam też, na ziemi, pojawiły się ślady dużych łap, podobne do tych ze szkiców. Momentalnie zadziałała nasza wyobraźnia. Dla zaciekawionych dzieci pojawił się temat do rozmów o wilkach.

Widok ze szczytu Wysokiej, w oddali Trzy Korony

Dalsza droga przez zbocza Smerekowej, Wiatrisko, Wierchliczkę do przełęczy Rozdziela prowadził niemal po poziomicy, gdzieniegdzie lekko opadając. Droga była nasiąknięta wodą i grząska. By nie zapadać się w błoto, nieraz skręcaliśmy w krzaki lub obchodziliśmy lasem większe grzęzawiska. Felicja niemal cały czas była niesiona przez żonę, wypuściliśmy ją na chwilę, ale po kilku krokach poślizgnęła się i pacnęła w błoto. Niestety szlak nie nadawał się by mogła iść nim sama. Ponownie, większość drogi pokonała niesiona przez Olę.

Jesień coraz bliżej, na drugim planie szczyt Wysoka
Małe Pieniny

Od przełęczy Rozdziela było już tylko w dół. Na początku trawiastą ścieżką, potem utwardzoną drogą, wzdłuż żółtego szlaku. Po około kilometrze teren się wypłaszczył. W tym miejscu weszliśmy do rezerwatu Biała Woda, wyznaczonego w granicach potoku o tej samej nazwie. 26 lat temu, będąc jeszcze dzieckiem, byłem tu na wycieczce z rodzicami. Między Czubatą Skałą a Smolegową Skałą, znajdował się banior, czyli zagłębienie w korycie rzeki wyżłobione wirowym ruchem wody. Pamiętam do dziś jak z bratem wykąpaliśmy się dla ochłody w oczku wodnym. Znalazłem to miejsce, chociaż zapora była już rozebrana. Charakterystyczna, płaska skała stała jak dawniej. Do auta zostało już tylko niecałe dwa kilometry po asfaltowej drodze. Tutaj Felicja mogła już rozprostować nogi i pójść tak jak chciała, o własnych siłach.

Potok Biała Woda, z lewej strony banior, po tamie ze wspomnień został tylko pas kamieni
Stan ubrań i obuwia pod koniec wycieczki
Swojskie podwórko z Ursusem w tle

Zadowoleni z okna pogodowego jakie nam się trafiło, ale też i zmęczeni, wróciliśmy do schroniska na obiadokolację. Czas przejścia pętli wokół jednego ze źródlisk potoku Grajcarek, uwzględniając odpoczynki, wyniósł 730 godziny. Uśredniony czas pokazany na mapie to 505 godziny. Łącznie około 23 punktów co jak na dzieci w wieku 5 i 7 lat było nie mało. Po kolacji Ola ogarnęła trochę nasze rzeczy i ubrania, w buty Marysi ponownie wsadziliśmy specjalne suszarki. Położyliśmy się spać.

Dzień szósty: Termy w Białce Tatrzańskiej

Znowu deszcz. Prognozy wskazywały, że przez minimum dobę pogoda nie ulegnie poprawie. Dobrze, że wyrwaliśmy dwie ładne wycieczki pod rząd. Szybka narada i po śniadaniu ponownie pojechaliśmy do Białki na gorące źródła. Tym razem wzięliśmy pakiet rozszerzony, korzystając z nowych atrakcji ośrodka, niedostępnych w pakiecie podstawowym. Ponieważ był piątek, ludzi było znacznie więcej niż w tygodniu. Gdy wróciliśmy na kwaterę okazało się, że od kolejnego dnia baseny w całym kraju będą zamknięte w związku ze zwiększoną liczbą zachorowań na Covid-19.

Za sprawą ciepłych źródeł humory dopisywały

Dzień siódmy: Palenica (719 m n.p.m.), 6,1 km, 297 m przewyższeń

Cały wyjazd śledziliśmy prognozy pogody mając nadzieję na lepsze warunki. Nie inaczej było tego ranka. Z początku wydawało się, że będzie nie najgorzej. Po śniadaniu, ubrani i spakowani, ruszyliśmy na niebieski szlak, który przechodził zaraz obok schroniska. Było stromo, co w połączeniu z błotnistym podłożem zwiększało ryzyko zjazdu po błotnistej mazi na tyłku. Ratowaliśmy się wchodzeniem wydeptaną trawą co z kolei przekładało się na szybsze przesiąkanie obuwia.

Znowu pod górę
Błotnisto i ślisko

Planowałem przejście przez Łaźne Skały dzięki czemu zaliczylibyśmy podczas wyjazdu cały, główny grzbiet Małych Pienin. W okolicy Szafranówki rozpadało się mocniej. Szybko skorygowaliśmy trasę i po chwili zjeżdżaliśmy wyciągiem krzesełkowym z górnej stacji kolejki na Palenicę do Szczawnicy. Był to strzał w dziesiątkę. Dzieci były podekscytowane taką atrakcją tym bardziej, że w końcowej fazie, trasa zjazdu przebiegała kilka metrów nad wzburzonym nurtem potoku Grajcarek. Wycieczka skończyła się przedwcześnie, ale dzięki temu było więcej czasu na planszówki i inne rozrywki w schronisku a także lekcje. Marysia z Leonem rysowali odwiedzone miejsca oraz szczegóły, które utkwiły im w pamięci. W pokoju był też telewizor, na którym mogły obejrzeć bajki. Ola w tym czasie pakowała nas na powrót. Został nam ostatni dzień wyjazdu.

Zjazd kolejką linową do Szczawnicy

Dzień ósmy: Przełęcz Gromadzka (930 m n.p.m.), 15,7 km, 469 m przewyższeń

Od rana się przejaśniało. Zaprawieni po rozruchu i tygodniowej aklimatyzacji, podjechaliśmy na koniec wioski Jaworki, skąd rozpoczęliśmy ostatnią wycieczkę. Poszliśmy kawałek żółtym szlakiem, przed Czubatą Skałą odbiliśmy na czerwony szlak. Miejscami pojawiało się nawet słońce. Dzieci zatrzymały się przy ciekawie spękanych, rdzawych skałkach, pochodzenia wulkanicznego. Przed wzniesieniem Flader, weszliśmy w obszar Popradzkiego Parku Krajobrazowego.

Kruche skałki w okolicy Czubatej Skały
Widok na dolinę potoku Białej Wody
Hala w okolicy Kornaje

Do Jasielnika przedzieraliśmy się przez teren obfitujący w błotniste zasadzki, kałuże i mokradła. Dzieci z uwagi na wagę nie zapadały się w błoto tak mocny jak my. Naszą przewagą były za to dłuższe nogi umożliwiające przeskoczenie nad większymi przeszkodami. Szanse były wyrównane. Później nawierzchnia się poprawiła. Spotykaliśmy też coraz więcej spacerowiczów, co nas nieco zdziwiło. Okazało się, że przełęcz Gromadzka graniczy z wioską Obidza. Można było do niej dojechać autem na wysokość niemal 930 m n.p.m. co wyjaśniało nagłe pojawienie się turystów.

Błotnisty tor przeszkód
Najbrudniejsza część szlaku za nami
Lasy bukowe w okolicy Pokrywiska
Stóg siana na przełęczy Gromadzka

W tym miejscu zatrzymaliśmy się na posiłek i ciepłą herbatkę. Felicja została wypuszczona z nosidła by rozprostować kości. Dalsza droga wiodła wzdłuż granicy ze Słowacją prze Szcząb aż do przełęczy Rozdziela. Do Jaworek zeszliśmy tą samą drogą co trzy dni wcześniej. Wiał zimny wiatr. Dzieci były zadowolone ponieważ od tego punktu szlak prowadził w dół.

Nieopodal wioski Obidza

Przy aucie zameldowaliśmy się o 1540. Całość zajęła nam 540 godziny przy czasie z mapy na poziomie 410 godziny netto. Został nam już tylko powrót i kolacja w schronisku. Samochód zapakowałem wieczorem a rano, następnego dnia, po śniadaniu, wyjechaliśmy do domu.

Podsumowanie

Planując ten wyjazd mieliśmy nadzieję na słońce oraz temperatury powyżej 10 stopni Celsjusza. Tym czasem mieliśmy wyścig z deszczem i chłodem. Mimo to, udało nam się przejść cztery sensowne wycieczki. Z perspektywy czasu myślę, że nie było tak źle. Po takim wyjeździe bardziej docenia się ładną pogodę. Jednym z większych minusów zastanych warunków było to, że najmłodsza córka musiała być niemal cały czas noszona w nosidle. Szlaki nasiąknięte wodą nie nadawały się do tego był mogła iść sama.

Odnośnie schroniska Orlica, dzierżawcą tego obiektu był ten sam właściciel co schroniska pod Trzema Koronami, w którym mieliśmy już okazję nocować. Pobyt spełnił nasze oczekiwania. Pokoje były czyste, jedzenie pyszne a obsługa bardzo miła. Dodatkowo w części jadalnianej było odrębne pomieszczenie, które sprawiało, że nasza wesoła gromadka mogła być mniej uciążliwa dla reszty gości.

Małe Pieniny to idealne miejsce dla początkujących turystów lub rodzin z dziećmi. Dolina potoku Grajcarek położona jest, w zależności od miejsca, na wysokości między 400 a 600 m n.p.m. Większość okolicznych wzniesień nie przekracza kilometra wysokości, zatem różnica poziomów między początkiem szlaków a punktami kulminacyjnymi jest niewielka. Mając tydzień czasu można zobaczyć większość ciekawych tras. My planowaliśmy jeszcze spacer wzdłuż Dunajca do Czerwonego Klasztoru po Słowackiej stronie oraz wejście na Sokolicę. Obie wycieczki nie doszły do skutku przez pogodę. Za to skorzystaliśmy pierwszy raz z term i było to przyjemne doświadczenie, szczególnie dla dzieci. Zatem pakując się na wyjazd warto zabrać także stroje kąpielowe oraz pływaczki dla najmłodszych, o ile jeszcze z nich korzystają.

Salamandra zakamuflowana między liśćmi – Marysia (7 lat)
A to salamandra przedstawiona przez Leona (5 lat)
Schronisko PTTK Orlica, wiedziane oczami Marysi i Leona

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *