Wybór trasy na tegoroczną wyprawę rowerową był prosty. Chcieliśmy dokończyć objazd polskiej części wybrzeża Bałtyku, prowadzący w głównej mierze po szlaku EuroVelo 10. W zeszłym roku podróżowaliśmy wzdłuż Wybrzeża Środkowego od Kołobrzegu do Kopalina. Teraz brakowało nam jeszcze początku i końca. W między czasie, gdy planowałem ślad trasy, noclegi i atrakcje, okazało się, że nasz urlop będzie trwał dłużej niż pierwotnie planowaliśmy. Z tego powodu pomiędzy dwa odcinki trasy, czyli Świnoujście-Kołobrzeg oraz Kopalino-Piaski dołożyłem trzeci, który prowadził przez Pojezierze Drawskie.

Cała marszruta, wraz z dojazdem, miała trwać 30 dni i stanowić trzy oddzielne etapy. Z tego powodu postanowiłem, że tekst pojawi się w trzech osobnych wpisach. Pierwszy z nich, znajdujący się poniżej, opisuje objazd zachodniej części wybrzeża. Według danych z licznika rowerowego, wspólnie przejechaliśmy około 150 kilometrów.

Opis drugiej części podróży: Etap II: Pojezierze Drawskie – slow travel w naszym wydaniu

Opis trzeciej części podróży: Etap III: Parki krajobrazowe, mierzeje i zatoki Pobrzeża Gdańskiego

Poniżej mapa ze śladem naszej trasy. Plik GPX przed załadowaniem został zoptymalizowany.

Dzień 1: dojazd nad morze

Pobudka o 300 w nocy. Ola naprędce przygotowała kanapki i prowiant na drogę. Zanim udało się obudzić młodszą część rodzinki oraz upchać ostatnie bagaże do auta było przed 500. Większą część drogi do Międzyzdrojów, pokonaliśmy drogą krajową numer 10. Unikam autostrad, lubimy mieć możliwość zatrzymania się kiedy nam pasuje.

Po południu zajechaliśmy przed mały, kameralny Camping Plaża w Międzyzdrojach. Wydawało się, że jest jeszcze kilka wolnych miejsc na rozbicie namiotu, ale pan w recepcji poinformował nas, że ma komplet, a puste parcele są zarezerwowane. W drugiej kolejności było pole namiotowe Forest Camp. Miejsce na namioty znajdowało się w małym, sosnowym lasku. Suche konary drzew nie wzbudzały zaufania. Rozbiliśmy się więc między kamperami i większymi namiotami, po środku terenu, gdzie nie było drzew. Koszt noclegu wynosił 70 zł plus 30 zł za auto. Obsługa była sympatyczna, ale teren ośrodka trochę zaniedbany. Brakowało też biwakowej atmosfery. Może po prostu nastawiliśmy się na coś innego.

Po rozbiciu namiotu udaliśmy się na spacer w kierunku morza. Po drodze zjedliśmy obiad w barze Pod Żaglami, ale posiłek był mało zjadliwy. Same Międzyzdroje nie zrobiły na nas dobrego wrażenia. Spodziewaliśmy się klimatu uzdrowiska. Tym czasem ulice szpeciły obskurne budy z plastikową tandetą i fast food’ami o zapachu nie wspominając. Na plaży było ok, łopaty poszły w ruch. Dzieci cały rok na to czekały. Olę od rana dręczył ból głowy, więc po rozbiciu namiotu i przepakowaniu części rzeczy z auta ponownie zabrałem dzieci na miasto, by mogła odpocząć. Po 2200 położyliśmy się spać. Wiatr się wzmógł, jednak wieczór był ciepły. Około północy zapowiadane były opady deszczu.

Na plaży w Międzyzdrojach

Dzień 2: Międzyzdroje – Świnoujście, 29 km

Rano było sucho więc albo nie padało, albo deszcz był niewielki. Według prognoz w ciągu dnia mogliśmy liczyć na przejściowe opady deszczu. Nic groźniejszego nie zapowiadano. Po śniadaniu, na które składało się ciepłe mleko z otrębami i płatkami, zapakowaliśmy rzeczy do auta a do sakw rowerowych wsadziliśmy tylko płaszcze i wiatrówki.

Pierwotnie planowałem zacząć podróż od latarni w Świnoujściu, jednak nie znalazłem tam sensownego miejsca do pozostawienia auta na kolejne dni, gdy będziemy przemieszczać się na rowerach. Dzisiejszy etap wycieczki zaczynał się i kończył w tym samym miejscu. Głównym celem było zwiedzenie latarni w Świnoujściu. Zanim wyjechaliśmy, Leon niespodziewanie wyrwał sobie pierwszy mleczny ząb, który ruszał mu się już od dwóch tygodni. Pojawiły się pytania czy Wróżka Zębuszka znajdzie nas na wakacjach oraz czy potrafi wejść do namiotu. Odpowiedź uzyskaliśmy kolejnego poranka. Tymczasem z Międzyzdrojów wyjechaliśmy nieco po 1000. Pierwsze 3 kilometry wiodły nową, dobrze ubitą, szutrową drogą, wzdłuż nadmorskich wydm. Gdyby taka droga ciągnęła się do naszego celu, dojazd zająłby nam godzinę. Spodziewałem się, że im bliżej granicy niemieckiej, tym trasy rowerowe będą lepszej jakości. Myliłem się.

Krótki fragment nowej drogi rowerowej prowadzącej w kierunku Świnoujścia

Najpierw musieliśmy wciągnąć rowery na piaszczyste wzniesienie. Mój zestaw razem z przyczepką ważył około 90 kg, nie było łatwo, cała rodzina pomagała pchać. Dalej trasa prowadziła lasami Półwyspu Przytorskiego. Droga EuroVelo 10 naszpikowana była różnymi przeszkodami typu: piach, duże kamienie, korzenie. Leon z początku nie był zachwycony takimi „niespodziankami„, ale ustaliliśmy że jest to tor przeszkód i zmieniło się nastawienie co do jakości trasy. W tym stylu pokonaliśmy kolejnych 8 kilometrów. Na wysokości terminalu gazu skroplonego LNG wjechaliśmy na asfalt. Wszyscy, łącznie z Felicją, odczuliśmy ulgę. Jeszcze kawałek i zaparkowaliśmy rowery pod latarnią morską w Świnoujściu.

Dalej były takie „atrakcje” jak jazda po kamieniach…
… po piachu też
Ciekawa kapliczka

Ola została z najmłodszą córką a ja wraz z Marią i Leonem, po zakupie biletów i wbiciu pamiątkowych pieczątek do paszportów Miłośnika Latarni Morskich, rozpoczęliśmy wspinaczkę po 308 schodach imponującej konstrukcji. Jej budowa została ukończona w 1857 roku. Mierząca 67,6 metra bliza jest najwyższą tego typu budowlą na polskim wybrzeżu. Widoki rekompensowały trudy przebytej drogi. Dzieciom szczególnie podobała się przemysłowa część portu widziana z tej perspektywy. Na dole zjedliśmy małe co nieco z naszych zapasów i podjechaliśmy jeszcze na Centralny Falochron, obok którego akurat przepływał prom do Szwecji. Był duży, dzieci pierwszy raz widziały z bliska tak wielki statek. Po drugiej stronie ujścia Świny widać było Stawę Młyny, znak rozpoznawczy miasta.

Widok z latarni morskiej w Świnoujściu na przemysłową część nabrzeża
Widok na otwarte morze, w tle Stawa Młyny usytuowana na końcu Falochronu Zachodniego

W drodze powrotnej postanowiliśmy zwiedzić Podziemne Miasto. Kompleks schronów, ukrytych pod ziemią, wzniesiony między 1936 a 1938 rokiem. Przez półtorej godziny chodziliśmy korytarzami łączącymi schrony bojowe i pomocnicze, które wybudowane zostały przez Niemców. Po wojnie zabudowania zostały przejęte przez Wojsko Polskie. Jako atrakcja turystyczna funkcjonuje od 2013 roku. W cenie biletów wliczony był przewodnik, który w humorystyczny sposób opowiadał ciekawostki związane z tym miejscem. Dzieci zainteresowały się historią mimo, że tematyka jak na ich wiek była poważna. Gdy wyszliśmy na powierzchnię, Ola oznajmiła, że ominął nas niewielki deszcz, który przeczekała z Felicją pod zadaszeniem. Droga powrotna mijała szybciej niż w pierwszą stronę. Może za sprawą znajomości trasy albo zbliżającego się końca wycieczki. Gdy dojechaliśmy do odcinka nowej drogi rowerowej przed Międzyzdrojami, mieliśmy spory zapas czasu. Zeszliśmy razem na plażę, gdzie spędziliśmy ponad 2 godziny.

Inscenizacja w jednej z sali Podziemnego Miasta
W sali obok głównej kwatery dowodzenia
Wracamy do Międzyzdrojów
Niewielkie pagórki urozmaicały podróż
Obiecana wizyta na plaży, w tle Międzyzdroje oraz fragment Klifu w Wolińskim Parku Narodowym

Na wieczór zapowiadany był deszcz. Od zachodu zbliżały się, niesione mocnymi porywami wiatru, ciemne chmury. Przed wjazdem na kemping zdążyliśmy jeszcze zrobić niewielkie zakupy. Gdy podjechaliśmy do auta lunęło. Zarzuciliśmy w pośpiechu plandekę na rowery i schowaliśmy się do namiotu. Ponieważ Felicja wyspała się w trakcie dnia w przyczepce teraz ani myślała się położyć. Rozpierała ją energia, jak to 2 letnie dziecko. Powierzchnia namiotu, nieco ponad 2 metry na 2 metry to zdecydowanie zbyt mało w takich okolicznościach. Jak tylko przestało padać zrobiliśmy kolację, potem Ola wykąpała całą trójkę pod prysznicem. Spać poszliśmy po 2300.

Dzień 3: Międzyzdroje – Międzywodzie, 32 km

Tym razem w nocy sporo padało. Z rana tropik był cały mokry. Dziś mieliśmy zostawić auto na miejscu i ruszyć dalej tylko na rowerach. Wstaliśmy po 600. Ponowne przepakowanie rzeczy i śniadanie zajęły nam dużo czasu. Kemping opuściliśmy po 1100. Jechaliśmy szlakiem EuroVelo 10, który wkrótce wjeżdżał do Wolińskiego Parku Narodowego. Tu znajdowała się zaplanowana, główna atrakcja dnia: pokazowa zagroda żubrów. Zwierzęta te zostały sprowadzone na wyspę Wolin w 1976 roku. Żyją na terenie zamkniętym, ponieważ lasy parku mają dla nich zbyt słabą bazę żywieniową. Są też pod stałą opieką weterynaryjną. Po przybyciu na miejsce okazało się, że obiekt zamknięty, akurat tego dnia.

W Wolińskim Parku Narodowym
Pogoda i humory dopisywały
Oznaczenia parku przy wyjeździe

Trudno, pojechaliśmy dalej. Przyzwoita, gruntowa droga wiodła przez las. Pofałdowany teren dawał odczuć, że przejeżdżamy przez obszar nazywany Pasmem Wolińskim. Dzieci dzielnie pokonywały każdy podjazd. Na wysokości Warnowa skręciliśmy w lewo by po niecałych 2 kilometrach zjechać na ścieżkę dydaktyczną prowadzącą wzdłuż fragmentu linii brzegowej jeziora Czajcze. Tu zatrzymaliśmy się na popas w celu uzupełnienia spalonych kalorii. Nieopodal odnaleźliśmy Wydrzy Głaz ustanowiony pomnikiem przyrody nieożywionej. Głaz narzutowy ważący około 26 ton ma w obwodzie 8 metrów. Został przyniesiony w to miejsce przez lądolód w czasie ostatniego zlodowacenia ponad 10 000 lat temu. Nazwa eratyku wiąże się najprawdopodobniej z wydrami, które wylegują się na olbrzymim kamieniu w ciepłe dni. Podczas postoju lekko pokropiło jednak gęsty, liściasty parasol w postaci koron buków dał nam skuteczne schronienie.

Za Warnowem
Pierwszy popas w terenie tego dnia
Przy Wydrzym Głazie
Jezioro Czajcze

Ruszając w dalszą drogę minęliśmy się z grupą rowerzystów, których poznaliśmy dzień wcześniej na plaży. Podobnie jak my, zmierzali na wschód wzdłuż wybrzeża. Kilometr dalej, nie dojeżdżając do miejscowości Wisełka, skręciliśmy do wsi Domysłów, opuszczając granice Wolińskiego Parku Narodowego. Kawałek dalej odbiliśmy w lewo na drogę łączącą południową część wyspy z Kołczewem. Do tej miejscowości droga była wąska a w jej skrajni rosły wiekowe drzewa. Ruch był spory a kierowcy wyprzedzali nas niebezpiecznie blisko oraz szybko. Za Kołczewem ponownie przeszła chmura z deszczem. Znaleźliśmy niewielkie zadaszenie, gdzie schowaliśmy się razem z dziećmi. Sprzęt zasłoniliśmy plandeką, którą wiozłem na wierzchu. Po kilkunastu minutach przestało padać i wróciliśmy na trasę.

Po przelotnym deszczu, który przeczekaliśmy pod parasolem z drzew, jedziemy dalej
Na kolejny opad, trwający kwadrans, schroniliśmy się pod wiatą magazynu
Za Chynowem już sucho

W Sierosławiu zjechaliśmy z asfaltu na drogę rowerową. Chociaż czasy świetności miała już za sobą, była bezpieczniejsza od fragmentu szosy przed Kołczewem. Przez ostatnie kilka kilometrów jechałem z Marią, której nie opuszczała wena. Opowiadała mi wymyśloną historię jak to razem z całą rodziną zbudujemy pojazd rowerowy o 6 kołach, który będzie jednocześnie kamperem. W ten sposób dojechaliśmy do Międzywodzia. Ponieważ minęło ponad 30 kilometrów postanowiliśmy rozbić namiot w pobliskim ośrodku Reda. Po raz trzeci zanosiło się na deszcz, toteż ekspresowo rozłożyliśmy namiot i schowaliśmy w nim nasz dobytek. Kiedy ustawiałem rowery okazało się, że nie mam kluczy do zabezpieczeń oraz przyczepki. Nie byłem pewien czy pozostały w aucie czy wypadły mi gdzieś po drodze.

Ponieważ nie miałem jak odczepić przyczepki od roweru (dopiero po powrocie pomyślałem, że przecież mogłem wyjąć cały zacisk od koła i w ten sposób uwolnić się od wózka Felicji) a zbliżał się wieczór pobiegłem na przystanek, gdzie po 20 minutach wsiadłem do autobusu jadącego do Świnoujścia. Niecałą godzinę później grzebałem w aucie pozostawionym na kempingu w Międzyzdrojach. Odetchnąłem z ulgą gdy znalazłem komplet kluczy. Z powodu nieuwagi straciłem 3 godziny, mimo to cieszyłem się, że nie zgubiłem ich po drodze.

Wieczorem poszliśmy na lody oraz zajrzeliśmy na plażę. Wiał silny wiatr a na niebie kłębiły się złowieszcze chmury. Wyglądało, że pogoda będzie się zmieniać, ale na jaką? Po krótkim spacerze zaszliśmy do świetlicy, gdzie ustawione były stoły do piłkarzyków i bilardu. Po kilku partyjkach przyszedł czas na toaletę i spanie. Z tego wszystkiego nie zapłaciłem za nocleg, odłożyłem to na rano. Dzieciom podobał się ośrodek. Najbardziej plac zabaw a także rówieśnicy, z którymi szybko złapali kontakt.

Po lewej stronie klif w Wolińskim Parku Narodowym oraz światła Świnoujścia

Dzień 4: Międzywodzie – Pustkowo, 27 km

Z uwagi na wczorajsze komplikacje, do snu ułożyliśmy się bardzo późno. Spaliśmy dłużej i zanim zjedliśmy śniadanie oraz zapakowaliśmy rowery, było już południe. Za pobyt zapłaciłem 60 zł. Warunki były dobre, ciepła woda, czysty teren, plac zabaw. Zastanawialiśmy się nawet czy nie zostać tu jeden dzień dłużej bo Maria z Leonem dobrze bawili się z innymi dziećmi z ośrodka, ale nie chciałem już na początku robić przerwy, bo nie wiadomo było jaka będzie pogoda. Opuszczając plac podjechaliśmy do pobliskiego mini zoo, gdzie znajdowały się między innymi króliki, żółwie i zabawna kozia rodzinka. Przy wyjeździe z Międzywodzia zahaczyliśmy także o wesołe miasteczko, gdzie dzieciaki skorzystały z kilku atrakcji.

Mini zoo w Międzywodziu
Koziniec
W wesołym miasteczku przy wyjeździe z Międzywodzia
I jeszcze jedna rundka

Do Dziwnowa toczyliśmy się po drodze rowerowej biegnącej wzdłuż drogi krajowej numer 102. Teren Mierzei Międzywodzkiej, stanowiącej wschodnią odnogę wyspy Wolin, był płaski. Do Dziwnówka ścieżka prowadziła zaraz przy brzegu jeziora Wrzosowskiego. Dalej do Łukęcina, gdzie zjedliśmy obiad w jednej z knajp. Następnie do Pobierowa jechaliśmy lasem. Do tego miejsca od początku wyjazdu oznaczenia szlaku EuroVelo 10 były kiepskie, nawigowałem na podstawie mapy przedstawiającej wyspę Wolin i okolice w skali 1:50 000. Dopiero w Pobierowie pojawiły się, znane nam z zeszłego roku, pomarańczowe tabliczki wskazujące kierunek jazdy oraz kilometry do kolejnych miejscowości.

Droga przed Łukęcinem
Koło Pobierowa

Miejscowość była duża, główna ulica zagęszczeniem turystów na metr kwadratowy mogłaby z pewnością konkurować z Krupówkami. Jadąc długim bulwarem nie udało się uniknąć pokus. Marysia zatrzymała się na zaplatanie kolorowego warkoczyka a Leon dostał siatkę na patyku do łapania motyli. Niemal niezauważenie Pobierowo przeszło w Pustkowo. Marysia podpytywała się o możliwość pójścia na plażę. Felicja zaczynała się nudzić w przyczepce. Zaparkowaliśmy obok najbliższego zejścia na plażę. Ola z dziećmi zeszła nad brzeg morza a ja zostałem przy rowerach. Wykorzystałem ten czas na uzupełnienie dziennika z naszej wakacyjnej wyprawy.

Nasz majdan na kółkach

Po powrocie plażowiczów podjęliśmy decyzję, że na noc zostajemy w Pustkowie. W miejscowości znajdowało się kilka kempingów. Pierwszym na mojej liście było pole Przy Morzu, gdzie szczęśliwie znalazło się jeszcze jedno miejsce na rozstawienie naszego niewielkiego namiotu. Nowe natryski, czyste toalety i zaplecze kuchenne a także zadbany teren a przy tym cena 40 zł były miłym zaskoczeniem. Mały plac zabaw, który dzieci zaczęły okupować zaraz od wjazdu na teren pola namiotowego to kolejny plus.

Plac zabaw na polu namiotowym Przy Morzu

Do zmierzchu zostało jeszcze trochę czasu, więc zabrałem Marię, Leona i Felicję na przechadzkę nad morze. Po drodze zatrzymaliśmy się pod Bałtyckim Krzyżem Nadziei, repliką tego ustawionego na szczycie Giewontu w Tatrach. Inspiracją do wybudowania tego monumentu były słowa Jana Pawła II „… jak wiatr wieje od Bałtyku po gór szczyty do krzyża na Giewoncie”. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na lody. Z uwagi na fakt, że ruchu nam nie brakowało, folgowaliśmy sobie w ten sposób niemal każdego dnia. Przed snem rozegrałem z Marysią kilka partii w karty, gdy młodsze rodzeństwo już smacznie spało. Do tej pory pogoda nam sprzyjała. W trakcie dnia temperatura utrzymywała się na poziomie 20 stopni w cieniu. Wiatr, który towarzyszył nam od przyjazdu osłabł. Deszczu było niewiele i w zasadzie poza paroma krótkimi epizodami w dzień, kiedy to udało nam się jakoś schronić, mocniej padało tylko w nocy.

Bałtycki Krzyż Nadziei
Czas wolny na plaży
Czekając na zachód słońca

Dzień 5: Pustkowo – Rogowo, 30 km

Pobudka o 700, w planie na dziś dojazd do Rogowa. Ola poszła z dziećmi po zakupy na śniadanie, w tym czasie ogarnąłem i zapakowałem część rzeczy. Po śniadaniu i złożeniu namiotu pożegnaliśmy sympatycznych właścicieli ośrodka i ruszyliśmy dalej na wschód. Pierwszy przystanek już w Trzęsaczu. Tu wjechaliśmy na taras widokowy, z którego dobrze widać ruiny kościoła wybudowanego na przełomie XIV i XV wieku. Świątynia pierwotnie oddalona była od morza o 2 kilometry, jednak za sprawą procesów abrazyjnych jej znaczna część na przestrzeni lat ulegała stopniowemu osuwaniu się z wysokiego klifu. Niegdyś była jedną z najokazalszych budowli sakralnych na tych terenach. Ostatnie nabożeństwo odbyło się w 1874 roku. Później, ze względów bezpieczeństwa, kościół zamknięto. Ostatnie oderwanie fragmentów południowej ściany miało miejsce w 1994 roku.

Plaża i ruiny kościoła w Trzęsaczu

W sąsiednim Rewalu także podjechaliśmy na taras widokowy. Od rana świeciło słońce i dzieci chciały pójść nad morze, jednak było jeszcze za wcześnie. Druga sprawa, że nie był to dobry teren do plażowania. Ludzi było multum, parawan przy parawanie. To nie nasze klimaty, wolimy kameralne miejsca. Ponadto w takim tłoku trudno upilnować dzieciaki. Miejscowości jakie mijaliśmy w trakcie dwóch ostatnich dni były bardzo blisko siebie. Czasami trudno było spostrzec kiedy wjeżdżamy z jednej do drugiej. Dodatkowo widać było dużo nowych inwestycji. Większe i mniejsze apartamentowce wyrastały jak przysłowiowe grzyby po deszczu. Jeżeli już teraz jest tu tylu turystów i ciężko znaleźć miejsce na plaży to co będzie w przyszłości? Jedno jest pewne, nie jest to dobre miejsce dla osób chcących odpocząć do tłumów.

Platforma widokowa w Rewalu
Na plaży dzień jak co dzień
Wiele ograniczeń nie dotyczy rowerzystów
Monstertrack’i

Jedziemy dalej. Do Niechorza prowadzi nowa, asfaltowa droga rowerowa. Kilometry zlatują szybciej. Na miejscu czekają nas dwie atrakcje. Pierwsza to wejście na kolejną latarnię morską oraz wbicie pamiątkowych pieczątek. Po pokonaniu odpowiedniej ilości schodów razem z Marysią i Leonem weszliśmy na niewielki taras widokowy otaczający zwieńczenie latarni, w którym znajdowało się światło lampy sygnalizacyjnej. Widok był niezły, wspólnie próbowaliśmy odnaleźć charakterystyczne punkty w terenie zaglądając w mapę. Po zejściu Ola zabrała całą trójkę do motylarni. Ja uzupełniałem wpis w notesie jednocześnie pilnując naszego dobytku. W pewnym momencie zagadnęła mnie po niemiecku zagraniczna turystka. Zapytała czy jestem z Niemiec, zdziwiła się gdy oznajmiłem, że z Polski. To był 4 dzień wyjazdu a tak zwanych sakwiarzy spotkaliśmy niewielu, z czego część była właśnie z Niemiec. U nas ten sposób spędzania wakacji dopiero raczkuje, najprawdopodobniej z powodu braku infrastruktury rowerowej.

Widok z latarni w Niechorzu
Stołówka dla motyli
Latarnia w całej okazałości, po prawej namiot motylarni

Z Niechorza do Pogorzelicy prowadziła gładka droga rowerowa, tym lepsza, że z dala od ulicy. Po jej południowej stronie znajdowało się jezioro Liwia Łuża. Kolejne 14 kilometrów za Pogorzelicą wiodło przez lasy wschodniej części Wybrzeża Trzebiatowskiego. Z jednego z wpisów w internecie pamiętałem by zaraz za Bagnem Pogorzelickim skręcić w prawo w szutrową drogę. W przeciwnym przypadku jechalibyśmy kilka kilometrów po bruku. W newralgicznym momencie okazało się, że zmieniono przebieg tego odcinka szlaku EuroVelo 10 i oznakowania już kierują na leśną drogę, którą miałem zamiar jechać. Po 6 kilometrach dojechaliśmy do punktu widokowego. Było tu zejście na plażę, gdzie poza kilkoma spacerowiczami nie było nikogo. Dzieci pobawiły się przy wodzie, z takich przerw cieszyły się najbardziej.

Droga rowerowa za Pogorzelicą, po prawej szyny czynnej kolei wąskotorowej
Plac budowy Baltic Pipe
Sosnowe lasy za Pogorzelicą
Tego dnia pogoda dopisywała
Pusta plaża przed Mrzeżynem

Po godzinie ruszyliśmy do Mrzeżyna. Fragment drogi prowadził jeszcze lasem, potem po chodniku. By czas się nie dłużył graliśmy w zabawę zgadnij co to, zadając sobie zagadki z podpowiedziami. Jeszcze kilka kilometrów i dojechaliśmy do Rogowa na kemping położony zaraz przy jeziorze Resko Przymorskie. Teren był bardzo duży, w większości odkryty. Znaczna część parcel zastawiona była kamperami oraz przyczepami. Przy recepcji znajdowały się sanitariaty i natryski z ciepłą wodą. Koszt noclegu to 60 zł. Po wypakowaniu rzeczy, około 1900 wzięliśmy się za przygotowanie obiadokolacji w postaci makaronu z tuńczykiem oraz kukurydzą, która bardzo smakowała Felicji. Wybierała ją z talerza w pierwszej kolejności. Kolejnego dnia miałem zamiar wstać skoro świt i pojechać na rowerze z powrotem po auto. Chciałem pójść spać wcześniej niż zwykle, ale zanim zakończyliśmy codzienne czynności wykonywane przed snem zrobiła się 2300. Życie, ale przynajmniej jest pole do usprawnień na przyszłość.

Po odpoczynku jedziemy dalej przez lasy
Miejsce odpoczynku rowerzystów z dostępem do prądu (tak zwany MOR)
Rzeka Rega i port w Mrzeżynie

Dzień 6: Rogowo – Grzybowo, 13 km (dodatkowo 98 km solo po auto)

Pobudka o 345 nad ranem. 15 minut później jechałem już w drogę powrotną po auto zostawione w Międzyzdrojach. Trasę, którą przejechaliśmy wspólnie w 3 dni pokonałem w 4 godziny. W tym czasie, mijając znajome miejsca. W myślach tworzyła mi się retrospekcja, uwzględniająca najciekawsze migawki z poprzednich dni. Po 800 byłem na miejscu. Zamontowałem do auta bagażnik z rowerem i ruszyłam w trasę powrotną do Rogowa, w którym znalazłem się o 1000.

Po śniadaniu oraz zapakowaniu rzeczy na rowery ruszyliśmy do Grzybowa na ostatni nocleg w tej części wyjazdu. W Dźwirzynie podjechaliśmy na taras widokowy zwieńczony ciekawą konstrukcją przypominającą symbol w jaki oznacza się pozycję na internetowych mapach. Kawałek dalej, ścieżka rowerowa prowadziła po wybudowanej niedawno, półtorakilometrowej kładce rozciągniętej na dźwirzyńskiej ruchomej wydmie zwanej Patelnią. Zbadano, że rocznie, wydma przemieszcza się o około 2 metry w kierunku północno-wschodnim. Kolejne kilometry wiodły po dobrze przygotowanej drodze dla rowerów. Pojawił się pierwszy głód, zwiększyliśmy tempo i dość szybko zajechaliśmy na jedyny kemping jaki znalazłem przed ujściem rzeki Parsęta w Kołobrzegu, skąd wystartowaliśmy w 10 dniową podróż rowerową rok wcześniej.

Taras widokowy w Dźwirzynie
„Patelnia” – wędrująca wydma

Pole namiotowe znajdowało się w Grzybowie i podobnie jak cała miejscowość było bardzo zatłoczone. W szczycie sezonu można się było tego spodziewać. Sympatyczny pan z recepcji z trudem wygospodarował nam jedno miejsce pod namiot. Zaraz po jego rozbiciu udaliśmy się na obiad. Jadłodajnia u Jacka, polecona przez recepcjonistę należała do właściciela ośrodka gdzie nocowaliśmy. Jedzenie było bardzo smaczne, porcje duże a ceny normalne. Było na tyle dobrze, że wzięliśmy dokładkę. To było najlepsze miejsce, w którym jedliśmy podczas całego wyjazdu.

Cztery rowery – surrealistyczna rzeźba w Grzybowie

Gdy wróciliśmy na kemping, dzieci poszły na plac zabaw. Miały tutaj dużo rówieśników więc były bardzo zadowolone. Ja ponownie pojechałem po auto, ale tym razem już tylko do Rogowa. Po godzinie byłem z powrotem. Ponieważ dzisiejszy odcinek był krótki, mieliśmy jeszcze czas by wstąpić na plażę. Dzieci skorzystały z możliwości popływania mini łódkami napędzanymi rękoma, potem udaliśmy się rowerami na objazd miasteczka i obiecane lody. Po powrocie Maria, Leon i Felicja ponownie poszły się bawić a my zapakowaliśmy auto by skoro świt wyjechać do Połczyna-Zdroju. Nocny manewr z przyprowadzeniem auta pozwolił na płynne połączenie pierwszej części podróży uwzględniającej zachodnią część polskiego wybrzeża Bałtyku z etapem drugim, czyli Pojezierzem Drawskim. Ola poszła z dziećmi na oświetlony deptak a potem wykąpała jeszcze całą trójkę. Spać poszliśmy przed 2400. To był długi i intensywny dzień, szczególnie dla mnie, jednak udało się wszystko zorganizować tak, jak chcieliśmy. Trzeba dodać, że pogoda cały czas nam sprzyjała.

Na plaży w Grzybowie, testujemy nowy sprzęt

Podsumowanie

Wyznaczając trasę tego odcinka starałem się trzymać jak najbliżej bałtyckich plaż. Wziąłem jednak poprawkę na jakość nawierzchni dzięki czemu większa część drogi prowadziła po Międzynarodowym Szlaku Rowerowy zwanym EuroVelo 10, który poza odcinkiem Świnoujście-Międzyzdroje, był dobrze przygotowany. Powodem tego wyboru była duża ilość bagażu jaką mieliśmy na rowerach oraz fakt, że Maria (8 lat) i Leon (6 lat) jechali na rowerach o własnych siłach przy czym Marysia pierwszy raz miała podpięte sakwy.

Najciekawszą częścią etapu był przejazd przez Woliński Park Narodowy i jego okolice. Tu z pewnością jeszcze kiedyś wrócimy, by dokładnie zapoznać się atrakcjami i krajobrazami Wyspy Wolin. Od Międzywodzia do Pogorzelicy, poza kilkoma atrakcjami dla dzieci, trasa nie była zbyt ciekawa. Trochę bardziej podobało nam się za Pogorzelicą oraz w okolicach Mrzeżyna i Dźwirzyna.

W tej części nie mieliśmy problemów z noclegami. Duża ilość przystępnych cenowo kempingów była niewątpliwym atutem tego regionu. Trasę z powodzeniem można polecić początkującym rowerzystom. Teren bez większych przewyższeń, gęsta sieć bazy noclegowej sprzyjają rodzinom z dziećmi, których średni dzienny dystans do przejechania nie przekracza 30 kilometrów. Nas jednak nie zauroczyła ta część wybrzeża. Bardziej podobało nam się zeszłoroczne Wybrzeże Środkowe, z ciekawym fragmentem od Ustki do Żarnowskiej, które eksplorowaliśmy rok wcześniej.

Opis drugiej części podróży: Etap II: Pojezierze Drawskie – slow travel w naszym wydaniu

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *