Nad krótszą wyprawą rowerową w okolice jeziora Czorsztyńskiego zastanawiałem się już dwa lata temu. Miał to być wyłącznie objazd samego zbiornika połączony z przepłynięciem promem do Niedzicy, które zamknęłoby niewielką pętlę – góra dwa dni jazdy. Wyjazd nie doszedł do skutku. W lipcu 2022 pojawiła się możliwość pracy zdalnej od teściów mieszkających w województwie świętokrzyskim. Na weekend zapowiadano niezłą pogodę, więc dobrałem trzy dni wolnego i obraliśmy kierunek na południe. Początkowo tematem przewodnim miał być przejazd przez przełom Dunajca i okrążenie zbiornika Czorsztyńskiego, jednak z uwagi na dodatkowe wolne dni postanowiłem, że rozszerzymy zakres wyprawki o okolice Nowego Targu oraz wjazd na Przehybę. Dzieci starsze to i skalę trudności można zwiększyć. Tym samym podczas pięciodniowego wyjazdu zaliczyliśmy rowerowo fragmenty Pienin, kotliny Orawsko-Nowotarskiej oraz Beskidu Sądeckiego.

Poza walorami krajobrazowymi, na jakich nam najbardziej zależało, chciałem też sprawdzić jak wygląda rowerowa jazda na ciężko w terenie o mocno zróżnicowanym profilu wysokościowym. Dla dzieci, zachętą do wyjazdu, była przede wszystkim możliwość przebywania w okolicy wody ze szczególnym nastawieniem na rzekę Białkę i Dunajec. Miały tu pod dostatkiem kamieni, z których mogły budować tamy czy wykorzystać je do innych celów. Wyobraźnię rozpaliła w nich także wizja wjechania wysoko w góry, gdzie mielibyśmy spędzić jedną noc. Całe szczęście nie były do końca świadome ile trudu może kosztować dostanie się z rowerami tak wysoko (na piechotę miały już tę przyjemność). Prawdę powiedziawszy, też nie zdawałem sobie sprawy ile siły trzeba by wtaszczyć obładowane rowery na taką wysokość. Mój plan awaryjny polegał na tym, że w ostateczności, w najtrudniejszych momentach, bagaże wniesiemy osobno a potem wepchamy same rowery. Jak wyszło finalnie będzie opisane niżej.

Dzień 1: Krościenko nad Dunajcem – Frydman, 46 km

Od dziadków, mieszkających w województwie świętokrzyskim, wyjechaliśmy z opóźnieniem, mimo że większość rzeczy była spakowana jeszcze dzień wcześniej. Na kemping Cypelek w Krościenku nad Dunajcem – nasz punkt startowy – dotarliśmy około 10:30 a o 11:00 na załadowanych sakwami rowerach wjechaliśmy na szlak rowerowy Velo Dunajec. Trzymaliśmy się go już do końca dnia. Pierwszy postój wypadł tuż za Szczawnicą. W miejscu, gdzie ścieżka wjeżdżała w obszar spektakularnego przełomu Dunajca, zwiedziliśmy wystawę w pawilonie Pienińskiego Parku Narodowego. Eksponaty w gablotach przedstawiały faunę i florę tutejszego ekosystemu.

W pawilonie wystawowym Pienińskiego Parku Narodowego

Następne 8 kilometrów prowadziło po słowackiej stronie, szutrową drogą zawieszoną nad Dunajcem. Pieszych i rowerzystów było sporo – w miarę upływu kilometrów zwiedzający się wykruszali. Za to na rwących wodach rzeki ruch jak na Marszałkowskiej. Liczba spływających tratw, pontonów i kajaków świadczyły, że trafiliśmy na szczyt sezonu. Cóż się dziwić, pogoda wyśmienita. Nad naszymi głowami rozpościerał się widok na skalne ściany sięgające kilkuset metrów. Poza skałkami Przechodni Wierch, Klejowa czy Łysina była też znana wszystkim Sokolica na szczycie, której dzieci dostrzegły małych ludzików.

Wjeżdżamy w przełom Dunajca
Już po słowackiej stronie
Kilkusetmetrowy fragment z eleganckim asfaltem
Nad Dunajcem, w tle Osobitna skała
Miejscami było wąsko, ale nawierzchnia pierwsza klasa
Ruch na rzece większy niż na drodze
Tablica informacyjna, jeszcze do roku 1957 dopływał tu łosoś atlantycki

Pierwsza ekscytacja minęła, Maria z Leonem zaczęli się nudzić. W końcu dotarliśmy do Czerwonego Klasztoru, który z uwagi na dużą liczbę turystów a także potrzebę znalezienia miejsca, w którym moglibyśmy zaspokoić pierwszy głód, szybko minęliśmy. Na wysokości Sromowców Niżnych przedostaliśmy się kładką pieszo-rowerową na polską część trasy. Nieopodal znajdowało się schronisko PTTK Trzy Korony, w którym kiedyś nocowaliśmy. Zasiedliśmy na obszernym tarasie z widokiem na szczyty Trzech Koron i zamówiliśmy dla nas pierogi juhasa a dla dzieci pierogi na słodko. Jedzenie było bardzo smaczne. Po posiłku dzieci, w ramach odpoczynku, zajęły się karmieniem kóz pasących się na pobliskim pastwisku. Maria i Leon nie mogli się już doczekać kempingu z obiecanym strumieniem i skrupulatnie odliczali kilometry. Szczególnie Marysia, znając dystans do przejechania i posiadając licznik, na bieżąco przeliczała liczbę kilometrów jaka pozostała do celu dnia.

Przy Czerwonym Klasztorze
Dunajec, na drugim planie szczyt Trzech Koron
Na kładce pieszo rowerowej łączącej Sromowce Niżne z Czerwonym Klasztorem
Pieniński Park Narodowy i Trzy Korony
Chwila odpoczynku
Karmimy kozy
Jeszcze jedna pocztówka z Trzema Koronami

Byliśmy w połowie etapu tego dnia. Do tamy i zamku w Niedzicy dojechaliśmy całkiem sprawnie. Trasa na tym odcinku prowadziła częściowo po drodze dla rowerów a także ulicy o niewielkim ruchu aut. Do tego miejsca poruszaliśmy się wzdłuż rzeki. Na wysokości tamy czekał nas większy podjazd. Za zamkiem zjechaliśmy odpocząć na plaży nad jeziorem Czorsztyńskim. Po małym co nie co, wjechaliśmy na oddany rok wcześniej odcinek drogi rowerowej okalającej zalew. O ile wcześniej podjazdów było niewiele od tego miejsca nie mogliśmy na nie 'narzekać’. Widoki rekompensowały jednak z nawiązką trudy jazdy pod strome pagórki.

Szlak Velo Dunajec za Sromowcami Niżnymi prowadził po ulicy
Jezioro Sromowieckie
Zapora wodna na zbiorniku Czorsztyńskim, widok w kierunku jeziora Sromowieckiego
Na zaporze, punkt widokowy na zamek Dunajec w Niedzicy
Zamek w całej okazałości
Jeszcze na zaporze
Nieśmiało odsłania się widok na Tatry
Wody zbiornika Czorsztyńskiego, w tle zamek w Czorsztynie
Promy pływające na linii Niedzica-Czorsztyn
Odpoczynek na kamienistej plaży

We znaki dał nam się szczególnie fragment na wysokości rezerwatu Zielone Skałki, gdzie na przestrzeni jednego kilometra trzeba było pokonać prawie 100 metrów różnicy wzniesień. Najtrudniejsza część była zaraz na początku, na oko musiała mieć nachylenie z 20 stopni. Mi udało się podjechać całość. Reszta ekipy zeszła z siodełek w najstromszym miejscu. Widziałem turystów na rowerach elektrycznych, których także pokonał ten fragment trasy i nawet dodatkowa moc z silniczków im nie pomogła. Później długi zjazd na hamulcach i kilka mniejszych górek. Przy każdym zjeździe na twarzach dzieciaków pojawiał się uśmiech, na podjazdach bywało różnie. Frydman objechaliśmy wałem oddzielającym go od zbiornika Czorsztyńskiego. Ciepła barwa zachodzącego słońca sprawiała, że widoki były piękne. Jeszcze tylko kilometr i o 19:00 zajechaliśmy na kemping Łęg.

Podjazd do Falsztyna, już za najstromszym momentem
Dobra mina do… ciężkiego podjazdu
Dzielnie na kołach
Widok na jezioro Czorsztyńskie
Uśmiechy na zjazdach były bardziej szczere
No to ziuuuuuu…
Znowu pod górkę
Małe zawody w podjazdach
Velo Dunajec, wał oddzielający wody zalewu i Frydman
Coraz bliżej do kempingu
Jeszcze kilometr…

Pole miało duże obłożenie i wpuszczano tylko klientów posiadających rezerwację. Nie dotyczyło to rowerzystów. To plus przemieszczania się z niewielkim namiotem. Koszt pobytu za jedną dobę wyniósł 61 zł. Miejsce dysponowało łazienkami z WC i prysznicami z ciepłą wodą. Od Niedzicy obiecywałem dzieciom lody, ale jedyne miejsce gdzie najprawdopodobniej był sklep – Frydman – objechaliśmy wałem. Całe szczęście na miejscu był sklepik i mała gastronomia. W pobliskim barze zamówiliśmy zasłużone gofry oraz lody i udaliśmy się na poszukiwanie dogodnej miejscówki pod namiot. Głównym kryterium dla dzieci było bliskie zejście do rzeki Białki. Udało się rozbić w takim miejscu, że wszyscy byli zadowoleni. Maria, Leon i Felicja jak zwykle po ciężkiej przeprawie odnalazły siły do zabawy w wodzie. Starsza dwójka miała też okazję pierwszy raz wypróbować scyzoryki jakie otrzymały przed wyjazdem.

Nad potokiem Białka
Zabawy nad wodą
Budowanie tamy

Podczas zabawy zaprzyjaźnili się z chłopcem, który razem z mamą spędzał tu wakacje. Nazywał się Olek. Bawili się wspólnie do 22:00. Łapali żaby, ciosali kijki. Nowy kolega pokazał nam też zwierzątka, z którymi przyjechał pod namiot – były to dwa patyczaki. Przed pójściem spać spostrzegliśmy jeszcze coś niezwykłego – w około namiotów latały małe, zielone światełka. Były to świetliki, dzieciaki pierwszy raz wiedziały je na żywo. Ja ostatni raz miałem tę przyjemność na koloniach w Bieszczadach około 30 lat temu.

Dzień 2: Frydman – Frydman, 43 km

Obudziłem się wcześniej i dokończyłem wczorajszy wpis w notesie. W między czasie wstała Ola. Było po 6:00, poszedłem wziąć prysznic. Z rana była ciepła woda, więc zaraz po mnie Ola zabrała dzieci i wyszorowała całą trójkę. Potem zjedliśmy śniadanie i zastanawialiśmy się co dalej. Kemping był całkiem ok więc postanowiliśmy, że zostaniemy tu na drugą noc a dziś pojeździmy po terenach kotliny Orawsko-Nowotarskiej robiąc pętlę zahaczającą o Nowy Targ i okolice. Gdy dzieci bawiły się w wodzie przepakowaliśmy część rzeczy by nie zabierać wszystkiego na wycieczkę. Po śniadaniu, na które składało się ciepłe mleko z płatkami i jajecznica, około 11:30 opuściliśmy kemping.

Najmłodsi rozpoczęli dzień od zabawy nad wodą

Pierwszą wioską jaką mijaliśmy była Nowa Biała. Prowadziła do niej szutrowa droga oznaczona na mapie jako pieszy szlak zielony. Trasa delikatnie pięła się do góry, co wyczuła najprawdopodobniej Marysia, bo pojawiły się z jej strony słowa o braku siły i znudzeniu. Po chwilowym kryzysie rozkręciła się i było już dobrze. Plusem tego typu dróg jest to, że możemy jechać koło siebie i prowadzić rozmowy nie martwiąc się o wyprzedzające nas auta jak to jest w przypadku dróg asfaltowych. W tym miejscu dodatkowym bonusem był widok na Tatry.

Jedziemy do Nowego Targu
Wieś Nowa Biała i jej kolorowa, miejska, zabudowa

Od Nowej Białej do Nowego Targu jechaliśmy już prawie cały czas po nowiutkim asfalcie. Dzięki temu łatwiej było zaakceptować wiatr, który wiał nam prosto w twarz oraz lekkie nachylenie terenu. Droga była przeznaczona dla ruchu lokalnego, ale poza kilkoma traktorami nie spotkaliśmy innych aut. Ruch turystyczny także prawie zerowy w przeciwieństwie do wczorajszej trasy w części prowadzącej przełomem Dunajca w Pieninach. Dopiero na wysokości rezerwatu Bór na Czerwonem, gdzie nawierzchnia zmieniła się na szutrową, zaczęli pojawiać się turyści. Las był bujny a roślinność kipiała zielenią. Nazwa rezerwatu związana jest z glonami Zygonium ericetorum, których plecha w okresie jesieni przybiera kolor czerwony. Jest to rezerwat torfowiskowo-leśny, gdzie znajdują się wyłącznie gleby hydrogeniczne.

Wiatr w twarz nie ułatwiał jazdy w pierwszą stronę
Zwarta zabudowa stodół w Nowej Białej
Kaplica rzymskokatolicka pw. św. Marii Magdaleny w Nowej Białej
Kwiaty wierzbówki kiprzycy
Widok na Tatry
Elegancki asfalt to i tempo dobre
Marysia próbowała jazdy z zamkniętymi oczami
Jedziemy przez rezerwat Bór na czerwonem
Dobrze przygotowana droga szutrowa na terenie rezerwatu
Kawałek dalej
Okoliczne łąki
A tu było lekko z górki

Dzieciaki robiły się głodne, mimo to jechały sprawnie. Za lasem pojawiło się lotnisko i pierwsze zabudowania Nowego Targu. Gdzieś wysoko z nieba sfruwali spadochroniarze. Po opadnięciu na ziemię zabrali się z powrotem do samolotu, który wzbił się wysoko w górę. Maria chciała poczekać by zobaczyć moment, w którym wyskakują z maszyny. Niestety ta przekroczyła dość wysoki pułap chmur i zniknęła nam z oczu. Po kilku minutach jazdy ujrzeliśmy jak skoczkowie ponownie przebili linię chmur i spokojnie opadali na ziemię. W końcu dotarliśmy do rynku i po kilku pamiątkowych zdjęciach zajęliśmy stolik w pobliskiej pizzerii, w której zatrzymaliśmy się kilka lat temu będąc na wyjeździe w Gorce (gdy nie było jeszcze z nami Felicji).

Na rynku w Nowym Targu
Leon pod rzeźbą o nazwie „Dialog”
Ratusz w Nowym Targu

Do tego miejsca jechaliśmy niemal cały czas pod górkę, chociaż pod niewielkim nachyleniem za to z wiatrem wiejącym prosto w twarz. Z powrotem wybraliśmy trasę wzdłuż Dunajca. Tutaj wiatr nam pomagał, było też lekko z górki. Poruszaliśmy się szlakiem Velo Dunajec kolejno przez Waksmund i Ostrowsko. W Łopusznej zwiedziliśmy zabytkowy kościółek św. Trójcy i św. Antoniego Opata. Drewniana budowla została wzniesiona najprawdopodobniej w XV wieku, chociaż według niepotwierdzonych informacji wymieniano 1240 jako rok powstania. Istniał on już z pewnością w 1400 roku o czym świadczą zapiski. Mieliśmy szczęście bo akurat miała odbywać się spowiedź i otwarto dostęp do wnętrza. W środku na deskach pochodzących z dawnych stropów widniały oryginalne polichromie. Ołtarz główny, gotycki tryptyk to jedno z najbardziej wartościowych i najlepiej zachowanych dzieł rzeźbiarskich Małopolski XV w. Jeden z trzech dzwonów zawieszonych na wierzy pochodził z 1540 roku. Na zewnętrznej ścianie kościoła była przymocowana tabliczka z oznaczeniem linii, do której doszła woda podczas pamiętnej powodzi z 1997 roku.

Zjazd ulicą Waksmundzką
Przejazd wałem wzdłuż Dunajca
Ola i Leon obstawiają tyły
Pamiątkowa tablica przy kościele w Łopusznej
Brama wjazdowa na teren plebanii
Wnętrze kościoła św. Trójcy i św. Antoniego Opata
Polichromie na suficie w głównym pomieszczeniu kościoła
Około półtora metra nad ziemią, na ścianie kościoła znajdowały się dwie tabliczki z informacją o stanie wody z powodzi w 1934 i 1997 roku (uwiecznione przez Marysię)

Następnie przejechaliśmy przez Harklową i Dębno Podhalańskie, w którym zatrzymaliśmy się przy kościele św. Michała Archanioła wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Drewniana, gotycka budowla jest jednym z najlepiej zachowanych kościołów w naszym kraju. Wewnątrz posiada unikatową polichromię patronową o układzie pasmowym z 1500 roku. Jest to najstarsza zachowana w całości i wykonana na drewnie polichromia w Europie. Podczas odpoczynku przy świątyni, nad pasmem Lubania pojawiła się tęcza. Za to za nami ukazały się ciemne chmury. Prognozy pogody z wczoraj mówiły o niewielkich opadach koło 19:00. Do kempingu pozostały 2 kilometry. Przyspieszyliśmy i po 10 minutach byliśmy na miejscu. Schowaliśmy sakwy do namiotu i zabezpieczyliśmy rowery.

Spokojnym tempem wracamy na kemping
Dalej na szlaku Velo Dunajec
Dunajec na wysokości Knurowa
Szkoła podstawowa w Dębnie Podhalańskim
Kościół św. Michała Archanioła w Dębnie
W pewnym momencie nad pasmem Lubania pojawiła się tęcza. Punkcik w tle, na oddalonym paśmie górskim, to wieża widokowa na Lubaniu.
Ola z Felicją
Kościelny baran
Czas się zbierać, od tyłu nadciągały takie chmury

Puki nie padało dzieci poszły się bawić z nowymi rówieśnikami. Wspomniany wcześniej Olek wymyślił zabawę w rzucanie do celu, którym był kamień ustawiony na głazie wystającym z wody Białki. Amunicji mieli pod dostatkiem. Po godzinie zaczęło padać i schowaliśmy się do namiotu, w którym zjedliśmy skromną kolację, potem graliśmy w karty. Deszcz nie był wielki, ale mimo to ukazał słabości naszego schronienia. Po poprzednich wakacjach szwy przepuszczały wodę w kilku miejscach. Odnotowałem to by po powrocie do domu podkleić je, gdyż na sierpień szykowaliśmy trzy tygodniowy wyjazd rowerowy na Podlasie.

Zespołowe ćwiczenia w rzucie do celu
Kamienny ostrzał pozycji nieprzyjaciela

Dzień 3: Frydman – Krościenko nad Dunajcem, 32 km

Drugi raz z rzędu wstałem pierwszy, przyzwyczajony do takich godzin dzięki wcześniejszym dojazdom do pracy na rowerze. Wziąłem prysznic i ogarnąłem część rzeczy. Śniadanie i dopakowanie wszystkich sakw zajęło nam więcej czasu niż zwykle, ale dziś nigdzie się nie spieszyliśmy – dystans miał być krótszy niż w poprzednich dniach. Dzieciaki zdążyły jeszcze pobawić się w wodzie a kemping opuściliśmy o 11:30. Tego dnia objeżdżaliśmy jezioro Czorsztyńskie po północnej stronie, szlakiem Velo Czorsztyn (odnoga Velo Dunajec).

Śniadanie w plenerze, w tle choinko-suszarka
Maria i Leon odseparowują się od reszty zespołu

Przejeżdżając mostem samochodowym nad Dunajcem spotkaliśmy mojego znajomego z pracy – jaki ten świat jest mały. Droga rowerowa wzdłuż brzegów zbiornika prowadziła zaraz przy wodzie. Nie było górek jak po południowej stronie pierwszego dnia. Za to ruch był już znaczny. Duża część rowerzystów przemieszczała się na elektrykach, niekiedy ze znaczną prędkością. Do tego kolarze, dzieci na hulajnogach i mamy z wózkami. Trzeba było zachować ostrożność. Widać, że jest to miejsce popularne.

Przeprawa nad Dunajcem
A to już Velo Czorosztyn
Malownicza droga rowerowa wokoło zbiornika Czorsztyńskiego
Jezioro Czorsztyńskie
Kamienista plaża po północnej stronie jeziora, w tle Babia Góra

Na wysokości Kluszkowców zrobiliśmy odpoczynek zatrzymując się zaraz przy zatoce mocno wcinającej się w ląd. Z tego miejsca dobrze było widać rezerwat Zielone Skałki, za którym znajdował się pamiętny podjazd do Falsztyna. Podobny czekał nas przed Czorsztynem – 1,5 kilometra z 120 metrami w pionie. Wjeżdżało się ciężko. Do końca wzniesienia brakowało mi 20 metrów, ale musiałem się zatrzymać bo serce próbowało wyskoczyć mi z klatki piersiowej. Parę minut później pojawili się Leon, Marysia i Ola. Z kilkoma odpoczynkami, ale na siodełkach, pokonali to wzniesienie. Odpoczywając po trudzie podjazdu spałaszowaliśmy zasłużone słodycze w postaci cukierków 'krówek’. Zastanawialiśmy się co z obiadem. Zjeżdżać do Krościenka czy szukać czegoś w Czorsztynie? Ponieważ Marysia miała ochotę na pizzę a w pobliżu była akurat pizzeria zatem skorzystaliśmy z tej okazji.

Plaża w Kluszkowcach, po drugiej stronie jeziora rezerwat Zielone Skałki
Koniec podjazdu do Czorsztyna, Leon pokonał go na siodełku

To był dobry wybór i chociaż jedliśmy lepsze specjały to widok jaki rozciągał się stąd na Tatry Wysokie i Bielskie leżące w Słowacji był rewelacyjny. Dodatkowo w ogródku był plac zabaw, który szybko zaanektowały nasze dzieciaki. Było przyjemnie, ale do Krościenka pozostało jeszcze kilkanaście kilometrów. Im dłuższa przerwa tym trudniej się zebrać. Głośna komenda no i Felicja już w przyczepce przypinała się pasami. Reszta dosiadła rowery i ruszyliśmy dalej, cofając się kawałek drogą, którą podjechaliśmy do restauracji.

Przed pamiętnym podjazdem kończył się fragment Velo Czorsztyn, dla większości jednodniowych turystów pozostawał prom odpływający do mini portu przy zamku w Niedzicy. My mieliśmy inny plan. Za Czorsztynem czekał nas zjazd ruchliwą ulicą do krajówki o numerze 969. Na Google Maps nie było to oznaczone, ale fragment do Krośnicy miał na poboczu nowiutki chodnik, co nas ucieszyło.

Widok na Tatry, w dole zamek w Niedzicy oraz plaża, na której odpoczywaliśmy dwa dni wcześniej
W pizzerii Alibi
Zjazd do Krośnicy

Dalej najszybsza droga wiodła wspomnianą ulicą o oznaczeniu 969. Nie miała żadnego pobocza a auta jechały nią jedno za drugim. Ten wariant odpadał. Znalazłem objazd przez Grywałd. Co prawda pierwszy odcinek trzeba było trochę podjechać na co dzieci zareagowały nie najlepiej, ale bezpieczeństwo to podstawa. Obrazy jakie malowały się z drogi były piękne. Z miejsca w pobliżu wzniesienia o nazwie Dział widać było dolinę potoku Grajcarka a także szczyty Małych Pienin, które zdobywaliśmy na wakacjach w Szczawnicy. Od Kociego Zamku wąska asfaltowa ulica prowadziła nas już tylko w dół. Jechałem z Leonem, któremu bardzo podobało się to, że nie musi pedałować. Od tej pory przy każdym dłuższym zjeździe, jak ten, mówił: „teraz to jadę na elektryku”.

Podjazd do Grywałdu
W tle Małe Pieniny z wystającym szczytem Wysokiej
Leon zadowolony ze zdobycia ostatniego podjazdu tego dnia, dalej było już tylko z górki. Po lewej stronie pasmo Radziejowej, na które wjedziemy kolejnego dnia.
W tym samym miejscu Marysia
Stromy zjazd na hamulcach

W ten sposób dotarliśmy do Piekiełka i drogi 969 z tym, że w tym miejscu był już chodnik, który prowadził aż do Krościenka. Była godzina 18:00, na wjeździe do miasta dzieciaki wypatrzyły park linowy i od razu zaświeciły im się oczy. Wspólnie z Olą zgodziliśmy się na tę nieplanowaną atrakcję. Marysia wybrała trasę wyższą, Leon przeszedł dwa razy niższą. Była też trasa junior a ponieważ Fela skończyła w tym roku wymagane wiekiem 3 lata, mogła pierwszy raz w życiu pójść na taką atrakcję. Była zachwycona, szczególnie podobała jej się nadmuchiwana balonowa trampolina.

W parku linowym w Krościenku
Nie łatwa przeprawa
Balansując na granicy…
Z pełną asekuracją
Fela przytula Marysię po powrocie na ziemie
Felicja pierwszy raz na trasie junior w parku linowym
Trochę pływania…
… i trochę skakania

Park opuściliśmy po 19:00 kiedy już zamykali. 15 minut później dotarliśmy na kemping, gdzie czekało na nas auto. Namiot rozstawiliśmy przy wodzie i chociaż przez to było chłodniej nocą, mogliśmy bez przeszkód obserwować dzieci bawiące się przy brzegu Dunajca. Koszt rozbicia namiotu uwzględniający 5 osób to 70 zł (plus po 6 zł za auto, które stało tu przez 4 noce). Tego dnia podobnie jak pierwszego pokonaliśmy około 400 metrów przewyższeń jednak przy krótszym dystansie wynoszącym 32 kilometry. To dobry wynik, tym bardziej, że przed rokiem dziennie pokonywaliśmy podobne dystanse, ale po płaskim. Przed pójściem spać zagrałem jeszcze z Marysią kilka partii w wista. Kolejnego dnia czekał nas jeszcze krótszy dystans, ale za to z podjazdem rzędu około 900 metrów w pionie, w trudnym terenie.

Wjeżdżamy do centrum Krościenka
Do kempingu już rzut beretem
Namiot rozstawiony, dzieciaki jeszcze bawią się nad wodą
Wszyscy już w namiocie

Dzień 4: Krościenko nad Dunajcem – Przehyba, 23 km

Tym razem pospałem dłużej, przebudziliśmy się około 8:00. Dzisiejszy dystans to około 20 km. Niby nic gdyby nie fakt, że planujemy dojechać do schroniska pod Przehybą, która ma wysokość 1175 m n.p.m.. Start z wysokości około 400 m n.p.m.. Plus jest taki, że mamy na to cały dzień. Na śniadanie zjedliśmy mleko z płatkami i sucharami oraz jajecznicę. Ola przepakowała nasze sakwy by na kolejne dwa dni maksymalnie zmniejszyć wagę przewożonego szpeju. Wpychanie obładowanych rowerów pod górę nie jest proste, każdy kilogram mniej ma znaczenie. Udało się zejść z 10 sakw do 6. To co najmniej potrzebne zostawiliśmy w aucie. Marysia jechała bez bagażu podobnie jak Leon. Ja miałem z tyłu dwie większe sakwy oraz wór z namiotem. Ola po dwie małe sakwy z przodu i z tyłu. Całkiem zgrabnie.

Przepak w namiocie

Wyjechaliśmy po 11:00, było ciepło. Do Szczawnicy jechaliśmy po drodze rowerowej, znanym nam z przed trzech dni odcinkiem Velo Dunajec. Do miasta było lekko, schody a właściwie ostry podjazd zaczął się na wysokości osiedla XX-lecia na końcu Szczawnicy. Tutaj zatrzymaliśmy się przy ostatnim sklepie na naszej trasie. Zakupiliśmy lody a także uzupełniliśmy zapasy wody i słodyczy, które miały dostarczać energii na podjazdach. W zasadzie cały dzisiejszy odcinek był jednym wielkim podjazdem. Po odpoczynku zaczęliśmy 'czołgać’ się dalej pod górę.

Mosto nad Grajcarkiem

Dwa kilometry dalej wjechaliśmy w obszar Popradzkiego Parku Krajobrazowego. Na wysokości Sewerynówki zatrzymaliśmy się przy wodospadzie Zaskalnik. Przy doskwierającym upale kusiło by wskoczyć do wody lub chociaż zamoczyć nogi. Do tego miejsca turyści mogli dojechać autem, dalej był zakaz i automatycznie zrobiło się pusto. Ruszyliśmy powolnym tempem mijając kaplicę na Sewerynówce. Felicja drzemała w przyczepce, nawierzchnia zmieniła się z asfaltowej na szutrową, miejscami nawet kamienistą. Odsadziłem trochę resztę ekipy, która robiła sobie przystanki. Dla mnie każdy postój oznaczał trudy ponownego ruszenia z przyczepką, więc wolałem jechać powoli ale systematycznie.

Willa Dzikuska w Szczawnicy
Widok na dolinę potoku Grajcarka
Wodospad Zaskalnik
Asfalt się skończył, teraz będzie już tylko trudniej
Malownicze widoki, droga powoli pnie się do góry
Ostatnie metry łagodniejszego podjazu

Zatrzymałem się dopiero w okolicy przełączy Przysłop nad niewielkim strumieniem. Felicja akurat się obudziła. Wypuściłem ją by rozprostowała nogi. W między czasie dojechali Ola z Marią i Leonem. Dzieci bawiły się nad wodą nabierając jednocześnie sił przed dalszym podjazdem. Po pół godzinie wróciliśmy na trasę. Droga od tego miejsca pięła się stromiej, dodatkowo miejscami wyłożona była większymi kamieniami co utrudniało podjazd.

Na przerwie relaksacyjne kąpiele błotne
Przyjemne chwile nad strumieniem
Maszyny do tej pory spisywały się bezawaryjnie
Przyroda Popradzkiego Parku Krajobrazowego
Zabawy ciąg dalszy
Potok Sopotnicki
Robaczek
Nawierzchnia miejscami nie była wygodna

Nieraz na stromszych odcinkach poruszałem się z prędkością 3-4 kilometry na godzinę. Gdyby nie bagaże oraz przyczepka efektywniej byłoby prowadzić rower na piechotę. Niestety mój zestaw ważył około 70 kilogramów (już po odchudzeniu). Pchając go, musiałbym używać w dużej części mięśni rąk, które nie są w moim przypadku szczególnie przyzwyczajone do takiej aktywności. Za to mięśnie nóg pracują u mnie przez cały rok, dzięki codziennym dojazdom do pracy na rowerze. Z tego powodu lepsze było dla mnie powolne kulanie się na rowerze kręcąc wolno korbą.

Droga prowadzi coraz stromiej

Po dwóch kilometrach poczekałem na ciągnący się za mną ogon. Minęło 5 minut, potem 10 i kolejne kilka a tu pusto, nikogo nie widać. Odstawiłem rower na bok i ruszyliśmy z Felą na piechotę by sprawdzić co się stało. Okazało się, że Leon miał mega kryzys. Dodatkowo na nieszczęście Oli wszystkie dopalacze w postaci słodyczy były u mnie w przyczepce i nie miała przysłowiowych marchewek na przekupstwo oraz wzmocnienie motywacji.

Po zażyciu łakoci najmłodsi odzyskali siły i ruszyli dzielnie dalej. Część drogi jechali a w trudniejszych miejscach robili klasyczny 'wpych’. Im wyżej się znajdowaliśmy tym częściej mieliśmy przerwy na odpoczynek. Było gorąco i pot spływał z nas strumieniami, mimo że duża część podjazdu prowadziła lasem pośród drzew. Chociaż w naszym zespole obowiązuje nakaz jazdy w kasku to w tych warunkach odstąpiliśmy od tej zasady i kto chciał mógł go zawiesić na rowerze. W taki sposób doczłapaliśmy się na wysokość około 1 040 m n.p.m., skąd niestety musieliśmy zjechać przeszło kilometr tracąc 100 metrów różnicy wysokości, którą z takim trudem zdobyliśmy.

Miejscami trzeba zejść z rowerów
A miejscami da się jechać
Felicji trasa podoba się bardziej niż pozostałym dzieciom
Ola dzielnie jedzie w siodle
Czy się idzie czy się jedzie… tempo jest podobne
Marysia zawzięcie jedzie do góry
Wyżej…
… i wyżej
Obelisk upamiętniający partyzantów AK zamordowanych tu przez władze komunistycznie
Tablica informacyjna
Mała sesja zdjęciowa przy spychaczu
Radość, zjeżdżamy w dół…
Tracimy kolejne zdobyte z trudem metry
I jeszcze trochę w dół…

Na trzy kilometry przed schroniskiem dołączyliśmy do niebieskiego szlaku pieszego prowadzącego na Przehybę. Tu pierwszy raz musiałem zsiąść z siodełka. Uprzejmie poprosiłem najmłodszą Felicję o opuszczenie karocy i wspólnie z Olą wepchnęliśmy mój zestaw kilkanaście metrów wyżej do nieco łagodniejszej części podjazdu. Po kilkudziesięciu metrach ponownie pojawił się fragment drogi nie do przejechania. Przy grani Czeremchy były jeszcze dwa takie momenty, z czego w jednym przypadku górska ścieżka była tak usiana głazami, że konieczne było odłączenie przyczepki i osobne wprowadzenie składowych mojego zestawu. Potem pomogłem wtargać rowery dzieci i Oli. Maria i Leon byli już ostro zmęczeni, ale sumiennie drapali się pod górę – odwrotu nie było. Felicja za to, wypoczęta po jeździe w przyczepce, skakała wkoło nas i wyglądała na bardzo zadowoloną.

Rozpoczynamy finalny podjazd, a miejscami nawet podejście
Dalszą część drogi Felicja pokonała na własnych nóżkach
Kolejny fragment nie do podjechania
Każdy odpowiada za swój bagaż
Kamienie osuwały się z pod nóg utrudniając podejście
Na dojeździe do kolejnego podjazdu
Ostatni wpych
Powoli, do góry
Łatwo nie było, w newralgicznym punkcie musieliśmy odpiąć przyczepkę i wprowadzić ją osobno
Rower z 'nibynóżką’

Po obu stronach szlaku pojawiły się krzaki jagodzin, które skrzętnie oskubywaliśmy podczas częstych postojów. Na głównej grani wypłaszczyło się na tyle, że dalsza jazda w siodle była możliwa dla nas wszystkich. Widok schroniska dodał nam sił i po półtora kilometrze podjechaliśmy pod budynek PTTK znajdujący się na wysokości 1 150 m n.p.m.. Było kilka minut po 19:00. Udało się, dobiliśmy do celu! 23 kilometry drogi i około 860 metrów różnicy wysokości, z czego większość na ostatnich 10 kilometrach. Ustawiliśmy się na pobliskim tarasie do pamiątkowego zdjęcia. W tle znajdowała się panorama Tatr.

Jagody były pyszne
Najgorsze za nami, jeszcze półtora kilometra do schroniska
Tu już można jechać
Widok schroniska dodał wszystkim sił i sprawił, że cel stał się bardziej namacalny
Na grani
Udało się, cel zdobyty! Zmęczeni, ale i zadowoleni.

Namiot rozbiliśmy na polanie zaraz obok schroniska. Koszt noclegu to 100 zł. Gdy wypakowywałem tobołki, Ola zrobiła obiadokolację, gdyż kuchnia w schronisku była już nieczynna. Turystów było niewielu, na polanie stał tylko nasz namiot. Po odpoczynku i posiłku dzieciaki jak zwykle w mig odzyskały energię i miały jeszcze siły na skakanie i zabawy. Przed snem wykąpaliśmy się pod natryskiem, który udostępniono nam w budynku. To był trudny dzień. Marysia zapisała go w aplikacji Strava jako: „Rowerowy horror”. Zmęczeni, ale też zadowoleni z osiągniętego celu poszliśmy spać.

Uzupełniamy spalone kalorie
A w nagrodę taki widok
Na 'kempingu’ tylko my

Dzień 5: Przehyba – Krościenko nad Dunajcem, 45 km

Pierwszy raz spaliśmy z dziećmi na takiej wysokości w namiocie. Obawy odnośnie temperatury były nieuzasadnione. Noc była ciepła i sucha. Około północy, Leon podniósł się w namiocie i zaczął niewyraźnie mówić przez sen: „nie dam rady, nie dam rady”. Wczorajsza wycieczka przyniosła mu dużo wrażeń, ale także wysiłku związanego z trudnym podjazdem.

O poranku przywitało nas słońce. Wstałem wcześniej i pojechałem rowerem na lekko kilometr w kierunku Radziejowej po czym zawróciłem. Niestety mój wyprawowy rower średnio nadawał się do jazdy w tym terenie. Dzieci obudziły się później. Maria kimała aż do momentu, gdy zacząłem składać namiot. Na śniadanie zjedliśmy resztki naszych zapasów. Liofilizowane risotto a na deser budyń. W między czasie dzieciaki bawiły się w układanie miasta z kamieni dla swoich kilku zabawek, które miały ze sobą. Zaraz koło schroniska wypoczywał duży pies. Był to przyjaźnie nastawiony do najmłodszych nowofunland. Cała trójka dzieciaków obskoczyła go i zaczęła głaskać, sądząc po spojrzeniu podobało mu się to.

Słoneczny poranek koło schroniska na Przehybie
Maszt radio telegraficzny
Widok na Tatry o poranku
Łyse zbocze Złomistego Wierchu
Kamienny labirynt dla zabawek ułożony przez dzieci (uwiecznione przez Marysię)
Czas na zabawę
Olbrzymi pies, który przypadł do gustu dzieciom (uwiecznione przez Leona)

Około 11:00 ruszyliśmy na ostatni, piąty odcinek tego krótkiego wyjazdu. Czekał nas teraz 10 kilometrowy zjazd do Gabonia, z niewielkim podjazdem w okolicy wioski Wola. W niecałą godzinę, z kilkoma odpoczynkami na ostudzenie hamulców, zjechaliśmy z wysokości 1 150 m n.p.m. nad brzeg Dunajca, który w tym miejscu był na poziomie 350 m n.p.m.. Zjeżdżaliśmy po asfalcie, rowery szybko nabierały prędkości, klamki hamulcowe musiały być cały czas dociskane by nie nabrać niebezpiecznej prędkości gdyby pojawiła się jakaś awaria.

Jeszcze w pierwszej części zjazdu zauważyłem, że Ola korzysta tylko z tylnego hamulca. Tak też robiła w poprzednich dniach wyjazdu przez co sprawność układu szczęki/tarcza była już niewielka. Doradziłem by na zjazdach korzystała z obu hamulców. Już na dole gdy spojrzałem na swoje tarcze okazało się, że w okolicach miejsca styku z okładzinami zmieniły kolor na ciemniejszy. Podczas tego zjazdu musiały być mocno nagrzane. Całe szczęście przed wyjazdem zmieniłem zaciski na nowe Hayes CX-5. Z poprzednimi TRP HY-RD, które nieco mi szwankowały, miałbym tutaj problemy.

Zjeżdżamy eleganckim asfaltem
Tak to można jechać – 'na autopilocie’
Podjazd do osady Wola
Po asfalcie to i pod górę jest łatwo
Zjazd do Gabonia

W Gaboniu dołączyliśmy z powrotem do szlaku Velo Dunajec, który prowadził nas przez kolejnych 35 kilometrów do Krościenka. Trasa wiodła w większości po drodze wyłącznie dla rowerów lub po ulicach o niskim natężeniu ruchu. Co jakiś czas przejeżdżaliśmy z jednej strony rzeki na drugą. W Łącku zrobiliśmy dłuższy odpoczynek. Dzieci i Ola chłodzili się brodząc po płytszych wodach Dunajca. Nasze licznikowe termometry wskazywały 40 stopni w słońcu.

A tu już niemal po płaskim, na szlaku Velo Dunajec
W Jazowsku przedostajemy się na południową stronę Dunajca
Ostatniego dnia humory dopisywały jak nigdy
Krótkie podejście za Turkówką
19% – tym razem w dół
W Dunajcu
Koło ujścia potoku Czarnej Wody do Dunajca
Most Velo Dunajec, Łącko
Takich kładek pieszo rowerowych minęliśmy kilka
Oznaczenia szlaku Velo Dunajec sprawnie kierowały nas do Krościenka
Na moście w Zabrzeżu

Przed Wierzchnicą czekał nas kilometrowy przejazd drogą wojewódzką numer 969. W tym miejscu Velo Dunajec było dopiero w planach. Całe szczęście znajdowało się tu szerokie pobocze oddzielone od głównej jezdni linią ciągłą co pozwoliło bez zakłóceń dojechać do Tylmanowej i Kłodnego a finalnie po chodniku do Krościenka gdzie zjedliśmy obiad. Po zapakowaniu bagaży i rowerów ruszyliśmy autem z powrotem do dziadków skąd wyjechaliśmy 5 dni wcześniej.

Fragment szlaku Velo Dunajec przed Kłodnem, który przebiega po drodze krajowej numer 969
Następna kładka w Tylmanowej
Po 45 kilometrach jazdy na zabawę zawsze znajdą się siły

Podsumowanie

Wyjazd zaliczam do udanych. Według wskazań z licznika rowerowego przejechaliśmy łącznie 190 kilometrów pokonując prawie 2 tysiące metrów różnicy wzniesień. Średnia prędkość z jazdy wyszła równo 10 kilometrów na godzinę. Najbardziej dumny jestem z Oli oraz dzieciaków i tego co dokonali czwartego dnia wyjazdu wjeżdżając (miejscami wpychając) rowery pod szczyt Przehyby. Podejrzewam, że nie prędko przyjdzie nam podjąć podobne wyzwanie, ale dzięki temu doświadczeniu wiem też, że niewiele jest nas w stanie zatrzymać. Planując kolejne wyjazdy, szczególnie w miejsca górzyste, będę miał punkt odniesienia.

Dużą część trasy trzymaliśmy się szlaku rowerowego Velo Dunajec, który poprowadzony jest w większości po drogach wydzielonych wyłącznie dla jednośladów i pieszych. Wkoło zalewu Czorsztyńskiego szlak przyjmuje nazwę Velo Czorsztyn. Na Przehybę nie ma oczywiście wyznaczonego oficjalnego szlaku rowerowego, wybór tej 'atrakcji’ to wyłącznie moja inwencja twórcza, chociaż ostatniego dnia podczas zjazdu asfaltową drogą w kierunku Starego Sącza spotkaliśmy kilku szosowców, którzy nabijali sobie punkty za różnicę wysokości na tym podjeździe.

Co do noclegów, w większości miejsc dostępne były całkiem przyzwoite kempingi i pola namiotowe. Osoby, które nie przepadają za spaniem pod chmurką nie będą narzekać na bazę noclegową – jest tu mnóstwo prywatnych kwater, mniejszych i większych ośrodków czy hoteli. Duża konkurencja sprawia, że ceny są korzystne. Przy podróżowaniu z namiotem – na ciężko – trzeba się nastawić, że niektóre podjazdy mogą być wymagające. Z pewnością więcej przyjemności sprawiałaby jazda na lekko. My nie mieliśmy tyle czasu by tracić go na dojazdy autem do najciekawszych punktów. Z tego powodu wybrany wariant z pozostawieniem samochodu w Krościenku uznaję za optymalny. Region, po którym się poruszaliśmy jest bardzo popularny wśród turystów. Nie mieliśmy problemów ze znalezieniem restauracji czy sklepów. Koszt całego wyjazdu wliczając spanie, jedzenie i dojazd zamknął się w kwocie około 1 400 zł co daje 280 zł na dzień dla naszej piątki.

Z punktu widzenia dzieciaków, atrakcji było na tyle dużo, że nie mieliśmy problemów z motywacją do dalszej jazdy. Pomimo, że teren był górzysty mieliśmy sporo kontaktu z wodą, która jest idealnym magnesem przyciągającym najmłodszych. Było też sporo ciekawostek przyrodniczych. Do wielu z miejsc, w których byliśmy można dojechać autem i zrealizować niedługie wycieczki piesze. My trafiliśmy na dobre warunki atmosferyczne. Jadąc na krótko warto czekać z wyjazdem do ostatniej chwili by być pewnym pogody, która w górach ma szczególnie duże znaczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.