Na wakacje wyjechaliśmy z domu kilka dni wcześniej, by przed górami spędzić czas u dziadków w województwie świętokrzyskim i zasmakować pierwszych warzyw i owoców z przydomowego ogródka. Tym razem nie rezerwowałem kwatery z wyprzedzeniem jak do tej pory. Po ostatnim, deszczowym wyjeździe do Szczawnicy postanowiłem, że przygotuję listę potencjalnych miejsc noclegowych a ostatecznego wyboru dokonamy na dwa, trzy dni przed przyjazdem, gdy prognozy pogody okażą się obiecujące. W końcu to początek czerwca. Założyłem, że przed sezonem powinno być coś wolnego.

Wybraliśmy Beskid Sądecki, pasmo górskie w Karpatach Zachodnich, należące do Beskidów Zachodnich. Tworzą go Pasmo Jaworzyny, Radziejowej i Góry Leluchowskie. Najwyższe szczyty nieznacznie przekraczają tysiąc metrów nad poziomem morza a duże zagęszczenie szlaków sprawia, że miejsce jest przyjazne dla mniej zaprawionych turystów, rodzin z małymi dziećmi oraz rowerzystów. Mimo, że tereny są zamieszkałe od wielu wieków, jest tu dużo lasów. Widokowych polan jest niewiele. Niegdyś przeważała tu buczyna karpacka, w której dominował buk zwyczajny z domieszką jodły pospolitej i jawora. Buków nadal jest dużo, ponieważ kiedyś uważano, że drzewo to nie nadaje się do celów budowlanych. Wycięte obszary zalesiano przeważnie drzewami iglastymi, głównie świerkiem.

Szukając kwatery brałem pod uwagę Piwniczną Zdrój, Rytro lub Łomnicę Zdrój . W tych miejscowościach schodzi się dużo szlaków a dodatkowo, przez dwie pierwsze przebiega linia kolejowa, którą mieliśmy zamiar wykorzystać podczas wycieczek. Ostatecznie po długim weekendzie, który wypadał po Bożym Ciele, zarezerwowaliśmy kwaterę w Piwnicznej Zdroju. Apartament był w odległości 200 metrów od kolejki i niewiele więcej do rynku.

Dzień 1: Zamek w Czchowie, Bobrowisko koło Starego Sącza

Dzień pierwszy przeznaczyliśmy na dojazd do Piwnicznej oraz zwiedzenie kilku atrakcji po drodze. Najpierw zatrzymaliśmy się w Czchowie gdzie znajdują się ruiny zamku królewskiego z przełomu XIII i XIV wieku, zbudowanego w tym miejscu by kontrolować szlak handlowy biegnący wzdłuż Dunajca. Obiekt został zrekonstruowany, wokoło poustawiane były maszyny oblężnicze i obronne z różnych okresów historycznych. Z najwyższego punktu na wieży rozciągał się widok na Podgórze Bocheńskie. W wieży znajdowała się niewielka, reklamowa gablota z ciekawymi pamiątkami, która odsyłała do sklepu na rynku miasteczka. Udaliśmy się tam piechotą. Miejsce było dobrze zaopatrzone w drewniane zabawki, rękodzieło i ozdobne kamienie. Nie było chińskiej tandety. Dzieci wybrały sobie kilka pamiątek, po czym wróciliśmy do auta.

Karabin maszynowy, w tle fragment zamku w Czchowie
Asortyment sklepu z pamiątkami, rynek w Czchowie

Następny przystanek wypadł koło Starego Sącza. Niedaleko mostu nad Dunajcem znajdowało się Bobrowisko. Teren starej żwirowni poddany rekultywacji. Zalano go wodą, wybudowano drewniane kładki oraz postawiono konstrukcje, z których można obserwować bobry. Tyle, że podczas zwiedzania ich nie spotkaliśmy. Może o innej porze dnia mielibyśmy więcej szczęścia. Na pocieszenie zostały tablice, z których można było dowiedzieć się o tutejszej faunie i florze. Marysia zwróciła uwagę na makiety, które przedstawiały fragmenty krajobrazu ze zwierzętami.

Jedna z makiet znajdujących się wewnątrz drewnianych konstrukcji postawionych na Bobrowisku
Konstrukcja budynku przeznaczonego do obserwowania bobrów w ich naturalnym środowisku

Do Piwnicznej dojechaliśmy po południu. Rozpakowaliśmy się i poszliśmy po zakupy na rynek a następnie nad Poprad, gdzie zbudowaliśmy tamę i rzucaliśmy kamienie do rzeki. Wieczorem zjedliśmy kolację i położyliśmy się spać – rano czekała nas pierwsza wycieczka.

Nad rzeką Poprad

Dzień 2: (pod) Makowica (948 m n.p.m.), 16 km, 862 m przewyższeń

Noc była spokojna. Cisza i wygodne łóżka sprawiły, że można było się wyspać. Wstaliśmy o 630, za dwie godziny odjeżdżał pociąg. Zjedliśmy śniadanie i udaliśmy się na stację kolejową z 15 minutowym zapasem czasu. Wysiedliśmy na 3 przystanku w Barcicach skąd ruszyliśmy niebieskim szlakiem w kierunku Makowicy.

Stacyjka kolejowa w Piwnicznej Zdroju

Pierwszy postój, po 4 kilometrach, wypadł za Wolą Krogulecką. Znajdowała się tam zakręcona platforma widokowa oraz mały plac zabaw. Po odpoczynku Marysia zagadnęła gdzie idziemy dalej. Jak pokazałem spiczastą górę, na kolejnym zboczu nie była zachwycona. Za wzniesieniem szlak tracił wysokość. W miejscu gdzie powinniśmy iść już po poziomicy widniała tabliczka informująca, że most w Głębokim Jarze jest uszkodzony i trzeba iść obejściem. Kawałek dalej stał znak zakazujący wejścia z powodu prac leśnych. Z odgłosów pił oraz obecności pojazdów do zwózki drewna wynikało, że jest to zwykła wycinka drzew. Zmiana trasy zwiększyła dystans o około 1,5 kilometra oraz 150 metrów różnicy wzniesień, które musieliśmy pokonać dwukrotnie.

Widok z Woli Kroguleckiej
Zakręcony taras widokowy w Dzielnicy
Okolice Brzezowicy
Potok Rzyczanowski w okolicy Głębokiego Jaru
Przerwa na odpoczynek połączony z zabawą w strumieniu

Po stromym podejściu, w miejscu gdzie od niebieskiego szlaku odbijała ścieżka dydaktyczna oznaczona kolorem żółtym, podjęliśmy decyzję by obejść szczyt Makowica, który był pierwotnym celem. Przez wymuszoną zmianę trasy nie udało nam się osiągnąć planu. Ścieżka jaką wybraliśmy też wspinała się ostro w górę, ale mniej niż na wspomnianą górę. Marysia ochoczo szła do przodu ciesząc się, że nie idziemy wyżej. Za lasem ukazała się polana, teren wypłaszczał się a dalej było już tylko w dół. Z tego miejsca do szczytu było niewiele, ale chcieliśmy zwiedzić jeszcze zamek w Rytrze.

Po małym odpoczynku powiązanym z ostatni posiłkiem rozpoczęliśmy zejście mijając urokliwą wioseczkę Makowica. Po drodze natknęliśmy się na kolejne wyręby bukowego lasu. Na końcu szlaku ukazały się odrestaurowane ruiny zamku ryterskiego z XIII wieku. Po kilku pamiątkowych zdjęciach zeszliśmy do stacji kolejowej w Rytrze. 15 minut później na peron wjechał pociąg z Gdyni do Krynicy Zdrój, uprzejma pani konduktor zaprosiła nas do środka. Jeszcze dwie stacje, krótki spacer przez most nad Popradem i weszliśmy do naszej kwatery. Ola zrobiła wieczorem pizzę na zakupionych wcześniej podkładach. Najedzeni i trochę zmęczeni po pierwszej wycieczce szybko zasnęliśmy.

Las poniżej wioski Makowica
Mury zamku w Rytrze
Odrestaurowana wieża zamku ryterskiego

Dzień 3: Rezerwat Baniska, 11,8 km, 548m przewyższeń

Wczorajsza wycieczka trochę nas wymęczyła, szczególnie Leona i Marysię, których wieczorem bolały nogi nieprzyzwyczajone do stromych podejść. Nie ustawiałem budzika, chcieliśmy się wyspać. Obiecaliśmy też dzieciom, że podejdziemy nad strumień, gdzie będziemy robić tamę. By połączyć przyjemne z pożytecznym ułożyłem krótką trasę.

Podjechaliśmy autem do leśniczówki usytuowanej na początku doliny Wielka Roztoka koło Rytra. Na niebieskim szlaku prowadzącym w kierunku Radziejowej spotkaliśmy sarny, myszki a nawet orła przedniego. Po 3 kilometrach odbiliśmy na ścieżkę dydaktyczną oznaczoną kolorem zielonym. Prowadziła w dolinie pod zboczem Magorzycy. Dzieci nie mogły się doczekać kiedy zatrzymamy się przy obiecanym strumieniu. Chciałem znaleźć ładne miejsce, gdzie nie będzie śladów zwózki drewna, która odbywała się także w tych lasach. W końcu pojawiło się idealne miejsce i wzięliśmy się do pracy. Po dobrej godzinie tama była gotowa. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie i poszliśmy w kierunku Rezerwatu Baniska. 50 metrów dalej Leon usłyszał odgłos dzika. Nie chcieliśmy go spotkać i mieliśmy nadzieję, że może gdzieś czmychnął. Za zakrętem dojrzeliśmy jednak stado loch i odyńców wraz z kilkunastoma warchlakami. Na nasz widok zaczęły uciekać w górę zbocza. My poszliśmy swoja drogą, wzdłuż granicy rezerwatu.

Sprzęt do zwózki drewna
Kolejne przejście przez strumień
Po godzinie pracy powstała solidna tama z oczkiem wodnym
Pora iść dalej, Leon przesuwa kamienną śluzę by udrożnić przepływ wody
Łany czosnku niedźwiedziego w Rezerwacie Baniska
Ostre podejście pod zbocze będące jedną z odnóg Radziejowej

Po wejściu na siodło między dolinami Małej i Wielkiej Roztoki ścieżka rozwidlała się w pięciu kierunkach. Wybraliśmy trasę żółtą. Z początku prowadziła grzbietem koło dwóch nienazwanych na mapie wzniesień oraz góry Jaworzyna (947 m n.p.m.). Następnie szlak schodził stromo w dół. Zaczęliśmy przedzierać się przez labirynt ściętych drzew i wystających konarów, po około kilometrze ujrzeliśmy tabliczkę informującą o prowadzonej wycince i niebezpieczeństwie z tym związanym. Najwidoczniej zapomniano ustawić takie oznaczenie na górze. Drugi dzień z rzędu poruszaliśmy się w okolicach obszarów, gdzie prowadzono aktywny wyrąb lasów Popradzkiego Parku Krajobrazowego.

Widok na dolinę Małej Roztoki
W okolicy Jaworzyny (tej pod Radziejwą)
Już po przejściu przez tor przeszkód z wyciętych drzew

Po dojściu do parkingu nasze auto stało samo podobnie jak w momencie, gdy je tam zostawiliśmy. Widać było, że to jeszcze nie sezon. Poza kilkoma rowerzystami, podobnie jak wczoraj, nie spotkaliśmy innych turystów. W domu Ola przygotowała pyszną pastę ze szpinakiem oraz polędwiczki z indyka duszone na cebulce w pieprzu ziołowym i czosnku z mascarpone. Zasnęliśmy przed 2200.

Dzień 4: Hala Łabowska (1 061 m n.p.m.), 23,3 km, 588m przewyższeń

Kolejny ładny poranek. Na dziś zaplanowałem najdłuższą wycieczkę podczas wyjazdu. Połączona miała być z kilkoma atrakcjami dla dzieci w pierwszej części. W drugiej przejście głównym fragmentem pasma Jaworzyny Krynickiej. Po śniadaniu, spakowani i gotowi na przygodę zeszliśmy na stację kolejową. Podróż pociągiem z Piwnicznej do Krynicy trwała godzinę. W tym czasie dzieci obserwowały krajobrazy zmieniające się za oknem. Po drugiej stronie rzeki Poprad, wzdłuż której poprowadzone były tory, znajdowała się Słowacja. Był nawet tunel wydrążony pod górą, długi na pół kilometra – dzieciom podobała się ta podróż.

Most nad rzeką Poprad, w tle wieże kościoła Narodzenia NMP w Piwnicznej Zdroju
Następny skład odjedzie z nami do Krynicy Zdroju
Podziwiamy widoki z okna pociągu

W Krynicy przesiedliśmy się do taksówki, która zawiozła nas pod dolną stację kolejki na Jaworzynę Krynicką. Jest to najdłuższa kolej gondolowa w Polsce. Sześcioosbowym wagonikiem w trakcie 7 minut pokonaliśmy około 2 kilometry. W tym czasie podziwialiśmy widoki. Marysi i Leonowi też się podobało, Fela za to zasnęła. Tak dużo atrakcji w połączeniu z porą dnia kiedy przeważnie ma drzemkę zrobiło swoje.

Kolej wagonikowa na szczyt Jaworzyny Krynickiej
Widok z górnej stacji kolejki na Jaworzynie Krynickiej

Ze szczytu Jaworzyny Krynickiej do domu musieliśmy dojść już na piechotę. Początkowo mijaliśmy grupki turystów, którzy tak jak my wjechali na górę. O dziwo minęło nas kilku rowerzystów, bowiem jak się okazało w tym miejscu była też wyznaczona trasa rowerowa. Później zrobiło się pusto. Przejście szlakiem czerwonym na Halę Łabowską zajęło około 330 . Po drodze minęliśmy Runek i Cisowy Wierch. Na hali stało schronisko, w którym obiecałem dzieciom frytki. To zawsze działa, jak tracą motywację. Niestety tym razem przedobrzyłem bo okazało się, że na miejscu nie ma takiej przekąski. Ostatecznie zadowoliły się pomidorową i kiełbasą z rusztu, zjedliśmy też trochę naszego prowiantu. Dostały także po pamiątkowej odznace przedstawiającej schronisko.

Komu w drogę temu czas
Felicja po krótkiej drzemce też nabrała ochoty na marsz
Obserwacja ośnieżonych tatrzańskich szczytów
Widok ze schroniska na Hali Łabowskiej, na drugim planie Pasmo Gór Grybowskich

Byliśmy w połowie drogi. Ruszyliśmy dalej, kolejno przez Halę Roztocką, Wierch nad Kamieniem i Halę Pisaną, za którą zeszliśmy na żółty szlak prowadzący do Piwnicznej Zdroju. Słońce opuszczało się coraz niżej dając w około ciepłą barwę. Widoki były przepiękne. Im bliżej domu tym bardziej byliśmy zmęczeni. Mimo to Leon od czasu do czasu dostawał mocy i zbiegał, znacznie nas wyprzedzając. Za malowniczo położoną wioską Jarzębaki pomyliłem drogi i zboczyliśmy ze szlaku. Ostatecznie, kawałek dalej, odnaleźliśmy niebieski szlak, który schodził wprost pod naszą kwaterę. Ostatnie metry były trudne, wszyscy, chyba poza Felicją, odczuwaliśmy ból nóg a szczególnie stóp.

Widok z Bukowiny pod Halą Pisaną
Jak wyżej tylko ze statystami
Widok w kierunku Słowacji
I jeszcze jedna modelowa brzoza
Idealne miejsce na żmijowisko
Felicja ponownie chciała iść na nogach
Widok w kierunku Pasma Radziejowej
Kościółek w Jarzębakach
Widok na górę Wierch
Pomimo zmęczenia uśmiechy nie schodziły z twarzy
Kolejny sielski widok, po prawej na górze wzniesienie Kicarz
Polne rumianki w zachodzącym słońcu. W tle najwyższe wzniesienie Beskidu Sądeckiego – Radziejowa
Klasyczne kopki siana, coraz częściej wypierane przez zwinięte maszynowo bele owinięte w białą folię
I jeszcze kilka stogów z sianem.
Ładna wycieczka z pięknymi widokami, to i pomimo zmęczenia uśmiechy nas nie opuszczały
Ostatnie metry do domu, słońce powoli chowało się za horyzontem

Tego dnia, doliczając dojścia do pociągu i kolejki, pokonaliśmy łącznie około 27 kilometrów. Większość dystansu prowadziła w dół, ale były i podejścia. Widoki jakie mieliśmy podczas wycieczki wynagrodziły z nawiązką trudy tego dnia. Była to najdłuższa wycieczka jaką do tej pory Marysia i Leon pokonali całkowicie o własnych siłach.

Dzień 5: Stary Sącz (odpoczynek)

Przez ostatnie 3 dni przeszliśmy niecałe 60 kilometrów, pokonując przy tym około 2 tysięcy metrów różnicy wzniesień. Nieśliśmy przy tym na zmianę Felicję oraz plecak z ubraniami i prowiantem. Dzieci też miały dwa małe plecaki na swoje drobiazgi i wodę. Przyszedł czas na odpoczynek. Wyspaliśmy się i po śniadaniu udaliśmy się autem na objazd okolicy. Dotarliśmy między innymi do wioski Brzyna, za którą znalazło się dogodne zejście do strumienia. W ciągu godziny postawiliśmy w nim dwie niewielkie tamy.

Na obiad pojechaliśmy do Starego Sącza. Największe wrażenie zrobiły na nas zabudowania klasztoru klarysek, który powstał tu z inicjatywy księżnej Kingi, żony Bolesława Wstydliwego. Niewielki ryneczek oraz uliczki zabudowane jedno i dwu piętrowymi kamieniczkami cieszyły oko. Obfity, smaczny a przy tym niedrogi posiłek zjedliśmy w restauracji Staromiejskiej. W sklepie z pamiątkami, dzieci kupiły drewniane pudełka na uzbierane do tej pory skarby. Następnie wróciliśmy do Piwnicznej. Na kolejny dzień zaplanowaliśmy wycieczkę, toteż po dniu lenistwa poszliśmy spać wcześniej.

Klasztor klarysek w Starym Sączu

Dzień 6: Radziejowa (1 266 m n.p.m.), 15,2 km, 519m przewyższeń

Dziś podjechaliśmy busem prawie na samą przełęcz Gromadzką, gdzie weszliśmy w zeszłym roku, czerwonym szlakiem z Jaworek (dzień ósmy z wyjazdu do Szczawnicy). Teraz skierowaliśmy się niebieskim oznaczeniem do wzniesienia Wielki Rogacz. Podczas krótkiego postoju na posiłek, zrobiło się tłoczno. Od strony Niemcowej biegli sportowcy z numerkami startowymi. Byli to uczestnicy VII Biegu Wierchami, których kolejnymi celami były Radziejowa, Przehyba oraz meta w Rytrze. Dystanse w jakich startowali to 30, 60 i 100 kilometrów. Ci z ostatniego wystartowali o 300 w nocy i mieli za sobą już prawie 80 kilometrów biegu tego dnia!

Na przełęczy Gromadzkiej, w tle Tatry
Podejście pod Wielki Rogacz

Po postoju ruszyliśmy w kierunku najwyższego szczytu Beskidu Sądeckiego – Radziejowej. Od przełęczy Żłóbki, gdzie ustawiony był punkt żywieniowy dla uczestników maratonu, ścieżka prowadziła ostro pod górę, aż do szczytu. Ruch był duży, poza biegaczami byli też jednodniowi turyści, którzy przyjechali na weekendowy spacer. Na Radziejowej stała, wysoka na 5 pięter, wieża obserwacyjna z widokiem na całą okolicę. Można było poobserwować z niej Tatry, szczyt Babiej Góry, Pieniny z charakterystycznymi Trzema Koronami, Gorce z Turbaczem, pasmo Jaworzyny Krynickiej oraz Góry Leluchowskie.

Widok z wieży na Radziejowej
5 pięter niżej

Zejście do Wielkiego Rogacza przeszliśmy tą samą drogą. Dalej przez Międzyradziejówki kontynuowaliśmy czerwonym szlakiem a następnie za Niemcową odbiliśmy na żółty szlak, który prowadził do Piwnicznej Zdroju gdzie zjedliśmy zasłużone lody. Pół godziny po dojściu do domu zaczęło padać, zgodnie z prognozami ze strony Mapy meteo. Ola upichciła coś na obiad po czym położyliśmy się do łóżek.

Na przełęczy Żłóbki. Żeby uprzedzić ewentualne pytania: nie, nie niosłem żadnej choinki w plecaku
Widok na Tatry

Dzień 7: Pusta Wielka (1 061 m n.p.m.), 15,9 km, 676m przewyższeń

Po wczorajszej zlewie zrobiło się chłodniej a do tego mocno wiało. Chociaż prognozy nie zapowiadały opadów to nad ranem spadł deszcz. Potem podczas dojazdu na kolejną wycieczkę też chwilę pokropiło. Auto zaparkowaliśmy w Wierchomli Wielkiej, niedaleko drewnianego kościółka. Odczekaliśmy jeszcze chwilę aż przestanie padać po czym ruszyliśmy ścieżką dydaktyczną oznaczoną kolorem czerwonym. Niebo było zachmurzone, gdzieniegdzie pojawiały się przebłyski słońca. Większa część drogi w górę prowadziła lasem, dzięki czemu wiatr nie był mocno odczuwalny. Ostatni kilometr na Pustą Wielką prowadził czarnym szlakiem. Nieopodal szczytu podeszliśmy by zobaczyć skałki, które stanowiły pomnik przyrody, leżące na granicy rezerwatu Wierchomla.

Przechodzimy przez most na Wierchomlanką
Malownicza łąka, w tle góra Kiczera
Wystarczyła jedna noc z opadami by część ścieżek zmieniła się w błoto
Okolice Rezerwatu Wierchomla
Przedzieramy się przez bukowiny oraz…
… ponad pół metrowe krzaki jagodzin
Dzieci bardziej fascynowała okoliczna fauna
Wychodnia piaskowcowa z ukrytą w niej małą jaskinią

Kolejne 5 kilometrów prowadziło niebieskim szlakiem, bez większych podejść. W tym miejscu schodziły się trasy zjazdowe kompleksu Dwie Doliny Muszyna-Wierchomla. Teren był odkryty, wiał silny i zimny wiatr co nawet podobało się dzieciom bo zaczęły biegać i podskakiwać co kilka kroków jakby próbowały wzbić się w powietrze. Przyspieszyliśmy kroku i niebawem zasiedliśmy w bacówce PTTK nad Wierchomlą. Czekając na pierogi z bryndzą oraz na słodko z serem zjedliśmy kanapki przygotowane w domu. Tu także można było nabyć pamiątkowe odznaki, dzieci otrzymały w nagrodę za wytrwałość. Zebrały też pieczątki do pamiątkowych albumów. Gdy zaczęły się wygłupiać i dokuczać sobie na wzajem był to znak, że już wypoczęły i możemy iść dalej.

Drzewa uginające się pod naporem silnych porywów wiatru
Droga w okolicy Długich Młaków
Soczysta, wiosenna zieleń w pełnej krasie
Widok z jadalni w Bacówce PTTK nad Wierchomlą

Zeszliśmy drogą dojazdową do bacówki oznaczoną jako zielony szlak rowerowy. Było nieco dłużej niż pieszym szlakiem w kolorze czarnym, ale za to z mniejszym nachyleniem. W połowie zejścia, Ola i dzieci zobaczyły żywą salamandrę plamistą, niestety szybko się schowała i nie udało się zrobić jej zdjęcia w całej okazałości. Ten płaz o oryginalnym wyglądzie, jest gatunkiem chronionym i niestety zagrożonym wyginięciem. Sam widziałem go tylko dwa razy w życiu. Jeszcze na poprzednim wyjeździe w górach powiedziałem dzieciom, że jak uda im się wypatrzyć żywy okaz nakrapianego w żółte plamki płaza to otrzymają niespodziankę. No i w końcu się udało!

Schodzimy
Pojazd do prac leśnych ochrzczony nazwą 'cyklop’
Rzadko spotykana salamandra plamista (zdjęcie zrobione z daleka by nie stresować zwierzęcia)

Niedaleko parkingu, dzieci zaczęły narzekać na bolące nogi. Na kilkadziesiąt metrów przed autem nastąpiło cudowne ozdrowienie i odzyskanie sił. Taki efekt wywołał plac zabaw z makietą samolotu z doczepionymi doń zjeżdżalniami – cała trójka w jednej chwili wbiegła na zabawki. Gdyby takie atrakcje ustawić na szlaku nie byłoby problemów ze zwiększeniem motywacji do marszu. Po zabawie wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy do domu. Ochłodzenie sprawiło, że tego dnia wędrowało się przyjemnie. Byliśmy też mniej zmęczeni niż zwykle, chociaż to mogło wynikać z aklimatyzacji i kilku dni, podczas których rozchodziliśmy nogi.

Samolot, który sprawił, że dzieci w chwilę odzyskały siły

Dzień 8: Eliaszówka (1 023 m n.p.m.), 12,9 km, 357m przewyższeń

Z rana pogoda jak dzień wcześniej. Pochmurnie, z zimnym i porywistym wiatrem. Spakowaliśmy cieplejsze ubrania i podjechaliśmy zamówionym busem pod przełęcz Gromadzką, tak jak szóstego dnia gdy szliśmy na Radziejową. Tym razem skierowaliśmy się na południowych wschód zielonym szlakiem. Wymyślając z dziećmi śmieszne historie w ciągu godziny doszliśmy na Eliaszówkę. Stała na niej drewniana wieża obserwacyjna, z której częściowo widać było panoramę Tatr, chociaż nie tak ładnie jak z Radziejowej bo część widoku przysłaniały drzewa. Zapewne za kilka lat gdy jeszcze urosną pozostanie tylko widok na drugą stronę. Za to pasmo Radziejowej i Jaworzyny widoczne były doskonale.

Widok z wieży na Eliaszówce

Dzieci odpoczęły. Ruszyliśmy dalej. Od tego miejsca droga schodziła stopniowo w dół, aż do Piwnicznej. Pogoda się poprawiła, pojawiło się więcej słońca a wiatr osłabł. Fragment szlaku prowadził wzdłuż granicy ze Słowacją. Podczas drogi Marysia z Leonem na zmianę ratowali żuczki i inne robaczki, które przewróciły się na grzbiet lub wpadły do kałuż, powstałych po nocnych opadach. Z miejscowej fauny, Leonowi udało się zobaczyć z bliska zająca, który zaszył się w krzakach. Zanim podeszliśmy po kilku susach zniknął w gęstwinie. Spotkaliśmy też kilka padalców oraz ślady wilków.

Łąka w okolicy Świniego Gronia
Okolice Magury
Droga ze schodami prowadząca na granicy Polski i Słowacji
Padalec, który w teatralny sposób udawał martwego
Malowniczy krajobraz po stronie słowackiej
Spacer przez łąki
Snopki we wsi Piwowary

Według mapy, druga wieża widokowa na naszej wycieczce stała w wiosce Piwowary. Niestety okazało się, że jest to prywatny obiekt. Po rozmowie z miejscowymi wyszło, że wraz z całą posesją, na której stoi jest własnością rodziny posiadającej popularną markę lodów. Dalej droga schodziła stromo w dół po betonowych płytach. Leon miał z nas chyba najwięcej siły bo miejscami zbiegał, nie widać było po nim zmęczenia. Marysia ponownie komunikowała ból stóp. Podobnie jak mnie, zejścia męczyły bardziej niż wspinaczka. Na dole, już w Piwnicznej Zdroju, dzieci wypatrzyły plac zabaw, po czym ruszyły do zabawy. Do domu pozostał już tylko kawałek. Kolejnego dnia czekała nas ostatnia wycieczka.

Panorama Piwnicznej Zdrój

Dzień 9: Hala Łabowska (1 061 m n.p.m.), 13,2 km, 686m przewyższeń

Po dwudniowym ochłodzeniu zrobiło się cieplej. Z plecaka wypakowaliśmy bluzy a na nogach z powrotem pojawiły się krótkie spodenki. W planie była ponownie Hala Łabowska, ale z wejściem i zejściem od strony zachodniej. Spakowaliśmy dużo suchego prowiantu pamiętając, że w schronisku PTTK jedzenie nie było najsmaczniejsze a przy tym dość drogie. Szarlotka, której ostatecznie nie wzięliśmy, kosztowała 17 złotych.

Podejście rozpoczęliśmy niebieskim szlakiem, z parkingu koło leśniczówki położonej na końcu wsi Łomnica Zdrój. Idąc wzdłuż potoku Łomniczanki dało się zaobserwować ciekawe formacje skalne, które tworzyły koryto strumienia. Po 2 kilometrach płaskiej drogi rozpoczęło się strome podejście. Na dystansie jednego kilometra pokonaliśmy około 300 metrów różnicy wzniesień – to tak jakby wejść na pałac kultury w stolicy. Maria i Leon dzielnie pokonywali każdy metr tego odcinka.

Potok Łomniczanka
Mały wodospad na potoku Łomniczanka, ciekawe formacje skalne
Jeszcze chwilę po płaskim
I przez strumień
Strome podejście
We dwójkę na jednej parze nóg
Zmarszczki na jodłowej skórze ustrojone w niebieski szlak

Za Halą Groń teren wypłaszczał się a następne podejścia były krótsze i mniej strome. Na wysokości około tysiąca metrów w okolicy Hali Skotarki, rozpościerał się piękny widok, którego głównym tematem było pasmo Tatr. Dzieci zainteresowały się motylami. Delikatne owady krążyły wokół nich, nawet siadały na ubraniach i ciele. Można było je obserwować z bliska. Po kolejnym kilometrze doszliśmy do schroniska na Hali Łabowskiej, gdzie spędziliśmy dobrą godzinę posilając się i odpoczywając. Było tu kilka grupek turystów, z którymi nawiązaliśmy rozmowę. Wcześniej na szlaku nie spotkaliśmy nikogo.

Śmiałe motyle nie bały się na nas siadać
Hala Skotarki z widokiem na tatrzańskie szczyty

Na drogę powrotną wybrałem żółty szlak przez Łaziska i Siodło pod Parchowatką. Felicja zasnęła dopiero teraz, na wcześniejszych wycieczkach zasypiała przeważnie na pierwszym etapie podczas podejść. Idąc w dół Marysia wymyśliła długą historię rozwijając ją w miarę jak wpadały jej do głowy nowe pomysły. Tematem przewodnim była budowa domu, takiego do zabawy, ale wyposażonego jak prawdziwy – omawiała co by w nim było i jakby się tam bawili.

Ostatnie zejście
Widok w kierunku Morczkówki

W miejscu gdzie dochodził czerwony szlak spacerowy odbiliśmy w prawo do Łomnicy Zdroju, skracają drogę o przeszło 3 kilometry. Przed parkingiem zauważyliśmy autokar pozostawiony na ulicy z włączonym silnikiem. Chwilę potem pojawił się kierowca niosąc butelki wypełnione wodą. Okazało się, że przy niepozornym zejściu na łączkę znajduje się źródło o nazwie Łomniczanka. Woda musiała zawierać duże ilości żelaza bo kamienie i ziemia w miejscu gdzie się wydobywała były zabarwione w kolorze rdzawym. Obok źródła była też mofeta z wydobywającymi się z pod ziemi bąbelkami. W pobliżu znajdował się niewielki wodospad. Miejsce było ładne, ale zaniedbane. W około zalegały śmieci. Niedużym nakładem pracy można by je uczynić ciekawą atrakcją turystyczną.

Na skróty do Łomnicy Zdroju
Widoki prawie alpejskie
Źródło Łomniczanki
Potok Łomniczanka z 3 metrowej wysokości wodospadem

W tym miejscu zjedliśmy ostatni prowiant. Dzieci korzystając z przerwy bawiły się przy wodzie. Przed parkingiem minęliśmy jeszcze jedno źródło o nazwie Stefan. Ono także ciurkało wodą o charakterystycznym smaku i zabarwieniu. Wieczorem, po kolacji, zabrałem Felicję na spacer w okolice rzeki Poprad. Marysia i Leon bawiły się pod domem. Ola w tym czasie w spokoju pakowała nas na podróż powrotną. Wakacje w górach dobiegały końca.

Dzień 10: Muszyna

Po śniadaniu i spakowaniu bagaży ruszyliśmy w drogę powrotną. Przed wyjazdem nabraliśmy jeszcze wody z ogólnodostępnego odwiertu piwniczanki. Wracając zatrzymaliśmy się w Muszynie by zwiedzić reklamowane ogrody sensoryczne. Park znajdował się na wzgórzu leżącym w zakolu rzeki Poprad. Było w nim dużo nasadzeń, w najwyższym punkcie stała wieża widokowa. W drugiej części, na niewielkiej nizince znajdowały się m.in. klatki z egzotycznymi ptakami oraz znane nam, z wyjazdu nad jezioro Śniardwy, alpaki. Po zwiedzaniu wsiedliśmy do auta i już bez przystanków pojechaliśmy do domu.

Przy źródle piwniczanki
Panorama Muszyny

Podsumowanie

Beskid Sądecki to dobre miejsce dla rodzin z dziećmi. Jako bazę wypadową można polecić szczególnie Piwniczną Zdrój. Wokoło jest duże zagęszczenie szlaków przechodzących przez tę miejscowość a także okoliczne Rytro, Barcice czy Żagiestów. Wymienione miejscowości łączy linia kolejowa. W każdym momencie zaplanowaną wycieczkę można skrócić lub wydłużyć w zależności od sił i motywacji. Do wielu szlaków można podjechać koleją lub autem.

Największa baza noclegowa na tym obszarze znajduje się właśnie w Piwnicznej Zdroju. Nam udało się znaleźć nowy apartament w skład, którego wchodziły dwie sypialnie, kuchnia, łazienka i toaleta w cenie 175 złotych za dobę. Dużym plusem była niewielka odległość do kolejki, z której skorzystaliśmy by podjechać na dwie wycieczki. Na miejscu główną atrakcją dla dzieci były kury biegające po podwórku. Dzieci z chęcią dokarmiały je płatkami owsianymi. Felicja z kolei bardzo chciała je przytulać, kilka razy to się jej nawet udało.

Pierwsza połowa czerwca to termin gdy na szlakach jest jeszcze pusto. To też najdłuższe dni w roku dzięki czemu w trakcie wycieczki można sobie pozwolić na dłuższe przerwy regenerujące nie martwiąc się, że będziemy wracać jak zapadnie zmrok. Do minusów można zaliczyć prace leśne przeprowadzane przed sezonem przez co nie wszystkie szlaki były dostępne.

Pamiątkowe szkatułki ze skarbami z wakacji

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *